PATRONAT SZUFLADY: Ania z Avonlea – Lucy Maud Mongomery

Ania z AvonleaCykl opowieści o rudowłosej sierotce z Kanady znany jest na całym świecie. „Ania z Zielonego Wzgórza” to jedna z najczęściej tłumaczonych i wydawanych książek, była też przenoszona na ekran i adaptowana jako sztuka teatralna. Całe pokolenia dziewczynek wychowały się na tej powieści, a trzeba tu podkreślić, że czytają ją również chłopcy, z tym że z niepojętych powodów wstydzą się do tego przyznać. W Polsce do tej pory, przy okazji kolejnych wznowień, korzystano ze starych przekładów, które niewiele różniły się między sobą. Obecnie za tłumaczenie książki na nowo wziął się Paweł Beręsewicz. Czy zrobił to równie dobrze jak jego poprzednicy? Trudno powiedzieć – myślę, że na to pytanie każdy czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam. Ja przedstawiam wyłącznie własne przemyślenia.

Ania ma już szesnaście lat, skończyła seminarium nauczycielskie i zaczyna uczyć w szkole, do której sama wcześniej uczęszczała. Angażuje się też w działalność społeczną na rzecz miejscowości, w której mieszka. Zamierza realizować własne ideały pracy z dziećmi, a w wolnym czasie „poprawiać świat”. Swym młodzieńczym entuzjazmem zaraża większość młodzieży Avonlea, choć starsi i bardziej konserwatywni mieszkańcy miasteczka podchodzą do pomysłów Towarzystwa Polepszania raczej sceptycznie. Równie wielką dozę sceptycyzmu wywołuje w nich sama Ania jako nauczycielka. Jej łagodne metody postępowania z uczniami i wprowadzane „nowinki” edukacyjne nie zawsze spotykają się z powszechną aprobatą. W dodatku przy swym szczęściu do popełniania zabawnych pomyłek Ania zawsze umie napytać sobie biedy, co ściąga na jej rudą głowę rozmaite kłopoty i krytykę rodziców dzieci. Jedynie zakochany w niej Gilbert Blythe uważa ją za istotę bez skazy. Z biegiem czasu Ania musi sprostać kolejnym wyzwaniom: jej opiekunka, Maryla Cuthbert, przygarnia dwójkę sierot po dalekiej krewnej, a wszystko wskazuje na to, że wychowanie ich będzie trudnym zadaniem…

Sama historia jest tak dobrze znana, że komentowanie jej chyba jest zbędne. Również bohaterowie tej nieśmiertelnej opowieści mają już stałe miejsce w popkulturze i trudno byłoby znaleźć człowieka, który o nich nie słyszał. Ania Shirley, Gilbert Blythe, Maryla Cuthbert i inne postacie opisane przez Lucy Maud Montgomery musiały zostać skonstruowane wyjątkowo zręcznie, by aż tak zawładnąć wyobraźnią dzieci i dorosłych. Co ważniejsze, ich popularność nie ograniczyła się do czasów współczesnych autorce, lecz trwa do dziś i nic nie wskazuje na to, by spadała. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie talent L.M. Montgomery, który umożliwił jej stworzenie galerii różnorodnych, niezwykłych postaci. Nie zawsze są one  sympatyczne, czasem wręcz niemiłe, ale żadna nie pozostawia czytelnika obojętnym.

Tym, co odróżnia obecne wydanie od poprzednich, jest osoba tłumacza, i jest to kwestia bardzo istotna.  Julian Tuwim napisał kiedyś:
Wiersz przetłumaczony powinien wskazywać tę samą godzinę co oryginał. Dlatego praca tłumacza przypomina pracę zegarmistrza.

Tutaj mamy, co prawda, do czynienia z prozą, nie z poezją, ale główna zasada pozostaje taka sama. Przypatrzmy się więc bliżej. Autor nowego przekładu usunął przede wszystkim spolszczenie imion i nazw własnych. Był to chwyt powszechnie stosowany za czasów PRL-u – wystarczy choćby wspomnieć słynną zamianę Mary Poppins na Agnieszkę. Miało to służyć przybliżeniu bohaterów polskiemu czytelnikowi, czas jednak pokazał, że nie było takiej potrzeby. Z drugiej strony brzmiące „bardziej swojsko” nazwy i imiona połączyły się w umysłach polskich czytelników z historią Ani Shirley i obecnie ktoś, kto znał książkę w starym przekładzie, przyjmuje nowe tłumaczenie, a zwłaszcza inną formę imion bohaterów, raczej niechętnie. Na pewno też zada sobie pytanie, dlaczego – skoro Janka Andrews jest obecnie Jane, Jaś (w innym przekładzie Pawełek) Irving Paulem, Tadzio Davyem, a pani Małgorzata Linde nazywa się Rachel Lynde – Ania pozostała Anią, nie zaś Anne, za to Imbirek (papuga pana Harrisona), zamiast jak w oryginale nazywać się „Ginger”, dostał polskie imię „Rudy”. Taki podwójny standard wydaje się nielogiczny. Nie jest to zresztą jedyny mankament tej edycji. Zmianie uległ też język narracji i wypowiedzi bohaterów. Stał się on bardziej współczesny, co raczej nie wyszło książce na dobre. Styl powieści to przecież jeden z jej filarów. Nie można „uwspółcześnić” sienkiewiczowskiej „Trylogii” bez zmasakrowania tekstu i zagubienia tego, co stanowi o klimacie utworu. To samo dotyczy „Ani”.

W obecnym przekładzie bohaterowie, a zwłaszcza bohaterki powieści, co prawda nie klną, ale używają często dość mocnego języka, co w opisywanych czasach byłoby nie do pomyślenia u dziewcząt wychowywanych programowo na „młode damy”. Zdaje się, że tłumacz niepotrzebnie zasugerował się serialem telewizyjnym z Megan Follows w roli głównej, który to serial kompletnie wykoślawił pewne kwestie (ukazana w nim bijatyka w szkole dla dziewcząt była w tamtych czasach czymś absolutnie nie do pomyślenia i poskutkowałaby natychmiastowym wydaleniem winowajczyń, bez względu na status ich rodziców). W opisywanym przez L.M. Montgomery środowisku żadna szykująca się do roli nauczycielki panienka nawet w rozmowie z najbliższymi przyjaciółmi nie wyraziłaby się, że „dzieciom czasem należy się pranie” – byłoby to w ówczesnym rozumieniu wyrażenie wulgarne, użyłaby więc najwyżej sformułowania „porządne lanie”. Również zastosowanie przez tłumacza pewnych słów w opisach wydaje mi się nieprawidłowe. Użycie wobec małej Dory określenia „odprasowana” jest po prostu śmieszne. Odprasowane to może być ubranie, nie samo dziecko.  Również fraza “mieć nierówno pod suitem” w czasach L.M. Montgomery po prostu jeszcze nie istniała. Używano wtedy co najwyżej stwierdzenia, że ktoś “ma nie po kolei w głowie”. Takich „kwiatków” jest w nowym wydaniu co niemiara i osobę zaznajomioną z poprzednim przekładem – a choćby tylko z jakimkolwiek prawidłowo formułowanym klasycznym tekstem – będą po prostu razić i irytować.

Jak zareaguje ktoś, dla kogo będzie to pierwsze zetknięcie z przygodami Ani i jej przyjaciół, trudno mi powiedzieć. Osobiście mogę ocenić to jedynie z punktu widzenia osoby wychowanej na starszych wersjach. Jest rzeczą zrozumiałą, że o prawdziwie obiektywną ocenę może się pokusić tylko ktoś, kto przeczytał książkę w oryginale. Ja nie czytałam, przyznaję, wiem jednak, że język angielski charakteryzuje się znacznie mniejszą kwiecistością niż polski i dlatego przekład powieści nie może być zbyt „sztywny”, gdyż po polsku wypadnie nienaturalnie. Istnieją jednak pewne granice, których nie należy przekraczać, by mimo wszystko zachować „ducha oryginału”. Wydaje mi się, że pan. Beręsewicz trochę go zagubił.

Wizualnie nowe wydanie prezentuje się dość solidnie. Książka ma format A4, wydana jest w twardej oprawie i na bardzo dobrym papierze, drukowana dużą i wyraźną czcionką, świetnie nadaje się dla osób z osłabionym wzrokiem. Natomiast stylizowana na dziecięcy rysunek grafika z okładki to niezbyt szczęśliwy wybór. Sprawia wrażenie niestaranności, „bylejakości” wykonania, co z kolei nie pasuje do wymienionych wcześniej cech, bezsprzecznie świadczących na korzyść książki. W końcu nie jest ona adresowana do maluchów, jak zdają się sugerować owe ilustracje, a raczej do młodzieży – a ta już docenia odpowiednio wysmakowaną oprawę graficzną. Mimo to ocena: 4/5 – w przypadku tej książki nie może być inna, choć wcześniejszym przekładom dałabym 5/5.

 

Luiza „Eviva” Dobrzyńska
Ocena: 4/5

Tytuł: Ania z Avonlea
Autor: Lucy Maud Mongomery
Język oryginału: angielski
Przekład: Paweł Beręsewicz
Okładka: twarda
Format: A4
Ilość stron: 321
Rok wydania: 2013
Wydawnictwo: SKRZAT

About the author
Technik MD, czyli maniakalno-depresyjny. Histeryczna miłośniczka kotów, Star Treka i książek. Na co dzień pracuje z dziećmi, nic więc dziwnego, że zamiast starzeć się z godnością dziecinnieje coraz bardziej. Główna wada: pisze. Główna zaleta: może pisać na dowolny temat...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *