PATRONAT SZUFLADY: „Mroczne niebo” Danielle L. Jensen – fragment

Rozdział 1

Killian

Killian posypał raport piaskiem, starając się nie rozmazać atramentu – i tak miał niezbyt ładny charakter pisma.

Choć to się nie liczyło. Wiadomość brzmiała niemal identycznie z tą, którą wysłał w poprzednim tygodniu. I jeszcze tydzień wcześniej. Na murze spokój. Żadnych śladów derińskich zwiadowców. Żadnych dezercji. W kolejnych tygodniach spodziewał się podobnej monotonii, przerywanej jedynie – nie tak znów rzadko – grą w karty.

Zawsze musiał włożyć dużo wysiłku, żeby n i e napisać tego ostatniego.

Killian po raz pierwszy został samodzielnym dowódcą – i, na bogów, był na to najwyższy czas. Miał dziewiętnaście lat i właściwie od urodzenia szkolił się, by odziedziczyć dowództwo królewskiej armii, nie wspominając już o tym, że został naznaczony przez samego boga wojny. Narodził się, by prowadzić żołnierzy do boju, a jednak ilekroć nadarzała się okazja, ojciec znajdował jakiś powód, by wciąż kazać mu przyjmować rozkazy od kogoś innego.

Przez trzy lata tym kimś była arcydama Dareena Falorn. Dopiero kiedy odesłała Killiana z powrotem do stolicy z listem, w którym twierdziła, że bardziej gotów już nie będzie, ojciec ustąpił. Killian mógł przez prawie cały dzień marzyć o chwale, zanim przyszły wieści, że kapitan garnizonu na murze spadł ze szczytu tej właśnie budowli, której obroną miał się zajmować, co oznaczało, że zwolniło się jego stanowisko. Killian uznał to za ogromny pech.

Mur zamykający przełęcz między Derinem a Mudamorą przez wiele pokoleń widział co najwyżej potyczki i zdaniem Killiana (jak również wszystkich innych mieszkańców królestwa) tak miało pozostać. Co prawda, Derin i jego wyznający Siódmego mieszkańcy rzeczywiście byli problemem, ale – dzięki poszarpanym szczytom Gór Liratora i łasce Sześciorga – nie jego. Więcej konfliktów widział, kiedy strzegł wejścia do pałacowej wygódki. Stopił laskę wosku nad świecą i właśnie rozsmarowywał go po zagiętej karcie kolejnego listu, kiedy znienacka zagrzmiał
róg, zaskakując go.

– Niech cię Siódmy porwie – mruknął.

Spiorunował wzrokiem nierówną plamę wosku, a jego dobre wychowanie przez chwilę walczyło z lenistwem. To ostatnie zwyciężyło i Killian przycisnął sygnet do wosku, pozostawiając odcisk przedstawiający galopującego konia, herb rodu Calorianów – choć pozbawiony ogona.
Róg zagrzmiał powtórnie.

Jeden sygnał oznaczał, że na przełęczy dostrzeżono c o ś. Ale dwa oznaczały k o g o ś.

Czasami widywano derińskich zwiadowców, ale nie o tej porze roku, kiedy śnieg sięgał ludziom ponad głowę. Bardziej prawdopodobne, że jeden z jego ludzi przemycił trunek na wartę i wyobraził sobie sylwetki w kłębiących się płatkach. Tak czy inaczej, Killian nie mógł tego zignorować.

Róg zagrzmiał ponownie.
Serce zabiło boleśnie w piersi Killiana. Złapał za miecz i pozostawiwszy płaszcz, pobiegł w stronę drzwi. Już biły dzwony, wzywając żołnierzy do broni. Trzy sygnały mogły oznaczać tylko jedno – powód, dla którego wybudowano mur.

Garnizon, starożytny i surowy, wybudowano z bloków z szarego kamienia, z otworami strzelniczymi zamiast okien. Jedynym źródłem światła w wąskich korytarzach były kopcące świece, które rzucały roztańczone cienie na gołą podłogę, kiedy Killian zbiegał trzy kondygnacje w dół. Gdy znalazł się na zewnątrz, zimne powietrze uderzyło go w twarz.

Jego buty tonęły w mokrym śniegu pokrywającym dziedziniec. Słyszał dolatujący z góry brzęk cięciw i kroki żołnierzy, którzy wbiegali po wąskich schodach na szczyt muru. Przy bramie dostrzegł swoją przyjaciółkę porucznik Bercolę – jej głowa i ramiona wznosiły się ponad otaczającymi ją żołnierzami. Wszyscy wpatrywali się w to, co znajdowało się za zamkniętym dwiema bronami tunelem – jego otwór częściowo zasłaniało też wysokie drewniane rusztowanie, na którym zgromadzono materiały do remontu.

Bercola odwróciła się na dźwięk jego kroków i ponuro pokręciła głową.
– To chce z tobą rozmawiać.

„To”.

Killian przeszedł między żołnierzami i utkwił wzrok w znajdującej się za bramą kobiecie, która poruszała się na tle zaśnieżonych szczytów. Znajdowała się na tyle daleko, że bez trudu unikała strzał, a jej ruchy były nieludzko szybkie. Na jego widok wyciągnęła z kieszeni kawałek białego materiału i uniosła go w powietrze.

– Łucznicy stop. – Killian schował miecz do pochwy i przyjął lunetkę od Bercoli. – I uciszyć ten hałas.
– Ale kapitanie – sprzeciwił się jeden z jego ludzi. – Ona jest jednym z…
– Wiem, kim ona jest.
Naznaczona przez Siódmego boga, Zepsucie. Równie niebezpieczna, co tuzin uzbrojonych mężczyzn, i dwa razy sprytniejsza. Takich jak ona zabijało się z jak największej odległości,  ale Killian nigdy wcześniej nie widział jednego z nich z bliska i był… c i e k a w y.
– Dzień dobry! – zawołał, ignorując okrzyki żołnierzy. – Zaproponowałbym ci coś do picia, ale obawiam się, że nie otrzymałem klucza do strażnicy!
– Czy to jedyne, co cię powstrzymuje, lordzie Calorianie?! – odkrzyknęła.

Killian zacisnął zęby. Jego dowództwo nie było tajemnicą, ale wciąż czuł niepokój, gdy jego imię wypowiadało jedno z zepsutych.

– Może również instynkt samozachowawczy.

Uniósł lunetkę i zobaczył, jak na twarzy kobiety pojawia się uśmiech. Była równie piękna co trujący kwiat – lepiej podziwiać z dużej odległości.

– I wzajemnie. Macie reputację, milordzie, a ja obawiam się, że przyjęcie tego trunku miałoby swoje konsekwencje.

Killian nie zasłużył na tę reputację, ale już dawno uświadomił sobie, że im bardziej zaprzeczał, tym bardziej ludzie byli skłonni uwierzyć w pogłoski.

– Większość nie użyłaby słowa „konsekwencje”. – Wyszedł spośród żołnierzy i podszedł bliżej. – Przywileje, przyjemności, rozkosze…
– Naznaczony przez bogów szaleniec – mruknął ktoś z tyłu, ale Killian zignorował tę uwagę.

Choć kobieta była niebezpieczna, znajdowała się w odległości co najmniej pięćdziesięciu kroków i po drugiej stronie muru grubego na dwanaście stóp – w jaki sposób rozmowa z nią miałaby mu zaszkodzić?

– Gdyby tylko pycha przekładała się na umiejętności – odparła i nieco odwróciła głowę, jakby czegoś nasłuchiwała. Killian spojrzał na Bercolę, ale olbrzymka pokręciła głową.

Poza tym nikogo na przełęczy.

– Możesz się tego dowiedzieć tylko w jeden sposób! – odkrzyknął.

Zepsuta wepchnęła białą tkaninę do kieszeni.
– Nie mamy na to czasu. Musicie mnie przepuścić. – Znów obejrzała się przez ramię i popatrzyła na przełęcz, a jej rakiety śnieżne zagłębiły się w puchu. – Oni nadchodzą. Nie ma czasu.

Wśród żołnierzy rozległy się niespokojne szepty, ale kiedy Killian spojrzał przez lunetkę, widział jedynie śnieg, skały i gdzieniegdzie drzewa.

– Pewnie uważasz mnie za wariata. – Killian oparł łokcie na grubych stalowych prętach. Miał już dość przekomarzanek. –
Wiem, kim jesteś i na co cię stać. A jeśli mam być szczery, tych bram nie otwierano od dziesięcioleci. Nie mam pewności, czy w ogóle da się to zrobić. – Spojrzał na swoich ludzi. – Ktoś wie?

Żołnierze odpowiedzieli śmiechem, w którym jednak było słychać nutę zdenerwowania.

– Nie mam zamiaru skrzywdzić ciebie ani twoich ludzi. Wręcz przeciwnie, chcę wam pomóc. Chcę powstrzymać j ą. Ale najpierw wy musicie mi pomóc. – Kobieta znów obejrzała się przez ramię i zrobiła dwa kroki w stronę bramy.

– Nie zbliżaj się! – krzyknął Killian. Wyczuwał, że łucznicy się wahają, a nie chciał, by wypuścili strzały.
– Proszę. – W jej głosie było coś więcej niż desperacja. Słyszał w nim strach, który sprawiał, że podchodziła coraz bliżej. – Rufina ma ze sobą dziesięć tysięcy żołnierzy, a to jedynie niewielka część jej zastępów.

„Kim, na przeklęte podziemia, jest Rufina?”
– Ani kroku dalej. – Serce waliło mu w piersiach, nieskończona ciemność jej oczu sprawiała, że miał ochotę wydobyć miecz. Albo uciekać. – Ostrzegałem cię.
– Znam jej plany. – Zepsuta szła teraz w ich kierunku, poruszała się płynnie jak drapieżnik. – Przepuśćcie mnie przez bramy, a pomogę wam ją zatrzymać.
– Czemu jedna z zepsutych miałaby chcieć pomóc m n i e?
– Bo jeśli ona zwycięży, nigdy nie uwolnię się od tego przekleństwa.

Znajdowała się w odległości zaledwie trzydziestu stóp. Instynkt podpowiadał Killianowi, że powinien ją wysłuchać, ale logika mówiła coś innego. Jego dłoń powędrowała do głowicy miecza.

– Nie ufam ci. Wiem, do czego jesteś zdolna.

Dwadzieścia stóp.
– Może i jestem potworem, ale nie kłamcą.

Piętnaście. Była zepsuta, a zepsutych zgodnie z rozkazami króla zabijano bez ostrzeżenia. Ale c z u ł, że to niewłaściwe.
– Stój.

Zbliżała się. A Killian miał rozkazy.
– Strzelać!

Zobaczył sześć strzał wystających z jej piersi, właściwie zanim jeszcze usłyszał brzęk cięciw. Na twarzy kobiety pojawiło się zaskoczenie, zatoczyła się do przodu, a każdemu jej krokowi towarzyszył kolejny strzał z łuku.

Spojrzała mu w oczy.
– Nie jestem kłamcą – szepnęła i padła twarzą na śnieg.

Nikt się nie odezwał. Ani słowem.
„Powinieneś był ją wysłuchać”.

Głos Killiana zabrzmiał chrapliwie, kiedy powiedział:
– Muszę się znaleźć po drugiej stronie muru.

„Popełniłeś błąd”.
– Ale panie, ona jest…
„Coś jest nie w porządku”.
– Martwa. – „Z mojej winy”. – A teraz otwórzcie przeklętą bramę.

Wpatrywali się w niego bez ruchu. Wszyscy byli weteranami.
Większość brała udział w niezliczonych bitwach. Przeciwko Gendornowi i Anukastre. Niektórzy, równie śniadzi jak on, pewnie walczyli w wojnach z olbrzymami w czasach, kiedy Killian wciąż bawił się drewnianym mieczykiem. Ale ta kobieta, ta i s t o t a krwawiąca na śniegu, przerażała ich.

– Przynieście mi linę.
„Coś się zbliżało”.

About the author
Magdalena Pioruńska
twórca i redaktor naczelna Szuflady, prezes Fundacji Szuflada. Koordynatorka paru literackich projektów w Opolu w tym Festiwalu Natchnienia, antologii magicznych opowiadań o Opolu, odpowiadała za blok literacki przy festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu. Z wykształcenia politolog, dziennikarka, anglistka i literaturoznawczyni. Absolwentka Studium Literacko- Artystycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dotąd wydała książkę poświęconą rozpadowi Jugosławii, zbiór opowiadań fantasy "Opowieści z Zoa", a także jej tekst pojawił się w antologii fantasy: "Dziedzictwo gwiazd". Autorka powieści "Twierdza Kimerydu". W życiu wyznaje dwie proste prawdy: "Nikt ani nic poza Tobą samym nie może sprawić byś był szczęśliwy albo nieszczęśliwy" oraz "Wolność to stan umysłu."

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *