PATRONAT SZUFLADY: „Ostatnia walka” Rachel E. Carter: fragment powieści

Premiera 25 marca, wyd. Uroboros

link do sprzedaży:

http://bit.ly/Carter-Ostatnia-Walka

 

 

Weselna uczta upłynęła pod znakiem toastów za zdrowie młodej pary i za szczęście całego narodu. Siedziałam u szczytu stołu, obok małżonka i jego brata, który królował na wysokim krześle odziedziczonym po ojcu. Po naszej lewicy znajdował się rząd doradców. Przez trzy godziny zmuszałam się przełykania kęsków dziczyzny. Całkowicie straciłam apetyt.

Stale czułam na sobie spojrzenie Darrena. W pewnym momencie wsunął rękę pod stół i ścisnął mnie za kolano.
– Ryiah, proszę, jedz. Nie smuć się tak.
Z przymusem przeżułam listek sałaty, boleśnie świadoma, że jestem obserwowana. Muszę udawać, że wszystko jest w porządku.
– Dobrze.
Mina mu spoważniała.
– Riyah, przecież widzę…
Donośny głos przedarł się przez gwar rozmów, zagłuszając jego słowa.

– Sześć tygodni! – mówił jeden z doradców Korony, krzepki mężczyzna ubrany w kosztowne, lecz znoszone boreańskie jedwabie. Z każdym łykiem piwa zyskiwał więcej animuszu. – Po tym czasie czterdzieści pythiańskich okrętów wojennych weźmie kurs na Jerar. Gdybym był rycerzem, osobiście bym wypatroszył tych caltothiańskich zdrajców.
„Sześć tygodni”. Z wysiłkiem przełknęłam ślinę. Zaczęło się.
Darren musiał pomyśleć to samo co ja.
– Ile twoim zdaniem zajmie im dopłynięcie do naszych wybrzeży?

Mężczyzna wyprostował się, dumny, że sam następca tronu zaszczycił go pytaniem. Język mu się lekko plątał, kiedy odpowiedział:
– Miesiąc, wasza wysokość. Nie wcześniej.
Inny z doradców, kobieta o surowej minie, ostrym podbródku i wydatnych ustach, uniosła swój kieliszek, nie kryjąc szyderstwa.
– Dwa tygodnie, Cletusie. Kto jak kto, ale ty powinieneś to wiedzieć, bo przecież nadzorujesz handel Korony, nieprawdaż? – Złośliwy uśmieszek wykrzywił jej wargi. – Chyba że nie masz czasu, bo pochłania cię gra w kości?
Mężczyzna poczerwieniał jak burak.
– Jak… śmiesz… – wykrztusił.
– Cletusie, potwierdzasz te dwa tygodnie? – Pytanie padło z mojego końca stołu i zadano je podejrzanie spokojnym głosem. Nieszczęśnik przyciągnął uwagę władcy w najmniej odpowiednim momencie.
Cletus opadł na siedzenie i nogi jego krzesła zaszurały po marmurowej posadzce.
– Możliwe, panie. Nie mam tu swoich morskich map, żeby sprawdzić, ale…
– Płacę ci, żebyś miał je w głowie. – Głos młodego króla był zimny i beznamiętny. Prysł wesoły nastrój i zastąpił go niesmak. – Hestia ma rację. Na moim dworze nie ma miejsca dla nierobów. Straż, ten człowiek ma być natychmiast usunięty z dworu.
– Blayne. – Szept Darrena mogłam słyszeć tylko ja. – Czy to naprawdę konieczne? On za dużo wypił. Może zapytasz go jeszcze raz, kiedy wytrzeźwieje?

Brat obrzucił go gniewnym spojrzeniem, po czym zwrócił się do doradcy jeszcze bardziej lodowatym tonem:
– Szykujemy się do wojny za dwa miesiące. Twoje obliczenia, wzięte z powietrza, mogą mnie kosztować straty w ludziach. Jeśli jeszcze raz zobaczę cię na moim dworze, nie będę już taki łaskawy.
– Tak, panie.
Doradca nie zwlekał. Zerwał się z krzesła i chwiejnie ruszył do wyjścia. Z apoplektycznie zaczerwienioną twarzą, z trudem łapiąc oddech, mijał służbę, muzyków i innych dworzan, nieświadomych wyroku, jaki na niego wydano.
– Przykro mi, bracie – powiedział Blayne, kiedy gwar przy stole powrócił – ale musiałem to zrobić dla dobra Jeraru.
Darren już nie dyskutował.
„I dlatego niczego nie podejrzewałam”. Kto śmiałby obwiniać króla za troskę o poddanych? Czasami musi być okrutny, aby uniknąć większego zła.

Tylko prawda mogła ujawnić oszustwo Blayne’a, czyli fakt, że zbrojna akcja jest niepotrzebna. Caltothianie byli spokojnym narodem. Jedynie knowania i chciwość króla Luciusa sprawiły, że reszta królestwa i sąsiednie kraje uwierzyły w to kłamstwo.
Odsunęłam talerz.

Jakby mi było mało kłopotów z żołądkiem, do mdłości doprowadzały mnie jeszcze niekończące się zachwyty nad królewską troską o Jerar. Nie winiłam tych pochlebców. Nie mogli wiedzieć… a może jednak wiedzieli? Zaczęłam się zastanawiać, czy Lucius nie podzielił się swoim planem z kimś więcej poza własną starszyzną. Na przykład z maginią Mirą, dowódczynią swojego regimentu? Wiedza tej ostatniej była prawdopodobna, jeśli wziąć pod uwagę jej szybki awans po zabójstwie króla. A inni?
Przyszła mi do głowy nowa myśl – ilu doradców króla mogło wiedzieć o tych planach?
Sala zawirowała mi w oczach i kurczowo chwyciłam poręcze krzesła. „A jeśli oni wszyscy wiedzą?”.
– Ryiah?
Udało mi się przetrwać ceremonię ślubną, dwugodzinną paradę po ulicach Devonu i trzy godziny weselnej uczty. Zniosłam więcej, niż ktokolwiek byłby w stanie wytrzymać w obecności króla mordercy. Potrzebowałam się od tego oderwać choćby na parę minut.
Chciałam się oderwać od wszystkiego i od wszystkich, bo poczułam, że dłużej nie dam rady.
Odwróciłam się do Darrena i splotłam palce z jego palcami.
– Mam trochę dosyć – powiedziałam. Przynajmniej nie musiałam kłamać. – Myślisz, że twój brat nie będzie miał nic przeciwko temu, jeśli na chwilę was opuszczę?
Spojrzenie księcia spoczęło na mojej twarzy.
– Wytłumaczę cię. Jeśli Blayne będzie miał zastrzeżenia co do odejścia mojej żony, niech rozmawia o tym ze mną.
Gula rosła mi w gardle. Odwróciłam wzrok z obawy, że zaraz gruchnę przed nim na kolana i wyrzucę z siebie wszystkie sekrety. Chciałam oszczędzić Darrenowi takiej sceny. Wymamrotałam podziękowanie i dyskretnie odeszłam od stołu. Król na szczęście był zajęty rozmową z jednym z arystokratycznych gości.

Wędrowałam korytarzami, nie zwracając uwagi na przepych pałacu z jego wspaniałymi arrasami i złotymi kolumnami. Zdążyłam się na nie napatrzeć w ciągu miesięcy, które spędziłam tutaj po naborze kandydatów. Wszędzie drogę oświetlały kinkiety, a ja potrzebowałam mroku. Nawet moja suknia: kremowożółta spódnica i złoto-pomarańczowa góra naszywana kryształkami, błyszczała. W życiu nie miałam tak pięknego stroju, ale te kolory bezustannie mi przypominały wydarzenia sprzed zaledwie kilku godzin i objawienie, które na mnie spłynęło.
Dziesięć minut później znalazłam się przed swoją komnatą, którą przekształcono teraz w pokój wypoczynkowy.
Zabrano moje dębowe kufry i piękne łóżko z wiśniowego drzewa. Zamiast tego w komnacie znalazły się stolik i siedziska z miękkimi poduszkami, abym miała gdzie siadywać z mężem. Nie zmienił się tylko przyległy do komnaty pokoik kąpielowy z wanną i naczyniem nocnym.

Nie zdawałam sobie sprawy, ile czasu stałam w progu i gapiłam się na swój dawny pokój. Kolejna rzecz, która już nigdy nie będzie taka sama.
Proste zaklęcie wystarczyło, aby świece zgasły i otoczyła mnie ciemność. Weszłam do środka i zamknęłam za sobą drzwi. Moja dłoń spoczywała na klamce, oddychałam głęboko. Maska opadła mi z twarzy.

Czas mijał, a ja ciągle stałam przy drzwiach. Dziesięć minut to trwało? Godzinę? Straciłam rachubę, kiedy do moich oczu napłynęły łzy. Łkałam i wszystko było mi obojętne. Nie ma takiej rzeczy jak czas. Parę minut mniej czy więcej niewiele zmieni. Nie zmieni wagi świata ani zbrodni, które zamierzałam popełnić dla dobra wielu, ale kosztem kilku z nich.

Nie miałam pojęcia, jak zdobędę dowód, że mój brat miał rację. Nie wiedziałam, czy zdołam przekonać rebeliantów, że muszę przyłączyć się do nich, choć jestem częścią Korony. Nawet brat bliźniak mi nie ufał. A Pythus i Wyspy Borea? Jak mam ich namówić, aby wystąpili przeciwko Nowemu Sojuszowi, który Blayne zdołał umocnić po śmierci ojca i moim ślubie z jego bratem? W jaki sposób taka młoda kobieta jak ja może przekonać króla i cesarza dwóch sąsiednich krajów, żeby wypowiedzieli sojusz, który podpisali z jej krajem? Nawet jeśli będzie miała dowód – czy to wystarczy, by jej posłuchali?

Pomyślałam, że powinnam się napić wina. Rzadko je piłam, ale teraz mogłoby zagłuszyć burzę myśli i uczuć. I cały ten strach. Potrzebowałam czegoś, co choć na chwilę by mnie od nich oddzieliło. Liczyłam, że poczuję się lepiej w wyzwalającej ciemności, a tymczasem było jeszcze gorzej.

Może z czasem się uspokoję. Ale teraz nie miałam czasu. Mijały godziny, i jeśli słowa królewskiej doradczyni były prawdą, za sześć tygodni wystartuje caltothiańska flota, a za osiem dopłynie od naszych brzegów. Niedługo potem nasza armia ruszy na Caltoth.
Moja dawne ja chciało pozostać w mroku po śmierci Derricka. Ta dziewczyna była niczym błądzący duch, pogrążona w rozpaczy i oderwana od świata.

O ileż łatwiej jest być pokonanym niż silnym.

About the author
Magdalena Pioruńska
twórca i redaktor naczelna Szuflady, prezes Fundacji Szuflada. Koordynatorka paru literackich projektów w Opolu w tym Festiwalu Natchnienia, antologii magicznych opowiadań o Opolu, odpowiadała za blok literacki przy festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu. Z wykształcenia politolog, dziennikarka, anglistka i literaturoznawczyni. Absolwentka Studium Literacko- Artystycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dotąd wydała książkę poświęconą rozpadowi Jugosławii, zbiór opowiadań fantasy "Opowieści z Zoa", a także jej tekst pojawił się w antologii fantasy: "Dziedzictwo gwiazd". Autorka powieści "Twierdza Kimerydu". W życiu wyznaje dwie proste prawdy: "Nikt ani nic poza Tobą samym nie może sprawić byś był szczęśliwy albo nieszczęśliwy" oraz "Wolność to stan umysłu."

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *