PATRONAT SZUFLADY – „Szamanka od umarlaków” Martyna Raduchowska – Fragment powieści

0

szamanka-od-umarlakow-w-iext50191260Ida nie zmrużyła oka.

Całą noc „czytała przyszłość” i teraz była nieprzytomna. A musiała przecież iść na ćwiczenia… Facet od psychologii poznawczej był wredny, nie tolerował nieobecności, bezlitośnie gnębił spóźnialskich i zawsze pytał nieprzygotowanych.

Głowa Idy smętnie kiwała się podparta na jednej ręce, podczas gdy druga ręka niechętnie mieszała łyżką w mleku z płatkami. Dziewczyna ponuro potoczyła wzrokiem po kuchni wciąż noszącej oznaki wczorajszej libacji. Starannie unikała conocnych imprez, bo nadal nie mogła wyrzucić z pamięci ostatniej wizji. Na widok miski, w której zostało jeszcze kilka ciasteczek, pustej butelki po wódce, a nade wszystko popielniczki wypełnionej większą ilością blantów niż petów, wzdrygnęła się mimowolnie. Zerknęła niechętnie na zimne już mleko.

Nie była głodna. Straszliwie chciało jej się spać, miała ogromną ochotę zwyczajnie walnąć się na łóżko. Przed realizacją tego jakże kuszącego i ambitnego planu powstrzymała ją jednak myśl o wrednym facecie od psychologii poznawczej.

Ida porzuciła płatki, zabrała z pokoju ręcznik i kosmetyczkę i poczłapała do łazienki. Dla otrzeźwienia opłukała twarz zimną wodą, potem wpakowała do ust szczoteczkę i zaczęła szorować zęby ruchem ospałym i sennym… Miała zamiar wziąć szybki prysznic, ale uniemożliwiły jej to dwie rzeczy. Pierwszą był nieuzasadniony niepokój, który na zmianę to ściskał żołądek, to tłukł w niego pięściami. Druga rzecz natomiast już od dłuższego czasu gapiła się na Idę z lustra wiszącego nad umywalką, aż wreszcie chrząknęła zniecierpliwiona. A potem chrząknęła znowu, tyle że głośniej.

Śpiąca, zamyślona Ida machinalnie poderwała głowę. I w jednej chwili przestała być śpiąca i zamyślona.

Szczoteczka wpadła do umywalki, rozbryzgując pastę. Ida przybliżyła twarz do lustra tak, że nosem niemal dotykała tafli szkła.

– Ej, bo zeza dostanę – zaprotestowało odbicie. – Odsunie się trochę.

Ida zamrugała raptownie. Odbicie nie zamrugało w ogóle.

Uśmiechnęło się tylko złośliwie.

– Odsunie się – powtórzyło wolno i wyraźnie, jakby mówiło do małego dziecka.

– Kto… jak… co… – wydukała nieskładnie dziewczyna, siląc się na spokój. Choć mogła sobie darować wysiłki, i tak rezultat był żaden. – Kim…

– Już się zaczęła jąkać? – wyraźnie zmartwiło się odbicie. – Niecałe dwa tygodnie od opuszczenia domu… Niedobrze.

– Kim ty jesteś?! – wykrzyczała Ida. – Co tu robisz?! I dlaczego mówisz do mnie?!

Odbicie przekrzywiło głowę i przyglądało się Idzie krytycznie, a jakaś przechodząca akurat korytarzem studentka niepewnie zajrzała do łazienki. Widząc jasnowidzkę z pokoju numer dwadzieścia cztery wrzeszczącą na lustro, dziewczyna uznała, że kandydaci na studentów, zwłaszcza psychologii, powinni przechodzić chociaż podstawowe badania psychiatryczne.

– Czego chcesz? – zapytała ciszej Ida, szczypiąc się przy tym boleśnie w policzek. Miała wielką nadzieję, że zaraz się obudzi.

– Jakim cudem…

– Za dużo pyta – przerwała jej lustrzana bliźniaczka. – Przestanie wrzeszczeć i robić sobie krzywdę. Zacznie słuchać.

W domu była bezpieczna. Miała ochronę. A potem jej odbiło, uciekła i teraz jest całkiem sama, nikt jej nie obroni. Niech wybiera: wraca do rodziców lub przychodzi do mnie.

– Do ciebie? – Ida niepewnie obejrzała lustro ze wszystkich stron. – Niby jak?

– Ależ niedomyślna! – Odbicie wyraźnie traciło cierpliwość. – Nawet nie wie, z kim rozmawia!

Ida zbaraniała. Kompletnie.

Gapiła się na odbicie jak cielę na malowane wrota i po dłuższej kontemplacji doszła do wniosku, że to wcale nie jest jej odbicie. Podobieństwo było uderzające, a jednak różnice wyraźne. Przede wszystkim kobieta – nie dziewczyna, a właśnie kobieta – po drugiej stronie lustra była dużo od niej starsza. Włosy czarne, rozpuszczone i rozczochrane zupełnie jak u Idy, tu i owdzie przeplatały srebrzyste pasma siwizny. Do tego zmarszczki wokół surowo ściągniętych ust, kurze łapki w kącikach oczu i dłonie tak chude, że aż kościste…

– I co się tak gapi? Nadal nie pojmuje? Wittiga siedemnaście, mówi jej to coś?

– Cio… – zaszemrała Ida słabo. Straciła równowagę i musiała przytrzymać się umywalki. – Ciocia?

– Ciocia, ciocia – zagderało odbicie. – Ma przyjechać do mnie bezzwłocznie, rozumie? Mój dom to niezbędne minimum dla jej bezpieczeństwa!

Po tych słowach powierzchnię lustra przysłoniły kłęby mlecznej mgły. Gdy opadły, na Idę spojrzały jej własne oczy. Obserwowała swoją oniemiałą minę, rozdziawione usta i rękę nerwowo szczypiącą policzek. Zauważyła też, że cała kiwa się lekko w przód i w tył.

Zmobilizowawszy resztę władz umysłowych, pomyślała, że tak właśnie wyglądają szaleńcy.

 

*

 

Czyli jednak psychiatryk, myślała ponuro Ida, pośpiesznie przemierzając uczelniany korytarz.

Ciotka w lustrze, a to dobre. A teraz jeszcze ognie piekielne… Lada chwila zacznę widzieć białe myszki

i dopiero będzie bal.

Ledwo wyściubiła nos z akademika, Ida poczuła, że coś wisi w powietrzu. Nisko wisi. I lada moment spadnie jej na łeb. Niepewnie rozejrzała się na boki i ruszyła w kierunku najbliższego kiosku, mijając szeregi zaparkowanych samochodów.

Nagle dotarło do niej, że ktoś za nią lezie. Wolała się na wszelki wypadek nie oglądać, zamiast tego przeszła na drugą stronę ulicy. Tyle że ten ktoś zrobił dokładnie to samo. Do tego jeszcze przyśpieszył. Ida wyraźnie słyszała za sobą kroki i po chwili stwierdziła, że śledzi ją nie jeden człowiek, a co najmniej trzech. Lekko przekręciła głowę i zerknęła na witryny sklepowe po drugiej stronie jezdni. To, co zobaczyła, odebrało jej wszelką nadzieję, że ten dzień przynajmniej skończy się szczęśliwiej, niż się zaczął. Szli za nią nieżywi. Bez wątpienia. Kroki rozbrzmiewały głośno i blisko, a w witrynach nie odbijał się nikt poza Idą.

Z każdą chwilą było ich coraz więcej. Co oni, wyłazili spod ziemi, z bocznych ulic, spadali z nieba czy jak? Nigdy nie spotkała żadnej zabłąkanej duszy ot tak, na środku ulicy. W szpitalach, kościołach, na cmentarzach, a ostatnio w nawiedzonym pokoju Joanny to jak najbardziej, to były naturalne środowiska duchów, ale żeby tak w biały dzień? Między warzywniakiem a obuwniczym!?

Świat oszalał. To nie budziło najmniejszych wątpliwości. Albo ja oszalałam, przemknęło Idzie przez głowę. Myśl była równie niepokojąca, co prawdopodobna, zważywszy na ostatnie wydarzenia. Nie dam się, postanowiła twardo, przyśpieszając kroku. Kiosk był coraz bliżej, żadna zbłąkana dusza nie będzie jej psuła planów. Dziesięć zbłąkanych dusz też nie, niech sobie nie myślą.

To się jeszcze okaże, oświadczył z godnością Pech, nieco urażony tą niewiarą.

Ida dotarła do celu, kupiła bilety autobusowe, a po chwili wahania poprosiła też o paczkę papierosów

i zapalniczkę. Uciekanie się do używek nie było zbyt mądre, bo jak wiadomo, stres sprzyja popadaniu w nałogi, ale Ida uznała, że ewentualny nałóg i tak byłby najmniejszym z jej problemów.

Zgarnęła zakupy, wzięła głęboki oddech i odwróciła się, gotowa nawrzeszczeć na pierwszego ducha, który odważy się zbliżyć. Duchy jednak trzymały się od niej na znaczną odległość. Nie wykazywały też nawet śladowego zainteresowania rozmową. Były milczące, ponure i niezbyt przyjazne. Łypały na nią spode łbów, jakby miały o coś pretensje, a zaciśnięte pięści zdradzały ich raczej wrogie nastawienie.

– No co? – spytała w końcu dziewczyna, zniecierpliwiona ich grobowym milczeniem. – Czego się gapicie?

Oczywiście nie odpowiedziały. Gapiły się dalej.

– Mogę wam jakoś pomoc? – naciskała Ida. Zasada niezbędnego minimum kazała jej zadawać pytania, a to, czy zjawy odpowiedzą, czy nie, to już ich sprawa. – Potrzebujecie czegoś?

Milczały uparcie. Kioskarz, widząc przez szybę swoją niedawną klientkę rozmawiającą z niewidzialnymi przyjaciółmi, popukał się w czoło. A Ida wzruszyła ramionami i natarła na duchy, które rozstąpiły się niechętnie. Po czym, jakżeby inaczej, poczłapały za nią.

Ludzie, których dziewczyna i jej mroczna świta mijali po drodze, byli jacyś dziwni. Patrzyli na Idę pustymi oczami prawie tak wrogo, jak śledzące ją duchy. Ida mocniej przycisnęła do piersi torbę i utkwiła wzrok w chodniku. Dotarła na przystanek, wsiadła w autobus numer sto czterdzieści pięć i zajęła miejsce przy oknie. Uparcie wpatrywała się szybę, dając do zrozumienia tłoczącym się przy niej zjawom, że nie ma zamiaru zwracać na nie uwagi. Wysiadła pod samą uczelnią i ruszyła alejką między wysokimi drzewami. Parła do przodu

z opuszczoną głową, patrząc na przesuwający się w dole, trzeszczący pod butami żwir. Próbowała nie słyszeć miarowego chrobotu, który rozlegał się jej za plecami. Zerknęła przed siebie i odetchnęła z ulgą. Już tylko parę kroków dzieliło ją od schodów prowadzących do gmachu… Lecz nagle te parę kroków zmieniło się w odległość nie do pokonania.

Alejka zawibrowała, zawarczała pod stopami Idy i zaczęła pękać. Dziewczyna odskoczyła w bok, o mało nie wpadła na ławkę i plecami przylgnęła do drzewa. Ze strachem obserwowała, jak rozdzielona postrzępionym, zygzakowatym pęknięciem ziemia zapada się i ustępuje miejsca strzelistym płomieniom.

Ida całkowicie zapomniała o śledzących ją duchach. Nie na długo.

Ich wrzaski i potępieńcze jęki gwałtownie przywróciły ją do rzeczywistości. Przerażone zjawy runęły na dziewczynę i próbowały chwycić ją w pasie, złapać za ręce, nogi, rzucić jej się na szyję, uczepić ubrania, włosów, czegokolwiek… Na próżno.

Dziesiątki widmowych palców przechodziły przez Idę jak przez powietrze, przyprawiając ją o silne dreszcze i stan przedzawałowy.

– Ratuj… – wyszeptała błagalnie jedna ze zjaw, zbliżając twarz do twarzy Idy.

Joanna.

To, co kryło się w jej przerażonym, zielonym spojrzeniu, przepełniło Idę takim żalem i strachem, że dziewczyna skurczyła się w sobie, a w oczach stanęły jej łzy.

– Ratuj mnie…

Reszta duchów już zniknęła w czerwonym ogniu. Plująca płomieniami przepaść wessała Joannę do połowy. Ida odruchowo próbowała złapać dziewczynę za ramię i wywlec z powrotem na ulicę, ale teraz to jej dłonie przeniknęły przez widmowe ciało, jakby wcale go tam nie było. Rudowłosa jęknęła. Zgięła się wpół

w konwulsjach. Na plecach znów wyrosły jej skrzydła, paznokcie wydłużyły się i zakrzywiły, w rozwartych

w oszalałym wrzasku ustach bieliły się ostre kły. Tęczówki powlekła mleczna mgła. Harpia zaskrzeczała po raz ostatni i pozwoliła, by ogień ją pochłonął. Płonąc jak ogromna pochodnia, zniknęła pod ziemią.

Ida stała parę minut zupełnie nieruchomo. Oddychała ciężko i nierówno, drżała od stóp do głów. Osunęła się po chropowatym pniu drzewa i usiadła na trawie.

Tymczasem ścieżka wróciła na swoje miejsce, ziemia zespoliła się, zrosła, stopiła, po pęknięciu nie został nawet ślad. U stóp dziewczyny walała się torba, obok paczka papierosów. Leżały sobie na ścieżce spokojnie i cicho, zupełnie jakby nic się nie stało.

A Pech uznał chyba, że trochę przesadził, bo nie odezwał się ani słowem.

Podziel się

O autorze

Aldona Kobus

(rocznik 1988, Toruń) – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Współautorka "Słownika fandomu i fanfiction". Pisze pracę doktorską poświęconą przemianom autorstwa w kulturze zachodniej. Prowadzi badania z zakresu pornografii, kultury popularnej i fan studies. Entuzjastka, autorka i tłumaczka fanfiction.

Odpowiedz