Patronat Szuflady: Alyssa i obłęd – A.G. Howard: zapowiedź, fragment ksiażki

„Allysa i obłęd” to wybitne połączenie klasyki oraz współczesności, dzięki której każdy czytelnik poczuje się jak spadkobierca „Alicji w Krainie Czarów”!

Możesz już kupić tutaj: 

https://www.empik.com/alyssa-i-obled-tom-2-howard-a-g,p1223164443,ksiazka-p

Życie Alyssy Gardner obfitowało ostatnio w dramatyczne wydarzenia. Na szczęście teraz przed nią już tylko ukończenie szkoły, bal – i będzie mogła rozpocząć studia, o których zawsze marzyła. Jej życie byłoby jednak o wiele prostsze bez jej matki, która jest stanowczo zbyt nadopiekuńcza. I bez Morpheusa, który pewnego dnia postanawia złożyć jej w szkole niespodziewaną wizytę. Używa całego swego wdzięku w nadziei, że namówi Alyssę do powrotu do Krainy Czarów, by wykonała kolejne niebezpieczne zadanie…

Kraina Czarów nie daje o sobie zapomnieć. Morpheus zaś ostrzega Alyssę, że Czerwona Królowa depcze jej po piętach. Jeśli zostanie w ludzkim świecie, może narazić na niebezpieczeństwo wszystkich, których kocha. Lecz ponowna wyprawa w głąb króliczej nory oznacza śmiertelną bitwę…

Anita Grace Howard – amerykańska pisarka fantastyczna. Jeszcze w dzieciństwie zafascynowała ją opowieść o Alicji w Krainie Czarów. Proza Carrolla posłużyła jej za inspirację do powieści z cyklu Splintered. Pierwsza z nich, Alyssa i czary, ukazała się w Polsce w 2018 roku nakładem wydawnictwa Uroboros.

Tytuł: Alyssa i obłęd
Autor: A.G. Howard
Wydawca: UROBOROS
Tłumacz: Janusz Maćczak
ISBN: 978-83-280-6161-3
Oprawa: miękka
Liczba stron: 464
Wydanie: 1
Data premiery: 03.04.2019 r.

KREW I SZKŁO

Mój nauczyciel plastyki mówi, że prawdziwy artysta gotów jest przelać krew dla swojej sztuki, ale nigdy nie powiedział nam, że krew może s t a ć s i ę środkiem wyrazu, zacząć żyć własnym życiem i nadać dziełu kształt we wstrętny, makabryczny sposób.

Odgarniam włosy do tyłu, przekłuwam palec wskazujący wyjętą z kieszeni wysterylizowaną agrafką, umieszczam w mojej mozaice ostatni szklany koralik i czekam.

Wciskając ten przezroczysty paciorek w wilgotny biały gips, wzdrygam się, odnoszę bowiem nieprzeparte wrażenie, jakby na czubku palca dotykającego szkła jakaś pijawka wysysała mi krew i wpuszczała ją pod koralik. Krew zbiera się tam w małą kałużę ciemnej, aksamitnej czerwieni. Ale nie koniec na tym.
Krew przenika płynnie z koralika na koralik, zabarwia spód każdego z nich szkarłatną linią – tworzy rysunek. Czekam z zapartym tchem, aż te linie się połączą… zastanawiam się,
jaki tym razem powstanie obraz. Mam nadzieję, że to nie będzie znowu j e j wizerunek.

Rozlega się dzwonek na koniec ostatniej lekcji. Pośpiesznie zakrywam mozaikę płachtą malarską w obawie, że ktoś mógłby zobaczyć tę zachodzącą w niej transformację.

To kolejne przypomnienie, że baśń o Krainie Czarów opowiada prawdę i że jestem potomkinią Alicji Liddell, co czyni mnie odmienną od wszystkich innych ludzi. Bez względu na to, jak bardzo staram się to wyprzeć, jestem na zawsze związana z dziwaczną, upiorną sektą istot zwanych netherlingami.

Moi koledzy i koleżanki z klasy zbierają plecaki i podręczniki i wychodzą z pracowni plastycznej. Przybijają ze sobą żółwiki i piątki, rozmawiają o planach na Dzień Weteranów, który wypada w weekend. Ssę palec, chociaż krew już z niego nie cieknie. Opieram się biodrami o stolik i wyglądam przez okno na zewnątrz. Jest pochmurno, a szyby są zaparowane.

Dziś rano złapałam gumę w moim gremlinie z 1975 roku, który nazywam Gizmo. Ponieważ mama nie ma prawa jazdy, tata podrzucił mnie po drodze do pracy. Powiedziałam mu, że z powrotem ktoś mnie podwiezie.
W moim plecaku na podłodze wibruje komórka. Odsuwam leżące na wierzchu siatkowe rękawiczki, wyjmuję ją i otwieram esemes od mojego chłopaka: „Deskorolkarko… czekam na wschdn parkingu. Tęsknię do ciebie. Pzdr ode mnie Masona”.

Gardło mi się ściska. Jeb i ja jesteśmy ze sobą od prawie roku, a wcześniej sześć lat byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, ale w ciągu ostatniego miesiąca kontaktowaliśmy się tylko esemesowo i sporadycznie rozmawiając przez telefon. Bardzo chcę spotkać się z nim znowu na żywo, jednak zarazem czuję dziwne zdenerwowanie. Martwię się, że teraz, gdy wiedzie życie, w którym ja już nie uczestniczę, sprawy między nami ułożą się inaczej. Podnoszę przelotnie wzrok na pana Masona, który na korytarzu rozmawia z jakimś uczniem o przyborach plastycznych, i odpisuję Jebowi: „Ja też do ciebie tęsknię. Daj mi 5… muszę coś dokończyć”.

Wrzucam komórkę do plecaka, unoszę płachtę malarską i zerkam na moją pracę. Serce mi zamiera. Nawet znajome zapachy farby, pyłu kredy i gipsu nie przynoszą mi pociechy, gdy spoglądam na tę nabierającą kształtów scenę: Czerwona Królowa w morderczym szale pośród posępnej, popadającej w ruinę Krainy Czarów.
Dokładnie tak jak w moich niedawnych snach…

Z powrotem zakrywam mozaikę płachtą i wygładzam ją, nie chcąc przyjąć do wiadomości tego, co może oznaczać ten obraz. Łatwiej jest ukryć się przed nim.
– Alysso. – Pan Mason podchodzi i staje przy moim stoliku. Jego farbowane trampki wyglądają na tle białego linoleum podłogi jak roztopiona tęcza. – Zamierzałem cię zapytać… czy zamierzasz przyjąć stypendium do college’u Middleton?
Przytakuję, chociaż ogarnia mnie zdenerwowanie. „Jeżeli tata pozwoli mi przeprowadzić się do Londynu z Jebem”.
– To dobrze. – Pan Mason uśmiecha się szeroko, ukazując szparę między przednimi zębami. – Ktoś obdarzony takim talentem powinien wykorzystać wszelkie możliwości. A teraz obejrzyjmy twoje najnowsze dzieło.
Zanim mogę go powstrzymać, ściąga płachtę malarską i przygląda się, mrużąc powieki. Worki pod jego oczami wydają się większe za zabarwionymi różowo szkłami okularów. Oddycham z ulgą, widząc, że transformacja mozaiki dobiegła końca.
– Zachwycające kolory i ruch, jak zwykle – mówi. Pochyla się nad mozaiką, gładząc kozią bródkę. – Niepokojące, jak inne twoje prace.
Ta ostatnia uwaga przyprawia mnie o nerwowy skurcz żołądka.
Przed rokiem, kiedy wykorzystywałam w mozaikach martwe owady i uschnięte kwiaty, moje kompozycje zachowywały aurę optymizmu i piękna mimo używania tych materiałów, które kojarzyły się przecież z rozkładem. Obecnie, gdy zmieniłam środki wyrazu, wszystko, co tworzę, jest ponure i przesycone okrucieństwem. Wydaje się, że nie potrafię już uchwycić nastroju beztroski ani nadziei. W gruncie rzeczy przestałam nawet o to walczyć. Pozwalam po prostu, by krew sama dochodziła do głosu.

Żałuję, że nie mogę całkiem zaprzestać tworzenia tych mozaik.
Ale kieruje mną wewnętrzny przymus, nad którym nie umiem zapanować… i coś mówi mi, że dzieje się tak z jakiegoś powodu. Ten powód powstrzymuje mnie przed zniszczeniem wszystkich sześciu mozaik, roztrzaskaniem gipsowego tła każdej z nich na tysiąc kawałków.
– Czy mam kupić więcej czerwonych, szklanych koralików? – pyta pan Mason. – Chociaż, prawdę mówiąc, nie wiem, gdzie je zdobyłem. Przed kilkoma dniami sprawdzałem w Internecie i nie udało mi się znaleźć żadnego dostawcy. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że kiedy rozpoczynam tworzenie każdej mozaiki, jej elementy są bezbarwne – że od kilku tygodni używam wyłącznie przezroczystych koralików i że sceny, które jak sądzi, układam starannie, tworząc kolorowe linie ze szklanych paciorków, w istocie powstają same.
– Nic nie szkodzi – odpowiadam. – One pochodzą z moich osobistych zasobów.
„Dosłownie”.
Pan Mason przez chwilę przygląda mi się uważnie.
– Rozumiem. Ale w moim gabinecie zaczyna brakować miejsca. Może mogłabyś zabrać tę mozaikę do domu. Wzdrygam się na tę myśl. Przechowywanie którejś z nich
w moim domu sprowadzi na mnie tylko jeszcze więcej koszmarnych snów. Nie wspominając o tym, jak wpłynie na mamę.
Ona i tak już spędziła aż nazbyt wiele czasu uwięziona w swoich lękach przed Krainą Czarów. Będę musiała coś wymyślić, zanim ukończę szkołę. Pan Mason nie zechce trzymać wszystkich tych mozaik przez całe lato, zwłaszcza że jestem w ostatniej klasie. Ale dzisiaj mam inne zmartwienia.
– Czy nie mógłby pan zmieścić jeszcze tej jednej? – pytam. – Jeb ma mnie podwieźć motorowerem. Zabiorę je w przyszłym tygodniu.
Pan Mason kiwa głową i zanosi mozaikę na biurko.

Kucam i wkładam moje rzeczy do plecaka, później wycieram spocone dłonie w pasiaste legginsy. To dziwne uczucie, gdy skraj spódniczki ociera mi się o kolana. Spódniczka jest dłuższa, niż przywykłam dawniej, kiedy nosiłam pod nią halkę, która wypychała ją i podciągała do góry. W trakcie miesięcy od powrotu mamy do domu z zakładu dla umysłowo chorych odbyłyśmy wiele sprzeczek o moje stroje i makijaż. Mama mówi, że moje spódniczki są zbyt krótkie, i żałuje, że nie chcę chodzić w dżinsach albo „sukienkach, jak normalne dziewczyny”.

Uważa, że wyglądam zbyt wyzywająco. Odpowiadam jej, że właśnie dlatego noszę rajstopy i legginsy – powodowana skromnością. Ale ona nigdy mnie nie słucha. Wydaje się, jakby usiłowała nadrobić tych jedenaście lat, kiedy nie było jej przy mnie, i teraz nadmiernie ingeruje we wszystkie moje sprawy.

Dziś rano postawiła na swoim, ale tylko dlatego, że zaspałam i się śpieszyłam. Nie jest mi łatwo wstać do szkoły po tym, jak przez całą noc staram się nie usnąć, żeby uniknąć koszmarnych snów.
Zarzucam plecak na ramiona i kiwnięciem głową żegnam się z panem Masonem. Głośno stukając czarnymi platformami, idę po wyłożonym kafelkami, opustoszałym korytarzu. Podłogę zaściełają porzucone kartkówki i strony wyrwane z notesów, przypominające kamienne płyty w sadzawce. Drzwi kilku szafek są otwarte, jakby uczniowie nie chcieli marnować dodatkowej pół sekundy na ich zamknięcie przed opuszczeniem szkoły na weekend.

W powietrzu nadal unoszą się wonie setki wód kolońskich, perfum i dezodorantów, zmieszane z nikłym zapachem drożdżówek ze szkolnej stołówki. Wonie ducha nastolatków, jak w piosence Nirvany. Z uśmiechem potrząsam głową. A skoro mowa o duchu nastolatków – rada uczniowska liceum w Pleasance pracowicie porozlepiała w każdym kącie budynku przypomnienia o szkolnym balu. W tym roku ta zabawa taneczna odbędzie się w piątek za tydzień, przed sobotnią ceremonią wręczenia świadectw.

SERDECZNIE ZAPRASZAMY WSZYSTKICH KSIĄŻĄT I WSZYSTKIE KSIĘŻNICZKI NA BAŚNIOWY BAL MASKOWY W LICEUM PLEASANCE. ŻABOM WSTĘP WZBRONIONY.
Uśmiecham się w związku z ostatnim zdaniem. Moja najlepsza kumpela Jenara dopisała je grubym, zielonym markerem do każdego anonsu. Zajęło jej to całą wtorkową szóstą godzinę lekcyjną i kosztowało ją trzy dni zostawania za karę po zajęciach. Ale było niewątpliwie warte zobaczenia miny Taelor Tremont. Taelor to była dziewczyna mojego chłopaka, szkolna gwiazda tenisa i przewodnicząca do spraw organizacyjnych rady uczniowskiej. I to ona w piątej klasie wypaplała mój sekret rodziny Liddellów. Nasze stosunki są, mówiąc oględnie, napięte.
Przesuwam dłonią po jednym z afiszów, który odlepił się w połowie od ściany i zwisa jak długi, biały język. Przypomina mi moje przejścia z zeszłego lata z wężowymi jęzorami Bandrochłapa.

Wzdrygam się i ujmuję palcem wskazującym i kciukiem jaskrawoczerwone pasmo w moich jasnych włosach. To jedna z moich stałych pamiątek, podobnie jak guzki pod łopatkami pleców, w których spoczywają uśpione skrzydła. Bez względu na to, jak bardzo usiłuję odsunąć od siebie wspomnienia z Krainy Czarów, są zawsze obecne i nie chcą mnie opuścić.

Tak jak nie chce mnie opuścić pewien k t o ś. Gardło ściska mi się na myśl o czarnych skrzydłach, przepastnych oczach okolonych tatuażami i gwarowym londyńskim akcencie. Ten ktoś zawładnął już moimi nocami. Nie pozwolę, żeby opanował również moje dni. Pchnięciem otwieram drzwi i wychodzę na parking. Smaga mnie podmuch zimnego, wilgotnego powietrza. Twarz pokrywa mi drobna mgiełka. Na parkingu pozostało zaledwie kilka samochodów. Uczniowie stoją w grupkach i rozmawiają – jedni kulą się w bluzach z kapturami, inni zdają się nieświadomi aury zbyt chłodnej jak na tę porę roku. W tym miesiącu mieliśmy częste deszcze. Meteorolodzy obliczyli poziom opadów na dziesięć do piętnastu centymetrów, co stanowi najwyższy od stulecia wiosenny wynik w miasteczku Pleasance w stanie Teksas.

Mój słuch odruchowo dostraja się do głosów owadów i roślin na rozmiękłym boisku futbolowym odległym o kilka metrów. Ich szepty często zlewają się w trzaski i brzęczenia przypominające szum zakłóceń radiowych. Ale gdy się postaram, umiem rozróżnić wyraźne przesłania skierowane tylko do mnie:
„Cześć, Alysso”.
„Miły dzień na spacer w deszczu…”.
„Wietrzyk w sam raz do lotu”.

Był czas, że tak bardzo nie znosiłam słuchania tych niewyraźnych, brzęczących powitań, że chwytałam te owady w pułapki i dusiłam je. Teraz jednak ten biały szum podnosi mnie na duchu. Owady i kwiaty stały się moimi towarzyszami – uroczym przypomnieniem sekretnej części mnie. Części, o której nie wie nawet mój chłopak.

Widzę go na drugim końcu parkingu. Stoi oparty o swój podrasowany klasyczny motorower honda CT70 i gawędzi z Corbinem, pierwszym rozgrywającym szkolnej drużyny futbolowej, nowym chłopakiem Jenary. Siostra Jeba i Corbin stanowią osobliwą parę. Jenara ma różowe włosy i nosi się w stylu księżniczki, która została punkówą – przeciwieństwo typowej teksaskiej dziewczyny futbolisty. Ale matka Corbina jest dekoratorką wnętrz i słynie ze swojego ekscentrycznego stylu, więc on przywykł do niekonwencjonalnych artystycznych osobowości. Na początku roku szkolnego ci dwoje byli partnerami na zajęciach w pracowni biologicznej. Coś między nimi zatrybiło i teraz są nierozłączni.

Jeb zerka w moją stronę. Na mój widok prostuje się, jego mowa ciała jest wyrazista niczym krzyk. Nawet z tej odległości żar spojrzenia jego ciemnozielonych oczu pali mi skórę pod koronkową bluzką i kraciastym gorsetem. Gestem ręki żegna się z Corbinem, który odgarnia z oczu kosmyk jasnorudych włosów i macha do mnie, a później dołącza do grupy futbolistów i czirliderek.

Jeb rusza ku mnie i zrzuca kurtkę, odsłaniając muskularne ramiona. Tupie ciężko czarnymi glanami po lśniącym od deszczu asfalcie, a jego oliwkowa skóra błyszczy w mglistym powietrzu. Ma na sobie granatowy podkoszulek i znoszone dżinsy. Na podkoszulku widnieje wykonany białym aerografem wizerunek kapeli My Chemical Romance, z czerwoną krechą przekreślającą ukośnie twarze członków grupy. Przypomina mi to moją krwawą mozaikę i przebiega mnie dreszcz.

– Zimno ci? – pyta i otula mnie skórzaną kurtką, która nadal zachowuje ciepło jego ciała. Przez tę ulotną chwilę niemal czuję smak jego wody kolońskiej: mieszaninę czekolady i piżma.
– Po prostu cieszę się, że wróciłeś do domu – odpowiadam i przyciskam dłonie do jego piersi, rozkoszując się siłą i solidnością Jeba.
– Ja też – mówi.
Ogarnia mnie pieszczotliwym spojrzeniem, ale nieruchomieje.

Podczas swojej nieobecności ostrzygł włosy. Wiatr mierzwi ich czarne kosmyki sięgające do kołnierzyka. Na ciemieniu i szczycie głowy wciąż pozostały na tyle długie, że zwijają się w fale, a teraz są potargane po tym, jak zdjął kask motocyklowy.

Nieuczesane i rozwichrzone, właśnie takie, jakie lubię. Mam ochotę rzucić mu się w ramiona, żeby mnie objął, albo jeszcze lepiej: pocałować jego miękkie wargi. Ogarnia mnie gwałtowne pragnienie nadrobienia naszego straconego czasu, jednak jeszcze silniejsza jest moja nieśmiałość. Zerkam ponad jego ramieniem na cztery dziewczyny z przedostatniej klasy, skupione wokół srebrzystego chryslera PT Cruiser, które śledzą każdy nasz ruch. Rozpoznaję je z zajęć plastycznych.

Jeb podąża spojrzeniem za moim wzrokiem, a potem unosi moją dłoń do ust i całuje kolejno każdą kostkę; dotyk jego kolczyka przyprawia mnie o rozkoszne mrowienie przepływające aż do czubków palców u nóg.
– Chodźmy stąd – mówi.
– Czytasz w moich myślach.
Uśmiecha się i widok dołeczków w jego policzkach budzi we mnie zmysłowy dreszcz.
Trzymając się za ręce, idziemy do jego motoroweru, a parking zaczyna pustoszeć.
– A więc… wygląda na to, że dziś rano twoja mama postawiła na swoim – mówi Jeb, wskazując moją spódniczkę, a ja przewracam oczami.

Z uśmiechem pomaga mi włożyć kask, wygładza mi włosy na karku i oddziela czerwone pasmo od jasnych. Owija je sobie wokół palca i pyta:
– Czy kiedy przysłałem ci esemes, pracowałaś nad mozaiką? Przytakuję i zapinam pod brodą sprzączkę paska. Nie chcę, żeby rozmowa zmierzała w tym kierunku. Nie jestem pewna, jak mam mu powiedzieć o tym, co działo się w trakcie moich sesji plastycznych pod jego nieobecność.
Gdy siadam z tyłu motoroweru, pozostawiając Jebowi miejsce na przedzie, ujmuje mnie za łokieć.
– Kiedy zobaczę tę nową serię twoich mozaik, co? – pyta.
– Gdy będzie ukończona – mamroczę.
W rzeczywistości mam na myśli to, kiedy będę gotowa pozwolić mu obserwować, jak tworzę taką mozaikę.

Jeb nie zachował żadnego wspomnienia z naszej wyprawy do Krainy Czarów, ale zauważył zmiany, jakie we mnie zaszły – w tym kluczyk na łańcuszku, którego nigdy nie zdejmuję z szyi, i guzki pod łopatkami, które tłumaczę jako rodzinną osobliwość Liddellów.
„Oględnie powiedziane”.

Przez rok usiłowałam wymyślić najlepszy sposób opowiedzenia mu prawdy tak, żeby nie uznał mnie za wariatkę. Jeśli cokolwiek zdoła go przekonać, że odbyliśmy szaloną podróż w głąb wyobraźni Lewisa Carrolla, po czym cofnęliśmy się w czasie i powróciliśmy do teraźniejszości, jakbyśmy nigdy jej nie opuścili, mogą tego dokonać moje prace plastyczne tworzone z krwi i magii. Muszę tylko zdobyć się na odwagę, by mu je pokazać.

About the author
Magdalena Pioruńska
twórca i redaktor naczelna Szuflady, prezes Fundacji Szuflada. Koordynatorka paru literackich projektów w Opolu w tym Festiwalu Natchnienia, antologii magicznych opowiadań o Opolu, odpowiadała za blok literacki przy festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu. Z wykształcenia politolog, dziennikarka, anglistka i literaturoznawczyni. Absolwentka Studium Literacko- Artystycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Dotąd wydała książkę poświęconą rozpadowi Jugosławii, zbiór opowiadań fantasy "Opowieści z Zoa", a także jej tekst pojawił się w antologii fantasy: "Dziedzictwo gwiazd". Autorka powieści "Twierdza Kimerydu". W życiu wyznaje dwie proste prawdy: "Nikt ani nic poza Tobą samym nie może sprawić byś był szczęśliwy albo nieszczęśliwy" oraz "Wolność to stan umysłu."

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *