PATRONAT SZUFLADY: Przebudzenie powietrza – Elise Kova: fragment

Tom pierwszy cyklu „Przebudzenie powietrza”

Rozdział 1

Odkąd Vhalla Yarl przeprowadziła się ze Wschodu siedem lat temu, musiała znosić letnie burze, które często zdarzały się w stolicy, ale nigdy nie polubiła błyskawic i gromów.

Tej nocy to nie rozbłysk światła wpadający między desecz-kami okiennic przyspieszył bicie jej serca. To podniosły, niski dźwięk rogu odbijający się od każdego stanowiska w mieście z każdym powtórzeniem sprawiał, że jej świat zwalniał. Hałas przycichł, po czym rozległ się ponownie.

Vhalla poderwała się na równe nogi i podbiegła do wąskiego otworu strzelniczego, który służył jej jako okno. Otwarcie zasuwki okazało się złym pomysłem, gdyż wiatr natychmiast po-chwycił okiennicę i z taką siłą uderzył nią o ścianę pałacu, że prawie wyrwał ją z zawiasów. Jednak dziewczyna szybko za-pomniała o okiennicy, kiedy usłyszała dźwięk rogów płynący z niżej położonych pałacowych murów.
Ten dźwięk mógł oznaczać tylko jedno.

Jej ciemnobrązowe, nakrapiane złotem oczy skupiły się na Cesarskiej Bramie, która otworzyła się, żeby wpuścić do środka oddział żołnierzy. Vhalla wychyliła się najdalej, jak tylko mogła, i ignorując uderzające o jej policzki krople deszczu, próbowała przyjrzeć się żołnierzom wracającym do domu z frontu.

„Zwyciężyli? Czy wojna przeciwko Shaldanowi się skończyła?”

Serce Vhalli zabiło szybciej. W blasku błyskawic dostrzegła jedynie dwudziestu konnych.
Zwycięzcy wjeżdżali do miasta w pełni sił, z rozświetlonymi słonecznym blaskiem sztandarami powiewającymi na wietrze. Zwycięzcy czekali z paradą na lepszą pogodę. To byli posłańcy, dostawa, eskorta…

Vhalla poczuła pustkę w głowie.

Pałacowa służba wybiegła na powitanie oddziału i w migoczącym blasku ich pochodni dziewczyna mogła roz-poznać przybyłych. Płaszcz w cesarskiej bieli okrywający koński zad.

Powrócił książę.

Służący pomogli pochylonemu mężczyźnie zsunąć się z siodła, podtrzymywali bezwładne ciało. Nie rozumiała słów wykrzykiwanych wśród burzy, ale pobrzmiewały w nich złość i rozgorączkowanie. Vhalla stanęła na czubkach palców, zgięła się w pasie i pozwoliła, by deszcz zalewał jej plecy. Wystawiała głowę za okno, aż ranny mężczyzna został zabrany. Wtedy wróciła do komnaty, zamknęła okiennicę i zignorowała nie-wielką kałużę wokół stóp. Jeden z książąt został ranny, ale który?

Jej umysł wypełniły bezdenne błękitne oczy. Książę Baldair, drugi syn, wieczorem przed powrotem na wojnę zajrzał do biblioteki. Vhalla nigdy wcześniej nie poznała członka cesarskiej rodziny, ale wszystkie opowieści o Księciu Pożeraczu Serc okazały się prawdziwe.

Złapała za koszulkę nocną i zmusiła się, by oddychać głęboko. Książę nawet nie wiedział, kim była, przypomniała ­sobie. Z pewnością zapomniał już o uczennicy z biblioteki, którą zła-pał, kiedy ześlizgnęła się niezgrabnie z jednej z wielkich bibliotecznych drabin na kółkach.

Teraz wezwano kapłanów, obudzono służbę, by przyniosła koce i rozpaliła ogień, adepci uzdrawiania mieli pracować całą noc, a ona mogła jedynie czekać w milczeniu.

Odsunęła wilgotne kosmyki włosów z twarzy. Roan miała rację, myślenie o Księciu Pożeraczu Serc było czystą głupotą. Baldair nie zainteresowałby się dziewczyną taką jak ona, była zbyt zwyczajna.
Drzwi jej komnaty otworzyły się z trzaskiem. W wejściu stała niewysoka blondynka o falujących włosach. Vhalla zamrugała, spoglądając na nią – jakby przywołała ją swoimi myślami.

 – Vhallo… biblioteka. Natychmiast – wydyszała Roan. Brzmia­ło to tak, jakby mówiła w innym języku i ciało Vhalli nie zareagowało na polece-nie. – Vhallo, natychmiast!
Chwyciwszy ją za nadgarstek, Roan pociągnęła ją słabo oświetlonymi korytarzami, nie dała jej nawet szansy, by włoży-ła na siebie coś porządniejszego.
– Roan… Roan! Co się dzieje? – spytała, kiedy wyszły za róg.
– Nie wiem zbyt wiele. Mistrz Mohned wyjaśni.
– Chodzi o księcia? – wyrwało się Vhalli.

Jej przyjaciółka zatrzymała się i odwróciła.
– Wciąż myślisz o Księciu Pożeraczu Serc? Minęło… ile… dwa miesiące? – Roan przewróciła niebieskimi oczami, nieco ciemniejszymi od oczu księcia.
– Nie o to chodzi. Ja… – Poczuła, że się rumieni.

 – I czemu jesteś cała mokra? – Roan zamrugała, po raz pierwszy zauważając stan przyjaciółki. Nim Vhalla zdążyła odpowiedzieć, znów przeciskały się wąskimi i krętymi korytarzami dla służby. – Nieważne, postaraj się tylko nie zamoczyć książek.

Cesarska Biblioteka znajdowała się wewnątrz pałacu, części górskiej stolicy Cesarstwa Solaris. Pozłacane regały z wiśniowego drewna, wysokie jak czterech mężczyzn stojących jeden na drugim, zawierały ogrom wiedzy z całego Cesar-stwa. Sklepienie zdobiły witraże, które w słoneczny dzień rzucały na podłogę kolorowe plamy światła.
Teraz jednak bibliotekę spowijała ciemność. Uczniowie, mniej lub bardziej ubrani, zgromadzili się wokół głównego stanowiska pracy i płonącej na nim świecy.

Vhalla przesunęła wzrokiem po pełnej macierzyńskiego ciepła Lidii i przez chwilę spoglądała na Cadance, po czym zatrzymała się na Sareemie. Wpatrywała się w jego oliwkową skórę, ciemniejszą niż jej własna, odsłoniętą, gdyż nie miał na sobie koszuli. Był umięśniony i przez chwilę usiłowała sobie przypomnieć, kiedy jej przyjaciel z dzieciństwa stał się mężczyzną. Sareem napotkał jej spojrzenie i wydawał się wręcz zaskoczony. Szybko odwróciła wzrok.

– Potrzebujemy wszystkich ksiąg na temat magii i trucizn Cytadel Północnego Nieba Shaldanu. Przynieście je tutaj. Przeczytamy je i zrobimy notatki na temat tego, co może być uży-teczne, zanim przekażemy je kapłanom – powiedział mistrz Mohned, podczas gdy strażnicy zaczęli zapalać kolejne świece w całej bibliotece. Po wiekowym mistrzu widać było wszystkie lata jego życia, a jego długa biała broda była rozczochrana jak cienkie korzenie niedużej rośliny. Kiedy zauważył, że wszyscy wpatrują się w niego z otwartymi ustami, dodał ostro: – To ce-sarski rozkaz! Ruszać się!

Vhalla z rozbiegu wskoczyła na drabinę na kółkach i wykorzystała impet, by przesunąć się wzdłuż biblioteki. Jej wzrok prześlizgiwał się po tytułach, a ręce wyjmowały tomy. Trzymając w ramionach trzy manuskrypty, pobiegła do głów-nego stanowiska pracy, położyła je na podłodze i powtórzyła cały proces.

Sterty rosły, a na czole Vhalli perlił się pot. Mistrz często beształ ją za czytanie w czasie pracy, ale siedem lat nieposłuszeństwa sprawiło, że w głowie miała długą listę ksiąg. Tytuły pojawiały się przed jej oczami szybciej, niż mogła do nich do-biec.
Kiedy trzecia sterta oprawionych pergaminów była wyższa od niej, dostrzegła, że inni uczniowie przestali szukać i zajęli miejsca na podłodze, by zacząć potwierdzać zawartość każdego z manuskryptów. Przycisnęła dłoń do boku, by rozmasować kolkę. Ich sterty były tak małe. Wiedziała choćby o pięciu to-mach na temat eliksirów, które Sareem przegapił.

Jej umysł wypełniały myśli o księciu, gdy przynosiła kolejne księgi, ciągle miała jego twarz przed oczami. Jego obrażenia musiały być poważne, skoro kapłani potrzebowali informacji wykraczających poza zwykłą wiedzę. Vhalla zagryzła wargę, wpatrując się w wieże tomów przed biurkiem. Co mu dolegało?

– Vhallo.
Nie usłyszała zmęczonego głosu mistrza, szukając w głowie kolejnych tytułów. Jednego brakowało, tego była pewna. Pochodził z działu tajemnic?
– Vhallo.
Życie księcia mogło przeciec między ich palcami, jeśli prze-gapią choćby jedną linijkę tekstu. Otarła czoło dłonią. Po jej szyi spływał pot, a może woda.
– Vhallo!
– Co? – spytała ostro, wpatrując się w Mohneda. Natychmiast uświadomiła sobie swój brak szacunku.
Mistrz pozwolił, by uszło jej to na sucho.
– Wystarczy, mamy już dosyć. Pomóż nam w poszukiwaniach. Zapisz wszystko, co uznasz za przydatne.
Mistrz Mohned wskazał podłogę i Vhalla zajęła miejsce między Roan a Sareemem. Bibliotekarze ignorowali wszystkie zasady i wszelką przyzwoitość, sięgając do sterty piór, kałama-rzy i pergaminów pośrodku ich kręgu.
Vhalla położyła pierwszą księgę na kolanach.
– Mistrzu? – Uniosła głowę i odwróciła wzrok od kart, które ściskała drżącymi palcami. Mędrzec spojrzał na nią przez oku-lary. – Kto jest chory?
– Książę.

To jedno słowo wystarczyło, by gardło Vhalli wyschło bardziej niż Zachodnie Pustkowie. Żałowała, że się nie pomyliła.

Przebywał w pałacu, gdzieś poza jej zasięgiem. Potrzebował pomocy, a ona była nikim. Niewiele się różniła od służących, którzy zamiatali korytarze i czyścili toalety za karę za niewielkie przewinienia. Ale może lata czytania wreszcie okażą się użyteczne i uda jej się coś zrobić.

Złapała kolejny arkusz pergaminu. Jej pióro pozostawiało ślady atramentu na jego gładkiej powierzchni. Tylko to mogła zrobić. Tylko w tym była dobra. Mogła czytać i być może przekazać wiedzę jakiemuś kapłanowi, a ten uratuje mężczyznę, którego właściwie nie znała.

Vhalla złamała pióro, odrzuciła je na bok z przekleństwem i sięgnęła po następne. Sareem posłał jej zaciekawione spojrzenie, ale ona przebywała w innym świecie. Im dłużej pisała, tym spokojniejsza się czuła. Pióro było niczym przedłużenie jej istoty i naginała atrament do swojej woli, jakby słowa rzuciły na nią czar.

Powoli rosła nowa sterta ksiąg. Za okładką każdej znajdowała się notatka, wymieniająca informacje, które Vhalla w niej zna-lazła i uznała za pomocne. Właściwie nie zauważała żołnierzy, którzy zaczęli wynosić całe naręcza tomów. Nie odwróciła się również, by pożegnać przyjaciół, którzy odchodzili zmęczeni w ciągu nocy.

Choć traciła siły, im więcej ksiąg opuszczało bibliotekę, tym większy przymus czytania czuła. Stopniowo wypełniało ją ciep­ło. Z początku powoli, z każdą godziną stawało się coraz silniejsze, aż zmieniło się w przeszywające gorąco.

Odgłos zamykania ostatniego woluminu wyrwał ją z transu. Vhalla zamrugała i spojrzała na puste, zaplamione atramentem dłonie. W blasku słońca wzniosła oczy do góry i wpatrzyła się ze zmęczeniem we wspaniały tęczowy witraż biegnący wzdłuż sklepienia. Nadszedł świt, a ona nawet nie pamiętała nocy. Po-czuła, że na jej ramionach zacisnęły się dłonie.

Zamrugała i spojrzała na mężczyznę, który nagle pojawił się przed nią. Nie rozpoznawała tej twarzy. Nieznajomy pochodził z Południa, miał lodowate niebieskie oczy, bródkę i krótkie jasne włosy. Nie wyglądał groźnie, a ona była przekonana, że nie spotkała go nigdy wcześniej.

– Czy to ona? – spytał kogoś, choć cały czas wpatrywał się w nią.
– Tak, ministrze – odpowiedział inny nieznajomy głos.
– Dziękuję. Możesz odejść – polecił Południowiec.

Vhalla usłyszała jeszcze oddalające się kroki, którym towa-rzyszył brzęk pancerza.
– Kim jesteście?

Znów odzyskała panowanie nad językiem, fala gorączkowego ciepła znikła. Próbowała zrozumieć, kim był ten mężczyzna i dlaczego jej dotykał. Jej wzrok spoczął na gładkiej czarnej kurtce, która wyraźnie rzucała się w oczy w promieniach po-rannego słońca. Nikt w pałacu nie nosił czerni.

Zakręciło jej się w głowie. Prawie nikt nie nosił czerni.
– Zaraz, jesteście…
– Nie zadawaj pytań. – Na jej ustach zacisnęła się duża dłoń, wilgotna i zimna. – Nie bój się. Chcę ci pomóc. Ale musisz pójść ze mną.
Vhalla popatrzyła na mężczyznę szeroko otwartymi oczami. Odetchnęła przez nos i pokręciła głową, protestując przeciwko uciszającej ją dłoni.
– Muszę porozmawiać z tobą w cztery oczy, ale mistrz ksiąg wkrótce powróci. Dlatego chodź ze mną. – Powoli odsunął dłoń od jej twarzy.
– Nie. – Prawie poleciała do tyłu. – Nie pójdę z wami! Nie powinniście tutaj być, ja tam nie pójdę.

Panika sprawiła, że w głowie miała mętlik, pogłębiony przez wysiłek tej nocy.
Mężczyzna złapał ją raz jeszcze, popatrzył na nią z irytacją i obejrzał się przez ramię.

Vhalla otworzyła usta, by wezwać pomoc, ale wtedy do jej twarzy przyciśnięto kawałek materiału, który pachniał ziołami. Tuż przed tym, jak mimo wszelkich wysiłków straciła przytomność, dostrzegła symbol wyhaftowany na kurtce mężczy-zny, który pochylił się, by ją podnieść. Na jego lewej piersi wyszyto pęknięty na dwie części srebrny księżyc ze smokiem zwiniętym wokół jego środka. Nigdy wcześniej nie widziała tego złowrogiego symbolu, ale wiedziała, co oznacza – czarodzieja.

About the author
Magdalena Pioruńska
twórca i redaktor naczelna Szuflady, prezes Fundacji Szuflada. Koordynatorka paru literackich projektów w Opolu w tym Festiwalu Natchnienia, antologii magicznych opowiadań o Opolu, odpowiadała za blok literacki przy festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu. Z wykształcenia politolog, dziennikarka, anglistka i literaturoznawczyni. Absolwentka Studium Literacko- Artystycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dotąd wydała książkę poświęconą rozpadowi Jugosławii, zbiór opowiadań fantasy "Opowieści z Zoa", a także jej tekst pojawił się w antologii fantasy: "Dziedzictwo gwiazd". Autorka powieści "Twierdza Kimerydu". W życiu wyznaje dwie proste prawdy: "Nikt ani nic poza Tobą samym nie może sprawić byś był szczęśliwy albo nieszczęśliwy" oraz "Wolność to stan umysłu."

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *