OJCIEC SØRENA

– To naprawdę niezwykłe. Ludzki chłopiec w Mieście Wysokich Ruin.

Słysząc głos nieznajomego, chłopiec zerwał się na równe nogi, nie bardzo wiedząc, czy i dokąd uciekać. Stał w cieniu wieży, która kiedyś musiała być wielka. Teraz pozostała z niej kupa dziwnych kamieni wyrastających ze śniegu na kształt olbrzymiego kikuta po dawno ściętym drzewie. Promienie słońca wysrebrzały śnieg. Blask był wręcz nie do zniesienia dla nortańskich oczu przywykłych do ciemności, jakie panowały w tym kraju przez większą część roku. Chłopiec grzał się w świetle, kiedy jednak u wylotu zrujnowanej ulicy dostrzegł obcego, schował się w cieniu, pragnąc, by jego obecność została przeoczona.

– Jesteś głodny? – zapytał nieznajomy.

Chłopiec nie przytaknął ani nie zaprzeczył. Spoglądał na obcego ciemnymi oczami, które – jak to u Nortan w słoneczną porę – zwęziły się, nabierając lekko skośnego kształtu. Człowiek, szczelnie opatulony w nortański strój podróżny, który odsłaniał tylko jego oczy i usta, usadowił się na czymś, co kiedyś było schodami. Z podróżnej torby wyjął zawiniątko pełne suszonego mięsa. Chłopiec wahał się długą chwilę, ale wreszcie, starając się nie okazać lęku, usiadł naprzeciw obcego, wyprostowany, z podniesioną głową, w odległości trzech metrów. Usta przybysza, pokryte siatką zmarszczek, rozchyliły się w uśmiechu.

– Ludzki chłopiec, na dodatek bardzo dobrze wychowany.

Chłopak niedbale przeżuwał kawałek mięsa. Jego oczy jadły szybciej niż jego usta.

– Jak masz na imię? – zapytał nieznajomy. – Ja nazywam się Gaard – dodał, gdy nie otrzymał odpowiedzi. – Co robisz w Mieście Wysokich Ruin?

– Poszczę.

– Wybrałeś dziwne miejsce. Takie, w którym można zamarznąć, nim post się rozpocznie.

– Nie ja je wybrałem.

– A więc zostałeś tu wysłany przez opata klasztoru, w którym przebywasz – domyślił się Gaard. – Nie jesteś aby trochę za młody na mnicha? – zapytał po chwili.

– Mam osiem lat. Pościć można, gdy ma się sześć. Nie jestem mnichem.

– Myślałem, że klasztor w Kaer-Nort podupadł i nikt w nim nie mieszka.

– Są tam jeszcze trzej bracia i opat Schopenhauer.

Kiedy dziecko jadło, Gaard przyglądał się mu z zainteresowaniem.

– To było wspaniałe miasto, wiesz? Budynki pięły się wyżej niż jakakolwiek wieża w Nort.

– Miasto krwiopijców – chłopak wzruszył ramionami. – Wampirów, wilkołaków, odmieńców.

– Co wiesz o Innych? – zapytał Gaard z pobłażliwym uśmiechem.

– Są nieboskimi stworzeniami. Nie mają duszy i zagrażają ludziom.

– Prawdziwy z ciebie ekspert. Zapewne potomek jednego z tych, którzy przed laty zburzyli to miasto i wymordowali jego mieszkańców.

– To była bitwa. Nortanie wygrali ją honorowo. Ojciec mi o tym mówił.

– Twój ojciec… Nie był nim przypadkiem Aribannèn, zmarły niedawno król Nort?

Chłopiec zwiesił głowę.

– Linnamèn – powiedział Gaard łagodnie. – Tak się nazywasz. Twój brat jest teraz królem. Byłem niedawno w Ingmarze – mówił, gdy chłopiec wciąż milczał. – Drzewa nie przestają tam kwitnąć przez cały rok, a w morzu da się kąpać o każdej porze dnia i nocy. Kilka miesięcy temu księżna Kamieln urodziła córkę, Liln. Z tej okazji przez tydzień trwało wielkie święto – Gaard zawiesił na chwilę głos. – Niektórzy mówią, że nortańskie wychowanie musi być surowe, bo żyjemy w surowym klimacie. Myślę jednak, że gdyby twój ojciec żył, nigdy nie wysłałby cię do Miasta Wysokich Ruin. Powinieneś stąd uciekać, książę.

Linnamèn nadal nie podnosił głowy.

– Też mam syna – oświadczył Gaard. – Doskonale pamiętam, kiedy był w twoim wieku. Za pustkowiem Kaer-nar-Nort znajduje się Mroczna Przystań – mówił po chwili przerwy. – Są tam łodzie pozostawione przez Innych, którzy uciekali z Nort przed pogromami. Duże, ale zwrotne, każdy nortański chłopiec powinien sobie z nimi poradzić. Gdy będziesz gotowy, by stąd uciec, idź właśnie tam. Kieruj się na Zieloną Gwiazdę. Dotrzesz na Wolną Wyspę Kart.

Gaard podniósł się i podszedł do Linnamèna. W ręku trzymał trochę jedzenia.

– Mój syn jest półwampirem. Jeśli kiedyś go spotkasz, postaraj się go nie zabić, dobrze? Jestem pewien, że ma duszę.

– Jak ma na imię twój syn? – zawołał Linnamèn za odchodzącym Gaardem. Nieznajomy jednak nie odpowiedział.

***

144. dzień zimy, drugi rok panowania króla Linnamèna

Na dziesięć nagłych wezwań lekarskich w pałacu żadne nie dotyczy króla, siedem zaś odnosi się do jego spowiednika, Rafaela Gabriela. Opracowałem tę statystykę jeszcze zanim przed moimi drzwiami stanęła przestraszona służąca. Nie musiała nic mówić. O tym, gdzie tym razem znajdował się zakonnik, świadczyły krzyki i trzask tłuczonych naczyń. Rafael pustoszył jedną z pałacowych kuchni, najprawdopodobniej w poszukiwaniu niebieskiej herbaty, którą o tej porze roku można dostać jedynie w Ingmarze. Przez chwilę przyglądałem się mu, starannie unikając talerzy i szklanek, które parokrotnie przelatywały o cal od mojej twarzy. Rafael wyrzucał z siebie potok niemal poetyckich inwektyw kierowanych do „horrendalnych piwożłopców” i „nieludzkich pseudokuchcików”. Gdy już nasłuchałem się jego wrzasków, dość brutalnie wyciągnąłem go z wnętrza szafki, jaką właśnie penetrował. Spowiednik, który może pić na umór, ale rzadko bywa kompletnie pijany, naprężając wszystkie mięśnie, zaczął się wyrywać. Rzuciłem nim o ścianę – mocno, ale tak, aby nie zrobić mu krzywdy. Rozległ się odgłos, jaki wydaje worek kości ciśnięty o podłogę, po czym spowiednik osunął się na stół zasłany martwymi kurczętami. Załapałem go za tył habitu i wywlokłem z kuchni. Bezsilnie tłukł ramionami, kiedy niosłem go niczym nieporęczną torbę. Jego twarz wisiała kilka centymetrów nad ziemią.

– Taki jesteś mądry, łysy ogrze? Wykorzystujesz przeciw mnie swoje nieludzkie moce?

Służący, których mijałem, rozdziawiali szeroko usta na ten niecodzienny widok. Jedynie Alister Graham, wszędobylski dziennikarz, który nie wiem na jakich prawach ciągle plątał się po pałacu i okolicach, nie wydawał się zdziwiony. Jego przerażająca, pomarszczona i poparzona twarz przybrała wyraz złośliwej ironii, gdy spojrzał na mnie i na Rafaela. Nie znoszę tego jego wściekłego spojrzenia. Wiadomo, że był jednym z ulubionych dziennikarzy króla Glibannèna. Jego obecność na dworze Linnamèna, moim zdaniem, świadczy tylko o złych intencjach względem nowego władcy. Graham nie publikuje co prawda od śmierci Glibannèna; wie dobrze, że radosna ksenofobiczna propaganda, jaką do tej pory uprawiał, jest wstrętna królowi. To jego węszenie jest jednak bardzo niepokojące. Od kiedy dwa lata temu moja tożsamość została ujawniona, Graham stał się wobec mnie czujny. W jego oczach o nieregularnych kształtach widzę już nie obojętność, a odrazę.

– Ma pan jakiś problem? – zapytałem szorstko, zatrzymując się przed bezczelnie uśmiechniętym Alisterem. Dziennikarz odpowiedział mi hardym, zimnym spojrzeniem.

– Szlachetny spowiednik właśnie pluje ci na buty – odparł i odszedł w swoją stronę.

W nocy król zgłosił się wreszcie na okresowe badania. Wzrok i słuch bez zarzutu. Praca serca w normie. Wyniki badania krwi bardzo dobre – dzięki Bogu. Szczegóły w kartotece. Lekkie przemęczenie. Nie łudzę się, że zacznie mniej pracować i więcej sypiać. Zmienię trochę jego dietę i przepiszę mu witaminy na wzmocnienie, zanim pojedziemy do Ingmaru na Kongres Narodów. Król Glibannèn nigdy nie zaszczycił swoją obecnością tego zgromadzenia. Linnamèn postanowił nadrobić zaległości. A ja cieszę się, że zobaczę kraj, w którym się wychowałem, choć zostało w nim wiele smutnych wspomnień.

Warunki mojej pracy, wyłączając ekscesy Rafaela Gabriela, są wyjątkowo komfortowe: mogę poświęcić się badaniom, nie musząc martwić się o zdrowie mojego najważniejszego pacjenta. Czy powinienem się martwić o jego duszę? „Smutek nieznający granic ciemności” – powiedziała księżniczka Liln, gdy ostatnio bawiła w Nort. O duszę króla powinien jednak dbać Rafael, jego spowiednik i przyjaciel.

Ortodoksyjni Nortanie wierzą, że Inni, w tym półwampiry i ćwierćkarły, nie mają duszy. Dla własnego spokoju, ja, półwampir przez lata ukrywający się w Nort, przestałem się zastanawiać nad tajnikami nortańskiej teologii jeszcze podczas studiów w Ingmarze. Dlaczego więc w ogóle rozważam takie sprawy?

Pałac w Ingmarze, 5 maja (kalendarz ingmarski), siódmy rok panowania księżniczki Liln

Dzięki pośrednictwu księżniczki, król zakończył dziś ponadstuletni konflikt celny ze Wschodnim Królestwem. Liln i Linnamèn przewodzą zebraniom. Król, który nie czuje się politykiem (nigdy nie sądził, że zostanie władcą), polega na dyplomatycznym doświadczeniu młodej księżniczki. Tam zaś, gdzie Liln nie może bezpośrednio działać (księżne Ingmaru nie mają władzy wykonawczej), Linnamèn wspiera ją swoim królewskim autorytetem.

Pałac Liln, perła ingmarskiej architektury, przypomina dawne budowle Innych w Nort. Jego misterne konstrukcje są trwałe i fantazyjne zarazem. W swojej wrażliwości Liln dopilnowała, by delegacja Linnamèna zamieszkała w najchłodniejszej części pałacu. Doceniam to, bo choć nie odziedziczyłem po matce światłowstrętu, jeszcze gorzej niż inni Nortanie znoszę ciepły klimat. W dawnych latach szczytem ironii wydawało się, że stworzone do życia w ciemności wampiry, uciekając z Nort, znalazły azyl w słonecznym Ingmarze.

Jedynie Rafael Gabriel zdaje się nie mieć żadnych problemów z wielogodzinnym przebywaniem na słońcu. Większość czasu spędza, wylegując się w swoim letnim habicie lub spacerując po plaży, czasem w towarzystwie Liln i Linnamèna, przechadzających się boso po nagrzanym piasku. Wędrując wraz z księżniczką po opustoszałym brzegu morza, król wydaje się prawie beztroski, a ja zazdroszczę mu tych chwil wytchnienia. Mój spokój został zakłócony już pierwszego dnia naszego pobytu w Ingmarze. W nocy, po powrocie do mojej komnaty, na biurku wśród korespondencji znalazłem kopertę wypełnioną wycinkami z ingmarskich gazet. Wszystkie dotyczyły porwań, jakich ofiarami przed laty padli nortańscy uchodźcy mieszkający w Nort. Do wycinków anonimowy nadawca dołączył notatkę, jedno pytanie: „Gdzie jest twój ojciec?”.

Pałac w Ingmarze, 8 maja

Kolejny list. Kolejne wycinki. Rozmawiałem dziś z pałacowymi kurierami. Twierdzą, że niepokojące mnie przesyłki otrzymywali pocztą razem z innymi listami – dziwne, bo na żadnej z nich nie było nawet znaczka. Przeprowadzając moje małe i bezowocne dochodzenie, spodziewałem się oczywiście, że wiadomość o nim dotrze do Liln. I rzeczywiście, kiedy tego samego dnia ją spotkałem, księżniczka zapytała mnie o powody mojego niepokoju. Po kilku minutach nieudanego owijania sprawy w bawełnę, pokazałem jej wycinki.

– Niewiele jest tu informacji – powiedziała po ich przejrzeniu. – Ze sposobu, w jaki są napisane, mogę jedynie wywnioskować, że policja albo niewiele wiedziała, albo niewiele chciała ujawniać. Czy rzeczywiście te wiadomości są związane z pana ojcem?

– Tak. Kiedy uczyłem się poza domem, mój ojciec, Aanoch Nortsen, został porwany w okolicznościach, o jakich wspominają te gazety: słoneczny, gorący dzień; ojciec w drodze do pracy; dwóch obcokrajowców, którzy dołączyli do niego na obrzeżach miasta; sąsiad, który ich widział; żadnych oznak walki; mężczyźni „eskortowali gdzieś” ojca. Policja okazała się bezradna. Udało się tylko ustalić, że w podobny sposób znikało więcej imigrantów. Podejrzewano, że w Ingmarze działa siatka szpiegów, którzy porywają do Nort tych, którzy pomagali Innym w ucieczce z kraju. Policja założyła, że tak stało się z moim ojcem. Śledztwo zamknięto. Prawo zakładało ochronę nortańskich uchodźców tylko w granicach Ingmaru.

– W dokumentach mojej babki były aluzje do tych zniknięć – powiedziała Liln. – Postaram się to sprawdzić. Tymczasem poproszę straże o wzmożenie uwagi i kontrolowanie dostarczanych panu przesyłek. Spróbujemy znaleźć tego anonima – oświadczyła. – Czy mogę pokazać te wycinki Linnamènowi? – zapytała jeszcze, zanim zdążyłem powiedzieć.

– Nie sądzę, aby był powód, żeby zajmować królowi, tak samo jak waszej wysokości, czas…

– Wolałby pan, żeby król o niczym nie wiedział – domyśliła się Liln, a w jej zielonych oczach pojawił się pełen zrozumienia uśmiech.

– Król, nie wiem dlaczego, lubi zagadki – przyznałem niechętnie. – W ciągu ostatnich dwóch lat często zajmował się sprawami, które znajdowały się zdecydowanie poniżej królewskiego majestatu, a interesowały go bardziej niż polityka zagraniczna i wewnętrzna razem wzięte.

– Właśnie dlatego, między innymi, chciałabym mu pokazać te wycinki – Liln w zamyśleniu rozprostowywała palcami brzeg swojej jasnozielonej tuniki. – Myślę, że tęskni za intelektualną spontanicznością – powiedziała po chwili. – Za swobodą, z jaką przed koronacją mógł koncentrować uwagę na drobiazgach, nieregularnościach, ludzkich osobliwościach. To, co dla innych jest często irytującym wysiłkiem, dla niego było zawsze formą wytchnienia. Poza tym – przez jej oczy przemknął głęboki cień – proszę mi wierzyć, że zarówno Linnamèn, jak i ja doskonale wiemy, jak to jest, gdy wcześnie straci się rodziców.

Jak mógłbym jej odmówić? Zabrała wycinki i poprosiła, bym przyszedł jutro wieczorem do gabinetu króla.

Pałac w Ingmarze, 9 maja

W gabinecie Linnamèna, ku mojemu rozczarowaniu, zastałem Rafaela Gabriela. Zakonnik półleżał na sofie, z nogami w zdartych chodakach wyłożonymi na stole. Przeglądał jakieś dokumenty, które z pewnością zwinął z biurka króla.

– Nie ma na nich napisu „ściśle tajne” – odpowiedział na moje zbulwersowane spojrzenie. – Sporządzona przez mistrza ceremonii lista kandydatek na pierwszą żonę – wyjaśnił po chwili. – Linnamèn nawet do niej nie zajrzał. – Zakonnik skrzywił się na widok jakiegoś zdjęcia. – Może to i lepiej. Spośród wszystkich Nortanek Apillen chyba celowo wybrał te najbrzydsze.

– Wstrząsający brak patriotyzmu z twojej strony, Rafaelu!

Zerwaliśmy się ze swoich miejsc, słysząc głos Liln. Za jej plecami stał król.

– Nortanie nie znają takiego pojęcia jak patriotyzm, droga Liln – odpowiedział Rafael, bynajmniej nie zmieszany. – Od kołyski wpaja się im, że powinni wielbić Boga i króla. Kraj jest dla nich ważny o tyle, o ile da się utożsamić z którymś z powyższych.

– Król to Nort, ale czy Nort to król? – zastanowiłem się.

– Nie tak wyobrażałeś sobie swoją przyszłość, co? – zwrócił się Rafael do Linnamèna.

– Nie. Liczyłem, że na starość zamieszkam w Ingmarze i będę uczył wnuki Liln nortańskiego.

– Wykluczone! – roześmiała się księżniczka. – Panie doktorze, czy uwierzy pan, że podczas swojej pierwszej wizyty w Ingmarze Linnamèn uważał, że mój nortański jest tak fatalny, że konsekwentnie rozmawiał ze mną tylko po ingmarsku?

– Cóż za przedziwna interpretacja faktów! – uśmiechnął się Linnamèn.

– Nortanie i Ingmarianie nigdy nie spierają się o fakty, tylko o ich interpretacje – odparła Liln.

– Wasza wysokość mówi wyśmienicie po nortańsku – stwierdziłem.

– Powiedział półwampir z ingmarskim akcentem – mruknął Rafael Gabriel. Spojrzałem na niego niechętnie, ale Liln i Linnamèn tylko się uśmiechnęli.

– Miło cię znowu widzieć, Rafaelu – powiedziała Liln, wyjmując z dłoni zakonnika teczkę.

Oddając ją Linnamènowi, zerknęła na jej nagłówek.

– W Nort nie dopuszcza się poligamii – powiedziała. – Jak to jest, że mimo to król czy królowa ma prawo, a nawet obowiązek, poślubić więcej niż jedną osobę?

– To czysty pragmatyzm – odpowiedziałem, podczas gdy Liln usiadła na wysokim krześle, a Linnamèn usadowił się na sofie obok Rafaela. – Nortanie nie wierzą, aby jedna osoba mogła spełnić wszystkie wymagania, jakie stawia się przed małżonką króla. Uważa się, że w tym wypadku wielożeństwo jest rozsądne. Tradycja nakazuje, by pierwsze małżeństwo było dobre dla państwa – królowa Akalinta, wychodząc za mąż za starca, Gleanna, pozyskała na przykład dla Nort ziemie sąsiadujące ze Wschodnim Królestwem. Od drugiego małżeństwa oczekuje się zdrowego potomstwa. Trzecie i czwarte mogą być świadectwami osobistych wyborów serca władcy, ale uważa się za wskazane, by szedł za nimi posag, który zasili skarb.

– Więc? – Liln spojrzała na Linnamèna dziewczęco roześmianymi oczami. – Posażna wdowa z Ornei czy księżniczka egzotycznego królestwa zasobnego w surowce, brakujące w Nort?

– Raczej na to drugie – odpowiedział król. – Celem mojego panowania jest zapewnienie Nortanom zapasu bananów na sto lat. Jeśli żadna egzotyczna księżniczka nie będzie dostępna, ożenię się z właścicielką pasa skał oddzielających Nort od Lid-ur. Złośliwi mówią, że to tylko skały, ale powiększając w ten sposób terytorium państwa, zyskam chwałę na wieki. Zlituj się, Liln – dodał. – Jest to ostatnia rzecz, o której chcę tutaj myśleć.

Choć uśmiech nie znikł z jej ust, spojrzenie Liln spoważniało. Ponownie zwróciła się do mnie, wyrażając nadzieję, że nie otrzymałem żadnych więcej niepokojących listów.

– Niestety, wasza wysokość – odpowiedziałem. – Wczoraj w nocy znalazłem w moim pokoju kolejny wycinek. Tym razem jednak trudno połączyć go z moją rodziną. Jest to notatka sporządzona przez Alistera Grahama, opublikowana przed wieloma laty w „Królewskim Biuletynie”. Dotyczy zwycięstwa, jakie nortańska straż graniczna odniosła w potyczce z dwustuosobową gromadą Innych próbujących przedostać się na pustkowie Kaer-nar-Nort.

– Czy do wycinka była dołączona jakaś notatka? – zapytał król, biorąc do ręki kawałek gazety.

– Tak. Znowu jedno pytanie: „Kim był twój ojciec?”.

Linnamèn podniósł na mnie zaintrygowane spojrzenie i podał wycinek Liln.

– Alister Graham? Czy to nie on kilka lat temu nazwał mnie na łamach nortańskiej prasy wszeteczną dziewką szatana? – zapytała, uśmiechając się szeroko.

– Nie doceniasz Alistera – wtrącił się Rafael. – Z całym szacunkiem dla twojej książęcej godności, wyrażenie brzmiało: „rozpasana intelektualnie nieletnia nierządnica synów piekła”.

– O, tak, rzeczywiście – przyznała rozbawiona księżniczka.

– A chodziło, jeśli dobrze pamiętam, o podpisany przez ciebie apel dotyczący powszechnej edukacji kobiet – uśmiechnął się Linnamèn. – Ten wycinek pochodzi sprzed ponad czterdziestu lat. Alister musiał zaczynać wtedy swoją karierę.

– Krzywomordy Alister – sarknął Rafael.

– To złośliwe przezwisko, jakiego się dorobił – odpowiedział Linnamèn na pytające spojrzenie Liln. – Za czasów króla Aribannèna pracował jako zagraniczny korespondent. Przekazywane przez niego wiadomości były oczywiście bardzo stronnicze. Skończyło się to dla niego bardzo źle. Grupa Lid-urczyków, o których napisał bardzo złośliwy artykuł, dopadła go w jakiejś ciemnej uliczce Ur-li. Alister został poważnie okaleczony. Gdy wrócił do Nort, jego twarz nosiła ślady trwałych oparzeń. Od tego czasu jego ksenofobia wzrosła, a Alister raczej nie opuszcza Nort.

– Tym razem zrobił wyjątek – powiedział Rafael. – Widziałem go w grupie niezrzeszonych dziennikarzy podczas obrad Kongresu.

– Tym lepiej – odparł król. – Będzie można wypytać go o wydarzenia, które tak enigmatycznie opisał w tej notatce. Miały one miejsce u schyłku panowania mojej babki, królowej Akalinty. A to oznacza, że potyczka, o której Alister wspomina, była zapewne jakąś haniebną masakrą dokonaną na Innych.

– W dalszym ciągu nie widzę związku z moją rodziną – powiedziałem.

– W jakich okolicznościach poznali się pana rodzice? – zapytał król.

– Mój ojciec działał w organizacji pomagającej Innym w ucieczce z twierdzy Kaer-Nort. Moja matka była jedną z uratowanych przez niego osób. Tuż po moim urodzeniu wyjechali do Ingmaru i zamieszkali w Saniln.

– Czy pańska matka nadal mieszka w Ingmarze? – spytała Liln.

Nie miałem zbyt wielkiej ochoty, by mówić o tych sprawach przy kimś takim jak Rafael Gabriel, ale wreszcie odpowiedziałem chłodno:

– Dwa lata przed zniknięciem ojca popełniła samobójstwo, wypijając własną krew.

– Bardzo mi przykro – powiedziała Liln. Zieleń jej oczu nabrała smutnego odcienia, gdy oderwała wzrok od mojej twarzy i poszukała spojrzenia Linnamèna.

– To dawne dzieje – odparłem. – Z powodu światłowstrętu nie mogła tu funkcjonować. Popadła w depresję, przestała się żywić. Historia, jakich wiele wśród ingmarskich Innych.

– Projekt Karma okazał się wielką porażką – przyznała Liln.

– Mówicie jakimś szyfrem – wtrącił się Rafael Gabriel. – Co to jest projekt Karma?

– Inni przybywali do Ingmaru falami – odpowiedziała Liln. – Aby uporać się z wnioskami o azyl i zapewnić wszystkim bezpieczeństwo, władze opracowały projekty zrzeszające uchodźców. Możesz sobie wyobrazić, jak trudno było żyć w Ingmarze osobom o tak odmiennej kulturze, nie wspominając już o nietolerancji na światło. W ramach projektu Karma zakładano specjalne kolonie. Panujące w nich warunki nie zawsze były… dobre.

– Bezrobocie i nędza – wyjaśniłem. – Poza tym wampiry, przyzwyczajone do zdobywania pokarmu na zasadzie… powiedzmy, polowania, nie mogły zrozumieć ingmarskiego prawa.

– To prawda – przyznała Liln. – Konstytucja mówi, że nie można nikomu zabronić życia zgodnie z jego naturą, o ile nie zagraża to innym osobom. Ingmarianie nie mają problemu z tym, że wampiry potrzebują ludzkiej krwi. Nie akceptują jednak tego, że ktoś mógłby ukraść im ich krew. Co innego, jeśli człowiek odda swoją krew dobrowolnie albo ją sprzeda. Obowiązek płacenia za krew był dla wampirów nieznośny, tak jak dla wilkołaków zakaz polowania poza rezerwatami. Szybko zaczęło to generować patologie: wzrost agresji, kradzież krwi, czarny rynek osocza, krwawa prostytucja…

– Jaki był twój sposób, doktorku? – zapytał Rafael.

– Półwampiry nie potrzebują krwi, by przeżyć – przypomniałem spokojnie.

– A ludziom wystarczy suchy chleb, by nie umrzeć z głodu. Krwisty befsztyk pozwala ci przetrwać, ale gdybyś nie pijał ludzkiej krwi, nie byłbyś tak silny.

Gdyby nie obecność księżniczki Liln, pokazałbym Rafaelowi moje wampirze zęby.

– Więc jak? – dopytywał się nieznośny zakonnik. – Uprawiałeś krwawą prostytucję?

– Rafaelu, nie przesadzaj – upomniał go król tonem, jak na mój gust, nieco zbyt wesołym.

– Raz na rok kupowałem krew od pewnej znajomej – odpowiedziałem. – Legalnie.

– A w Nort? Przecież teraz potrzebujesz krwi tak samo jak kiedyś.

– Mógłbyś sobie stąd pójść, zanim zrobię ci krzywdę? – warknąłem.

– Niech się pan nie gniewa, doktorze – powiedział król pojednawczo. Zaraz jednak dodał:

– Będąc nadwornym lekarzem, trzeba przeprowadzać badania krwi kilka razy do roku.

– Wiedziałem! – zaśmiał się Rafael. – Ssiesz nas potajemnie od dwóch lat, a wcześniej pewnie wypiłeś pół dworu Glibannèna.

– Choćbym umierał z głodu, nie tknąłbym twojej krwi – odparłem z odrazą. – Mam nadzieję, że wasza wysokość nie myśli, że kiedykolwiek…

– Szczerze mówiąc, panie doktorze, nie bardzo mnie interesuje, co robi pan z moją krwią, kiedy już ją pan przebada. Wiem, że nigdy nie przekroczyłby pan stosownej granicy.

– Jest pan prawdziwym nortańskim Innym – uśmiechnęła się Liln. – W Ingmarze za coś takiego groziłby panu proces.

– W Ingmarze mógłbym kupić krew. W Nort wciąż jest to zakazane.

– Doktorowi nie odpowiada umiarkowane tempo moich reform – powiedział król.

– Wprost przeciwnie – odparłem. – Radykalne zmiany mogłyby doprowadzić do chaosu i zamieszek w państwie. Nortanom trzeba dać czas na… transformację światopoglądową.

– Sądzi pan, że taka zmiana jest możliwa? – zapytała Liln.

– Tak. Nawet jeśli będzie wymagać czasu dłuższego niż życie któregokolwiek z nas.

– Podziela pan zatem idealizm swojego króla. Nortańscy Inni mieszkający w Ingmarze są w tej mierze znacznie bardziej sceptyczni. Nie garną się do powrotu do Nort.

– Nie dziwi mnie to, wasza wysokość.

– Pan jednak wrócił do Nort jeszcze w czasach Glibannèna. Dlaczego?

– Zadałem doktorowi to samo pytanie dwa lata temu, Liln – Linnamèn uśmiechnął się przelotnie. – Nie chciał mi wtedy na nie odpowiedzieć. Teraz jednak jest to oczywiste.

Rozmowa z królem przypomina czasem zabawę ze sprytnym kotem: można myśleć, że daje się mu tylko jedną nitkę włóczki, on jednak dopada nagle całego kłębka.

– Chodziło o pana ojca, prawda? – zapytał. – Pana nazwisko pojawiało się w dziwnych miejscach: kartoteki Kaer-Nort, cmentarze, szpitale, akta urzędu bezpieczeństwa. Gdyby odkryto, że jest pan półwampirem, czekałaby pana śmierć. Jednak dopóki wiedza ta pozostawała tajemnicą, mógł pan jako nadworny lekarz swobodnie zapoznawać się z dokumentami, do których inaczej nigdy by pan nie dotarł. Już dawno domyśliłem się, że szuka pan kogoś bliskiego. Ingmarska policja doszła do wniosku, że pański ojciec został uwięziony w Nort. Dlatego pan wrócił. Sądzę jednak, że powinien pan wziąć pod uwagę jedną rzecz: nie miał pan racji. Założenie, że pana ojciec został porwany do Nort, jest błędne. Podejrzani o pomaganie Innym traktowani byli jak zdrajcy i karani publicznie, głośno i brutalnie. Gdyby pańskiego ojca spotkał taki los, wiedziałoby o tym całe królestwo.

– Nie, jeśli administracja Aribannèna chciała uniknąć zatargu z Ingmarem – odpowiedziałem. – Gdyby okazało się, że Nortanie porywają uchodźców, Ingmar musiałby zareagować.

– Zapewne. Przy czym reakcja ta ograniczyłaby się do wysłania dyplomatycznej noty.

– Prawda – przyznała Liln. – Kongres nie ryzykowałby otwartego konfliktu z Nort. Administracja wezwałaby jedynie króla do wydania uchodźców. Aribannèn odrzuciłby tę prośbę i sprawa by się urwała. Przykro mi to mówić, w końcu jest pan też Ingmarianinem.

– Aribannèn mógł się bać, że proces zdemaskuje nortańskich szpiegów – odpowiedziałem.

– Mój ojciec, tak samo jak mój brat, celebrował swoją władzę – stwierdził król sucho. – Raczej ogłosiłby światu, że pański ojciec został nakryty podczas próby powrotu do Nort, niż zaniechałby widowiskowego procesu. Zatajanie takiej sprawy mijałoby się z celem rzekomej misji stojącej za porwaniami. Proces i widowiskowe wykonanie wyroku mogłyby utwierdzić potęgę króla i przestraszyć tych, którzy nie godzili się na jego politykę wobec Innych. Porywanie kogoś po to, by potajemnie go zgładzić, nie dałoby takiego symbolicznego efektu.

– Król mógł liczyć na to, że dowie się czegoś o wciąż pozostających w kraju opozycjonistach.

– W Ingmarze ludzie tacy jak pana ojciec nie mogli szkodzić nortańskiej polityce wobec Innych. Po co król miałby ryzykować, sprowadzając ich z powrotem? Żadne dokumenty nie dają podstaw do takich przypuszczeń. Nawet te wycinki. Ingmarska prasa nigdy nie przeoczyła okazji, by krytykować łamanie praw człowieka i Innego w Nort, a autorzy tych notatek są powściągliwi. Sugerują tylko, że o porwania podejrzani są nortańscy szpiedzy.

– W dziennikach mojej babki znalazłam fragment dotyczący tych wydarzeń – dodała Liln. – Sprawę zamknięto z braku dowodów i poszlak, ale nawet zmarły przed kilku laty komisarz Krilnu, który nadzorował te przypadki, nie był usatysfakcjonowany. Intuicja podpowiadała mu, że zbyt wiele poszlak wskazuje na Nortan: wygląd jasnowłosych porywaczy, język, ostentacyjnie noszone przy boku srebrne sztylety… Ręce śledczego wiązały jednak zeznania świadka, jedynego, który zdołał umknąć porywaczom. Nazywał się Sachor.

– Sachor? – upewnił się Linnamèn. Potem spojrzał na mnie i podał mi ostatni z wycinków.

– Chyba już wiemy, jak powiązać go ze sprawą. Alister Graham wspomina, że przywódcą strażników, którzy pokonali Innych pod Kaer, był Ard Sachor. Myślę, że pański anonim sugeruje panu odszukanie tego człowieka – Linnamèn w zamyśleniu obracał w palcach karteczkę z pytaniem „Kim był twój ojciec?”.

– Niby jak miałbym to zrobić? Nie wiemy nawet, czy chodzi o tego samego Sachora.

– Akurat tę trudność mogę pomóc panu rozwiązać – uśmiechnęła się Liln.

Pałac w Ingmarze, 11 maja

Ard Sachor wciąż żyje w Ingmarze. Liln przekazała mi jego adres z poważną miną.

– Kiedy zaczęłam o niego pytać, w różnych miejscach zapaliły się ostrzegawcze lampki. Kiedy przybył do Ingmaru trzydzieści lat temu, miał problemy. Komunikacja między Nort i Ingmarem nie była wtedy dobra, ale dotarło do nas dość plotek, by księżna Aspieln długo wahała się przed podpisaniem aktu o azylu. Historia, z jaką Ard Sachor przekroczył granicę, była przynajmniej częściowo zmyślona. W późniejszych latach, już po porwaniu, dziwne rzeczy działy się w jego rodzinie. Wszyscy umarli w warunkach niby to naturalnych, ale jednak nasuwających myśl o otruciu. Tego ostatniego jednak nigdy nie udowodniono.

Sachor mieszka w Nortniln, jednej z nortańskich kolonii. Wybieram się tam jutro, nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać. Nie mogę się skupić na niczym, nawet na pisaniu, gdy ona na mnie patrzy. Przychodzi do mojego pokoju już drugą noc z rzędu. Johanna – ostatnia żyjąca krewna króla, nieślubne dziecko Glibannèna i pewnej ćwierćwampirki, wnuczka hrabiego Baltazara. Kiedyś jako służąca często pomagała mi w Nort w moim lekarskim gabinecie. Po śmierci swych krewnych dwa lata temu Linnamèn odesłał ją do Ingmaru pod opieką Liln. Wiem, że pisywał do niej od czasu do czasu. Przypuszczam, że Liln ściągnęła ją teraz do stolicy, by umożliwić im spotkanie. Jak król z nią rozmawia, nie mam pojęcia. Nie chodzi tylko o to, że Johanna jest niema. Od kiedy Linnamèn odkrył jej tożsamość, dziewczyna daje upust swojej naturze. Jest Inna w każdym rozumieniu tego słowa – choć w jej żyłach płynie mniej wampirzej krwi niż w moich, mam wrażenie, że jest bardziej obca niż ja kiedykolwiek byłem. Wydaje się, że nawet jej ciało podporządkowało się jej decyzji o byciu raczej Inną niż człowiekiem. W Nort wyglądała jak zwykła ludzka kobieta, w Ingmarze stała się niemal wampirką. Nie wiem, czy w jej umyśle pozostała choć jedna ludzka myśl. Nie wiem też, czego ode mnie chce. Przygląda mi się, spacerując po mojej komnacie i dotykając niektórych przedmiotów. Nie odpowiada na pytania, nie próbuje nawiązać kontaktu – z jednym wyjątkiem: czasem podchodzi do mnie z otwartą dłonią. Gdy odmawiam wypicia jej krwi, odchodzi obojętnie w kąt pokoju. Do czego to prowadzi?

Pałac w Ingmarze, 12 maja

Muszę uporządkować swoje myśli (o wyglądzie nie wspominając), zanim pójdę do króla. Nie jest to łatwe po całych godzinach dryfowania w wampirzym wewnętrznym czasie. Kiedy wczoraj wychodziłem ze swojej komnaty, napatoczył mi się Rafael Gabriel.

– Wybierasz się na zakupy, doktorze? – zapytał z krzywym uśmiechem, zapuszczając ponad moim ramieniem długie i ciekawskie spojrzenie. Johanna przesunęła się za moimi plecami. Zamknąłem drzwi i wyminąłem Rafaela bez słowa, ale szybko mnie dogonił.

– Linnamèn uważa, że mogę ci się przydać tam, gdzie się wybierasz – powiedział.

– Do czego? Nie zamierzam odwiedzać przydrożnych zajazdów – sarknąłem. – No dobrze. Byłbym jednak wdzięczny, gdybyś się do mnie nie odzywał.

– Bez obaw. Rozmowa z tobą sprawia mi tyle przyjemności, co zapijanie piwa octową zalewą.

Nortniln wygląda jak typowa ingmarska kolonia Innych z równymi rzędami białych ziemianek pozbawionych okien. Kiedy zbliżaliśmy się do domu Sachora, Rafael powiedział:

– Ktoś za nami idzie.

– Alister Graham – odparłem, zatrzymując się i odwracając głowę w stronę bocznej uliczki, w której przed chwilą kątem oka dostrzegłem wykrzywioną ironicznie twarz dziennikarza.

– A ten tu czego?

– Panie Graham, szlachetny spowiednik zastanawia się, co pana tu sprowadza – zawołałem.

Zza jednego z domków wolno wyłonił się Alister Graham. Widać było, że upał go męczył. W bruzdach jego poparzonej twarzy lśniły krople potu. Dysząc lekko, powiedział:

– A ja zastanawiam się, co dwie osoby tak bliskie królowi robią w kolonii Innych.

– Spacerujemy – odpowiedziałem kwaśno.

– Tak… – oddech Grahama stał się jakby bardziej świszczący. – Dom Arda Sachora jest znanym wśród Nortan miejscem przechadzek. Dlaczego się nim interesujecie?

– Powinien pan wiedzieć. W końcu był bohaterem jednego z pańskich artykułów. Może zamiast nas śledzić, zechciałby pan udać się do króla, który chciał z panem rozmawiać?

– Wiadomość od króla do mnie nie dotarła – skłamał Graham. – Ale wybiorę się z wami do Arda – dodał z wściekłym błyskiem w oku. – Kiedyś nasze ścieżki się przecięły.

Mogliśmy zawrócić albo pozwolić mu pójść z nami. Wybraliśmy mniejsze zło: lepiej było mieć Grahama na oku, niż pozwolić mu rozmawiać z Sachorem sam na sam.

Mieszkający w zapuszczonym parterowym domku Ard okazał się starym i zgorzkniałym mężczyzną. Kiedy wyjaśniłem powód mojej wizyty, zwyzywał mnie najpierw po ingmarsku, potem po nortańsku, a wreszcie zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Wówczas do sprawy włączył się rozbawiony Rafael Gabriel. Kilkakrotnie zastukał wielką pięścią w drzwi, a kiedy zgryźliwy starzec znowu lekko je uchylił, spowiednik bezceremonialnie wepchnął go do środka i wpakował się do jego ponurego mieszkanka. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyliśmy w półmroku, była skierowana na nas lufa starego obrzyna. U jej drugiego końca powiewała długa broda Sachora, który darł się w niebogłosy, każąc się nam wynosić. Pomiędzy głowami moją i Alistera Grahama, ze świstem przeleciała kula.

– Ty paskudny… – przekleństwo, jakie wyrzucił z siebie Rafael, było tak wymyślne, że zrobiło wrażenie nawet na Sachorze, który stracił na chwilę czujność. To wystarczyło, by Rafael ruchem zwinnym i wyćwiczonym niczym u doświadczonego żołnierza odebrał mu broń i wycelował ją w starca. Sachor odruchowo cofnął się pod ścianę. W chwilę potem jego strach jakby zmalał. Spojrzał na mnie i zaśmiał się cicho, złośliwie.

– Znałem twojego ojca, zanim nazwał się Aanochem i zaczął się bratać z Innymi.

– Co masz na myśli? – zapytałem ostro.

– Słyszałem, że ożenił się z wampirką. Ale jego też dopadli.

– Kto was dopadł?

– Tacy jak ty, wampirzy bękarcie – Sachor splunął. – Spotkali mnie na drodze. Ciągle do mnie mówili, cholerni telepaci. Musiałem pójść z nimi. Zaprowadzili mnie do jakiejś jaskini. Powiedzieli, że to sąd za Kaer.

– Jak uciekłeś? – zapytałem. Sachor spojrzał na mnie prześmiewczo.

– Nie uciekłeś – odezwał się Graham. – Tylko ty wiedziałeś, jak znaleźć resztę. Wydałeś ich.

– Co się stało pod Kaer? – zapytał Rafael Gabriel. Sachor patrzył wciąż tylko na mnie. Wydawało się, że przestał nawet zauważać skierowaną na siebie strzelbę.

– Tatuś ci nie powiedział?

– Odpowiadaj! – zawołałem. Sachor z każdą chwilą wydawał się spokojniejszy.

– Pod Kaer miałem dziesięciu dobrze wyszkolonych ludzi. Strażników granicznych, pogromców wampirów, łowców wilkołaków. Nasz szpieg doniósł nam, że Inni będą przerzucać na pustkowie Kaer-nar-Nort grupę ponad dwustu swoich. Jak dziesięciu ludzi miałoby stawić czoła dwustu Innym? Była wiosna, ale ziemia była jeszcze dość zmarznięta, by Inni nie mogli się w niej zagrzebać w czasie słonecznej pory. Poczekaliśmy, aż się rozwidni i poszliśmy do ich kryjówki na obrzeżach Kaer-Nort. Najpierw poodsłanialiśmy wszystkie okna, a potem zaryglowaliśmy drzwi do piwnicy, w której spali. Wcześniej wrzuciliśmy im tam kilka małych niespodzianek – Ard Sachor zachichotał przeraźliwie. – Płonęli żywcem, próbując się wydostać. Może gdyby było z nimi więcej doświadczonych Innych, daliby radę. Ale to były w większości dzieci – półwampiry, karzełki, wilkołaczki.

– Kłamiesz – powiedziałem spokojnie. Oczy Sachora były zimniejsze od nortańskiego lodu. W jego głosie słychać było pewność nieznoszącą sprzeciwu, gdy mówił:

– Twój ojciec oglądał ze mną to, co z nich zostało. Tylko on i ja umieliśmy znieść ten smród.

Miałem ochotę skręcić mu kark. Pod swoimi palcami czułem już wręcz giętkość i kruchość jego słabej, ludzkiej szyi. Rafael Gabriel szybko stanął między mną a Sachorem.

– Wyjdź, doktorze. Przewietrz się. Potem wypytamy go o wszystko jeszcze raz.

Zanim zdążyłem odpowiedzieć, Ard Sachor z szybkością nie pasującą do jego wieku wyszarpnął broń z dłoni odwróconego w moją stronę zakonnika.

– Chyba nie myślisz, że wam na to pozwolę – powiedział tonem, w którym nie było nic oprócz zimnej, kalkulującej wściekłości. – Przychodząc tutaj, zabraliście mi resztki mojego życia; to, czego nie zdołał zabrać mi ani Aribannèn, ani Inni, gdy zmusili mnie do wydania mojego oddziału spod Kaer, to, czego nie zdołało zabrać mi wegetowanie w sąsiedztwie stworów, z jakimi walczyłem przez całą swoją młodość. Srebrne kule – dodał, zaciskając palce na kolbie swojego obrzyna. – Stare przyzwyczajenia. Co ty na to, półwampirze?

Strzał padł ze strony, z której się go nie spodziewałem. Chwilę potem na ziemię osunął się trup Arda Sachora niemal pozbawiony głowy. Gdy się odwróciłem, z rewolweru Alistera, tak wielkiego, że nie mam pojęcia, gdzie wcześniej go chował, wciąż jeszcze unosił się dym. Moje spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem dziennikarza, niezbyt przejętego tym, że właśnie zabił jedynego człowieka, który mógł mi coś powiedzieć o moim ojcu.

– Mam wielką ochotę wyrwać panu krtań – powiedziałem prawie spokojnie.

– Wystarczyłoby zwykłe „dziękuję” – odparł Alister bezczelnie.

Ingmarska policja po przesłuchaniu nas uznała, że śmierć Arda Sachora była efektem samoobrony. Alister Graham zeznawał tak sprytnie, że każdy przy zdrowych zmysłach uznałby, iż na jego miejscu zrobiłby to samo. Wywinięcie się z tej sprawy ułatwił mu też z pewnością fakt, że w obliczu kończącego się Kongresu Narodów Ingmarianie woleli uniknąć jakichkolwiek spięć z Nortanami, a zwłaszcza z osobami z otoczenia króla.

W drodze powrotnej do pałacu Rafael Gabriel z ponurą miną osuszał butelkę wina. Gdy dotarliśmy na miejsce, był już w stanie przyjemnego rozchwiania, a ja zazdrościłem mu, że chociaż na chwilę potrafił oddalić od siebie to, co widzieliśmy.

Johanna znowu była w moim pokoju. Nie odezwałem się do niej ani słowem. Mogłem myśleć tylko o tym, co powiedział mi Sachor. A im dłużej o tym myślałem, tym więcej miałem wątpliwości. Niepewność krążyła w mojej krwi jak strumień lawy. Zacząłem walić pięściami w stół, aż rozbiłem go na drzazgi. Potem zabrałem się za inne rzeczy. Nie mam pojęcia, dlaczego hałas nie ściągnął strażników. Johanna przyglądała mi się z zainteresowaniem graniczącym z fascynacją. Kiedy skończyłem i usiadłem pod ścianą, znowu podeszła do mnie, odsłaniając nadgarstek. Tym razem jej propozycja została przyjęta.

Picie krwi kogoś mającego wśród swoich przodków wampira jest ryzykowne. Krew Innego nie jest, tak jak ludzka krew, tylko pożywieniem: może być afrodyzjakiem, narkotykiem, trucizną i całą masą innych rzeczy równocześnie. Wszystko zależy od tego, kto z kogo i kiedy pije. Krew Johanny, równocześnie ludzka i obca, wyrzuciła mnie poza nawias mojej tożsamości i wepchnęła w pozbawione ludzkiego czasu i podziałów trwanie Innych. Widziałem, jak otwiera we mnie drzwi, których nie zdołam już nigdy zamknąć. Moje myśli stały się obce, a moje rozpoznanie rzeczywistości bogatsze niż ludzkie. Nawet teraz, kiedy piszę te słowa, część mnie rejestruje otaczający mnie świat w sposób niepojęty dla mnie samego. Siedząc tutaj, w moim ledwo uprzątniętym pokoju, wędruję równocześnie po pałacu. Z oddali słyszę przyspieszony oddech Liln rozmawiającej z królem. Słyszę bicie jego serca. Widzę, jak niezauważalne dla nich procesy popychają ich ku starości i śmierci. Mają mało czasu. A Johanna, która śpi tak cicho, że wydaje się znikać z każdym oddechem, ma go bardzo dużo. Oboje będziemy patrzeć, jak Linnamèn i Liln przemijają wraz ze swymi planami, ideami i marzeniami. Będziemy świadkami zmian zachodzących w Nort i Ingmarze długo po ich śmierci. O ile oczywiście nic przedwcześnie nie przerwie naszego życia.

Pałac w Ingmarze, 13 maja

Znalazłem króla w obserwatorium astronomicznym. Księżniczka spędza tu wiele wieczorów, a Linnamèn często towarzyszy jej w badaniach. Tym razem samotnie obserwował przez teleskop wschód księżyca.

– Była u mnie Johanna – powiedziałem, by uwolnić się częściowo z poczucia winy.

– Prosiłem ją o to – odparł król ku mojemu zaskoczeniu. – Nie powiedziała panu? Chciałem, by wyjaśniła panu, dlaczego posyłała panu anonimy i wycinki. Poznałem jej pismo – dodał.

– Przyszła do mnie, ale niczego nie wyjaśniła. Wczoraj piłem jej krew – wyrzuciłem z siebie.

– Liczyłem się z tym, że może dojść do czegoś takiego – najwyraźniej moje wyznanie lekko go rozbawiło. – Johanna jest dorosła. Pan też.

– Nie rozumiem. Czy waszej wysokości wyjawiła swoje intencje?

– Niewiele udało mi się od niej wydobyć – rzekł król. – Liln bardzo się o nią troszczy. Żadne z nas jednak nie wie, co dzieje się w jej głowie. Możemy jedynie przypuszczać, że Johanna uważa pana za pokrewną duszę. W Nort często pomagała panu w pracy, nie wiedząc, że jest pan półwampirem. Oboje się ukrywaliście. Oboje przeżywaliście trudne chwile. Sądzę, że Johanna zaczęła się panem szczególnie interesować, ponieważ związała z panem jakieś dobre wspomnienia. A cień życzliwości, jaki do pana żywiła, zamienił się w sympatię pod wpływem wiedzy o pana związkach z Innymi. Tutaj, w Ingmarze, Johanna często przebywa w bibliotekach i archiwach. Czasem wydaje się, że czyta wszystko, co wpadnie jej w ręce, a czasem, że prowadzi jakieś ciche śledztwo. Jest bardzo inteligentna. Można się było tego domyśleć jeszcze w Nort, kiedy odkryła historię swego pochodzenia, odtworzyła ją bezbłędnie ze strzępów informacji, które wymykały się wszystkim, począwszy od Glibannèna. W podobny sposób połączyła fakty dotyczące pańskiego ojca. Myślę, że na swój sposób chciała panu pomóc odkryć własną tożsamość tak samo jak w Nort odkryła swoją.

Usiedliśmy przy stoliku zarzuconym książkami i notatkami sporządzonymi przez Liln.

– Sprawa zamknięta – odparłem. – Mój ojciec nie był bohaterem. Muszę się nauczyć z tym żyć. Przynajmniej wiem, że nie ma sensu go szukać ani tutaj, ani w Nort.

– Zło i dobro lubią się zamieniać miejscami – rzekł król. – Liln mówi, że historia, jaką znamy, zmusza nas do ferowania jednoznacznych wyroków na temat jednostkowych wydarzeń. Dlatego nie ufa historykom. Pana ojciec naprawdę uratował pana matkę przed twierdzą. Wcześniej wziął udział w mordzie dokonanym na Innych. Tyle wie o nim historia. Prawda jednak zawiera się między tymi dwoma faktami i w tym, co stało się po porwaniu.

Król milczał przez chwilę, odruchowo porządkując notatki Liln.

– Kiedy był pan w Nortniln, zbadałem kilka tropów. Chce je pan poznać? Bez względu na wszystko? – natychmiast wyczytał odpowiedź z mojej twarzy. Wstając, poprosił mnie, bym przyszedł następnego wieczora do jego gabinetu.

– Trzeba tę sprawę wyjaśnić tutaj, w Ingmarze – dodał.

– Kongres się skończył. Kiedy zamierza wasza wysokość wyjechać? – zapytałem.

Odpowiedź na to proste pytanie zdawała się nastręczać Linnamènowi wiele kłopotu. Na jego twarzy zagościł bardzo rzadko spotykany u niego wyraz niepewności i zagubienia.

– Są pewne sprawy… – zaczął. Potem potrząsnął głową i podejmując jakąś decyzję, rzekł:

– Najpóźniej za trzy dni.

Pałac w Ingmarze, 14 maja

Kiedy Johanna i ja weszliśmy do gabinetu króla, Liln i Linnamèn pochylali się nad jakimiś dokumentami, rozmawiając cicho. Księżniczka podniosła na mnie wzrok i uśmiechnęła się tak, jakby chciała rozproszyć mój niepokój. Król poprosił mnie o zajęcie miejsca na sofie, którą przed kilkoma dniami okupował Rafael Gabriel. Johanna bez słowa usadowiła się obok mnie. W chwilę potem do gabinetu z głośnym hukiem wparował spowiednik, prowadząc najwyraźniej niezadowolonego Alistera Grahama.

– Witam w moim pałacu, panie Graham – powiedziała księżniczka z lekko ironicznym uśmiechem. – Chyba nie mieliśmy jeszcze przyjemności. To ja jestem Liln, zło wcielone.

Zdezorientowany Alister ukłonił się lekko, po czym usiadł na wskazanym miejscu.

– Myślę, że ma pan nam sporo do powiedzenia – rzekł król.

Brzydka twarz dziennikarza jakby zbladła, Graham jednak nie odezwał się ani słowem.

– Rozumiem pana obawy. Będę więc mówił za pana – Linnamèn wziął do ręki jeden z dokumentów, nad którymi wcześniej pochylał się wraz z księżniczką Liln i podał go Alisterowi.

– Wiedziałem, że trzymanie się dworu waszej wysokości będzie bardziej niebezpieczne niż przebywanie w towarzystwie tego furiata, Glibannèna – powiedział Graham swoim gardłowym głosem, rzucając okiem na podsunięty mu przez króla papier.

– Nie miał pan wyboru – odparł król. Potem zwrócił na mnie wzrok:

– Ard Sachor powiedział panu tylko to, co mogło pana zaboleć. Pominął pewne istotne szczegóły. Ponad czterdzieści lat temu w Kaer rzeczywiście doszło do Innobójstwa. Świadkiem tego wydarzenia był Alister Graham, dziennikarz dopiero co zatrudniony w „Królewskim Biuletynie”. Ponieważ oddział Sachora był znany ze skutecznego zwalczania Innych, zadaniem Alistera było opisywanie jego chwalebnych czynów. Ale to, co stało się w Kaer, nie było chwalebne nawet dla kogoś wychowanego w przekonaniu, że z Innymi trzeba walczyć do ostatniej kropli krwi. Po masakrze młody dziennikarz wrócił do Nort, by napisać artykuł. Pisał go długo, a im więcej czasu mu na tym płynęło, tym dziwniejszy stawał się powstający tekst. To jest pierwotna wersja artykułu, jaki Alister Graham oddał redakcji „Królewskiego Biuletynu” – powiedział król, wręczając mi dokument, który wcześniej pokazał Grahamowi. – Mój bibliotekarz, Celest, odszukał go w archiwum redakcji i przesłał do Ingmaru. Pobieżna lektura wystarczy, by zorientować się, dlaczego zamiast tego tekstu cenzura dopuściła do druku zaledwie krótką notatkę. Alister Graham opisał to, co widział w Kaer, bez upiększeń. Z obrazów okaleczonych ciał Innych, z krzyków płonących dzieci wyłoniła się prawda o zbrodni, jakiej dokonał oddział Sachora. Królewscy cenzorzy złapali się za głowy. Młodemu dziennikarzowi powiedziano, że musi przeredagować tekst tak, aby nikt nie miał wątpliwości, iż w Kaer doszło do potyczki, którą ludzie honorowo wygrali. Gdyby Alister się nie zgodził, spotkałyby go przykre konsekwencje. Dlatego sporządził notatkę, którą po latach znalazła Johanna. W pisaniu kolejnych tekstów był już znacznie ostrożniejszy. Ale jego sumienie ciągle się odzywało. Zaczął szukać tematów niezwiązanych z Innymi. Kiedy rządy królowej Akalinty dobiegły końca, Alister wykorzystał zmianę polityki i stał się zagranicznym korespondentem mojego ojca, króla Aribannèna. Wędrując po świecie, wysyłał do Nort teksty poprawne ideologicznie, ale równocześnie spotykał się z osobami i postawami, które zamiast upragnionego spokoju przynosiły mu coraz więcej niepewności. Nie wiem, w którym momencie zaczął wykorzystywać swoją pozycję do udzielania pomocy Innym, ale z pewnością stało się to jeszcze zanim do twierdzy Kaer-Nort trafiła wampirka Allayan.

Prześledził pan historię swojej matki, więc wie pan, że była jedną z ostatnich wolnych wampirów w Nort. Ścigano ją zaciekle, więc pewnie zajmowała się organizowaniem ucieczek Innych z Nort. Być może w ten sposób poznała pana ojca. To wyjaśniałoby historię jej ucieczki. Badał pan archiwa Kaer-Nort. Nie zauważył pan, jak niewielu Innym udało się stamtąd uciec? Kaer-Nort nie jest zwykłym więzieniem. Jedynie odpowiednie kontakty, wielka pomysłowość i olbrzymia ilość pieniędzy mogłyby kogokolwiek stamtąd wyrwać. Wielkiej pomysłowości i kontaktów pańskiemu ojcu nie brakowało, a pieniądze z pewnością umiał zdobyć. Musiał je zdobyć i to bardzo szybko, bo wiedział, że Allayan nosiła jego dziecko. Gdyby urodziło się ono w twierdzy… Pański ojciec wystarczająco dobrze pamiętał masakrę pod Kaer, by móc się spodziewać najgorszego. Tuż po pana narodzinach Alister Graham oficjalnie wyruszył do Ingmaru. Po nortańskiej stronie granicy wierzono, że jego celem jest napisanie cyklu reportaży, które ośmieszą Ingmarian. Jednak po ingmarskiej stronie nigdy nie odnotowano jego przybycia. Liln sprawdziła to w stosownych rejestrach. Z Nort wyjechał Alister Graham, do Ingmaru przyjechał Aanoch Nortsen.

Mój wzrok spotkał się ze wzrokiem Alistera Grahama. Nawet teraz jego twarz zdawał się wykrzywiać cyniczny uśmieszek.

– Nie jesteś moim ojcem – powiedziałem z pełnym przekonaniem. – Pamiętam mojego ojca. Pamiętam jego… twarz.

Słysząc te słowa, Alister zachichotał, a może załkał dziko. Król mówił dalej:

– Aanoch Nortsen musiał opiekować się swoją rodziną, ale Alister Graham nie przestał istnieć. Nadal przesyłał do Nort zjadliwe reportaże i nadal jako nadworny dziennikarz króla Aribannèna otrzymywał korespondencję, która pozwalała mu na orientowanie się w sytuacji w kraju. Był najlepiej poinformowanym nortańskim uchodźcą w Ingmarze. Tragiczna śmierć Allayan spadła na niego niespodziewanie. Potem spotkał go następny dramat: kiedy pan przebywał w szkołach w stolicy, pański ojciec spotkał w Nortniln Arda Sachora. Wszystkie straszliwe wspomnienia wróciły pomnożone przez żal po stracie Allayan. Wykorzystując swoje kontakty, Aanoch dowiedział się tego, co ja odtworzyłem z Kronik Króla Aribannèna przesłanych mi przez Celesta. Oddział Sachora wyspecjalizował się w czymś więcej niż w polowaniu na Innych. Ucieczka do Ingmaru była dość kosztownym przedsięwzięciem dla wampirów i karłów. Dlaczego więc przy łapanych przez Sachora Innych nie znajdowano żadnych kosztowności? Ard Sachor dowiedział się, że on i jego oddział w niedługim czasie staną przed sądem. Nie trzeba było wielkiej wyobraźni, by spodziewać się, że król Aribannèn nie wybaczy im zubożania skarbu państwa. W ciągu kilku tygodni wszyscy uciekli i rozproszyli się w Ingmarze. Jedynie Ard Sachor wiedział, gdzie znajdują się jego towarzysze. Alister Graham znany jako Aanoch Nortsen nie mógł znieść myśli o Sachorze dożywającym spokojnej emerytury w Ingmarze. Ryzykując po raz kolejny, zwrócił się do administracji księżnej Aspieln – Linnamèn spojrzał na Liln, która podjęła wątek

– Działo się to przed trzydziestoma laty, kiedy nortańskich uchodźców wciąż jeszcze przybywało. W biurokratycznym zamęcie urzędnik, który spisywał zeznania Aanocha, nie połączył ich z odpowiednim wnioskiem o azyl. W efekcie do mojej babki dotarły tylko niepoparte dowodami pogłoski, a zeznanie Aanocha wylądowało w innym archiwum. Odszukanie go zajęło moim urzędnikom dużo czasu – Liln podała mi kolejny dokument. – Nortsen opisuje tu wydarzenia, których był świadkiem w Kaer i które powinny zadziałać na niekorzyść Sachora i jego towarzyszy starających się o azyl. Nic z tego nie wyszło.

– Co gorsza – ciągnął Linnamèn. – Aanoch nie wiedział, że swoim zeznaniem zaszkodzi nie tylko Sachorowi, ale i sobie. W administracji księżnej Aspieln pracowało wielu Innych. Zeznania Aanocha musiały wpaść w ręce kogoś, kto słyszał o Kaer. Tą drogą wiadomość o Innobójcach dotarła najprawdopodobniej do tych uchodźców, którzy przed wieloma laty oczekiwali w Ingmarze na przybycie dzieci swoich bliskich. Ci postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Porwania upozorowali na działalność nortańskich szpiegów, aby odciągnąć od siebie uwagę ingmarskiej policji. Najpierw znaleźli Sachora i pozwolili mu przehandlować posiadane przez niego informacje i – jak się domyślam – zrabowane przez niego skarby Innych za obietnicę pozostawienia go przy życiu. Ale przecież Sachor był dowódcą oddziału. Nawet śmierć wydawała się niewystarczającą karą. Inni ukarali go więc jeszcze dotkliwiej: w ciągu następnych lat potajemnie wymordowali całą jego rodzinę w Ingmarze, jego samego pozostawiając przy życiu. Sachor musiał podtrzymywać kłamstwo o nortańskich szpiegach – gdyby prawda wyszła na jaw, zostałby odesłany do Nort, gdzie czekałaby go śmierć. Inni w wielu sprawach myślą i zachowują się inaczej niż ludzie

– Linnamèn spojrzał przelotnie na Johannę.

– Postanowili dopaść każdego, kto był pod Kaer, a to obejmowało także Alistera Grahama. Przyszli po pana – król spojrzał na dziennikarza. – Życie Sachora ocaliły jego wiedza i pieniądze. Pańskie ocalił fakt, iż przez lata działał pan na rzecz Innych. Historia o Lid-urczykach nie była prawdziwa. Został pan naznaczony ogniem przez Innych. Kiedy pana wypuścili, pomyślał pan o ginących w tajemniczych okolicznościach członkach rodziny Sachora. A jeżeli podobny los czekał pańskiego syna? Inni myślą inaczej niż ludzie – powtórzył Linnamèn. – Uznał pan, że najlepiej będzie trzymać się z daleka od doktora Sørena, który był pod dobrą opieką, zadbał pan przecież o jego wykształcenie. Wrócił pan do Nort jako Alister Graham. Kiedy czyta się teksty, które pisywał pan za czasów Glibannèna, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że było w nich wszystko, za co król musiał pana pokochać. Uzyskana pozycja dała panu dostęp do informacji, które przekazywał pan do Ingmaru. Dzięki temu świat dowiadywał się o łamaniu praw człowieka i Innego w Nort.

Myślę, że nie rozpoznał pan swojego syna, gdy pod zmienionym nazwiskiem zaczął pracę na dworze. Pod koniec panowania Glibannèna był pan już mniej aktywny, a doktor Søren maskował się bardzo dobrze. Nie widział pan swojego dziecka przez prawie trzydzieści lat. Zresztą nawet, gdyby pan się domyślił, że doktor Søren jest pana synem, nie mógłby się pan do tego przyznać. Dla was obu byłoby to zbyt niebezpieczne. Po śmierci mojego brata doktor Søren przestał się ukrywać, a pan połączył wszystkie fakty. Jednak postanowił pan milczeć. Zostawali przecież Inni. Dla nich trzydzieści lat to przecież chwila. Czy ich chęć zemsty zdążyła się już wypalić? Być może powtarzał pan sobie, że wyjaśni pan synowi wszystko, gdy zyska pan pewność, że będzie to bezpieczne. Dlatego wykorzystał pan okazję, by przyjechać znowu do Ingmaru i dlatego chciał pan zobaczyć Sachora. Jego stan napełnił pana strachem. Zrozumiał pan, że nigdy nie będzie pewności, że Inni już na pana nie polują.

Gdy król przestał mówić, przez długą chwilę panowała cisza. Skierowałem wzrok na Alistera Grahama, który odpowiedział na moje spojrzenie stwierdzeniem:

– Jeśli liczysz na jakąś dramatyczną pojednawczą scenę, daj sobie spokój.

Jego głos zabrzmiał w moich uszach irytująco. Uczucia, które wzbierały we mnie przez lata, znalazły upust w najdziwniejszej formie: nie ludzkiej, lecz wampirzej. Z głośnym sykiem przyskoczyłem do Alistera i ruchem tak szybkim, że dla innych niezauważalnym, złapałem go za szyję i podniosłem jego stare ciało. Johanna, znacznie wolniej, ale dość szybko, zajęła miejsce przy moim boku, odsłaniając ledwo ukształtowane wampirze zęby. Księżniczka Liln poruszyła się niespokojnie, ale król położył jej dłoń na ramieniu.

Przestraszone oczy mojego ojca nabrały charakterystycznego ironicznego blasku. Dusząc się w moim uścisku, wycharczał, niemal śmiejąc się:

– Cała mamusia.

– Zostawiłeś mnie! – warknąłem.

– Zostawiłem – przyznał, z trudem łapiąc oddech. – I co na to poradzisz?

Puściłem go dopiero wtedy, gdy zaczął sinieć na twarzy. Osunął się na podłogę. Liln podała mu szybko szklankę wody, a Linnamèn posłał po służących, którzy mogliby zabrać go do izby chorych.

– Swoją drogą – wycharczał Alister, rozmasowując swoją czerwoną szyję i patrząc na mnie ze złośliwym półuśmieszkiem. – Z tymi zębami na wierzchu paskudnie seplenisz.

Droga do Nort, 16 maja

Minie wiele czasu, zanim nauczę się rozmawiać z moim ojcem. Póki co nie możemy spędzać ze sobą więcej niż kilka minut bez kłótni i wzajemnych złośliwości. Przez te wszystkie lata spodziewałem się, że nie znajdę go żywego. Nie jest łatwo pogodzić się z tym, jak niewiele o nim wiedziałem.

W czasie ostatnich dni naszego pobytu w Ingmarze prawie nie widywałem księżniczki i króla, który spędzał czas na półformalnych podróżach, towarzysząc Liln w pełnionych przez nią obowiązkach. Dopiero dziś miałem okazję przeprosić księżniczkę za moje zachowanie.

– Proszę się nie martwić – odpowiedziała. – Uczucia, tak samo u ludzi, jak i u Innych, to bardzo skomplikowana sprawa. Mam nadzieję, że dojdzie pan do porozumienia z ojcem. Z perspektywy ingmarskiego prawa porwanie, którego stał się ofiarą, zdążyło się już przedawnić. Nie sądzę też, by udało się znaleźć osoby rzeczywiście za nie odpowiedzialne. Inni są wyjątkowo dobrymi konspiratorami. Jeśli jednak będą panowie chcieli wejść w tej sprawie na drogę prawną, możecie liczyć na moją pomoc.

– Pomoc waszej wysokości jest nieoceniona. Tak samo jak króla.

– Dawno temu, kiedy Linnamèn był jeszcze chłopcem, spotkał na pustkowi Kaer-nar-Nort pewnego życzliwego człowieka, który powiedział mu, że ma syna półwampira – rzekła Liln. – Kiedy Linnamèn zapytał o imię dziecka, nie otrzymał odpowiedzi. To spotkanie zmieniło jego spojrzenie na relację Innych i ludzi. W każdym widzi teraz bezimiennego syna człowieka zwanego Gaardem.

Będę tęsknił za księżniczką prawie tak jak Linnamèn. Kiedy Liln podeszła do niego, by się z pożegnać, przytulił ją jak najlepszą przyjaciółkę i w geście spontanicznej życzliwości ucałował jej czoło. Ciągle jeszcze słyszę jej śmiech.

Za oknami pociągu ingmarska wiosna zaczyna się zamieniać w późną nortańską zimę. Coraz mniej słońca, coraz mniej zieleni. Rafael Gabriel pochrapuje cicho, od czasu do czasu obrzucając króla spojrzeniem, które uznałbym za pełne troski, gdybym wierzył, że nieznośny spowiednik jest zdolny do troszczenia się o kogoś innego niż on sam.

– Czy to pogardzana dotąd lista kandydatek na pierwszą żonę? – zwrócił się do króla jakieś pół godziny temu.

Zatopiony w przeglądaniu dokumentów król pokiwał głową.

– To bardzo zajmująca lektura – powiedział. – Myślę, że księżniczka Ernei jest zamieszana w dwa morderstwa. A rodzice lady Krynn z Portes-des-Noires zmalwersowali część budżetu państwa za rządów mojego ojca. Nie ma tu oczywiście dowodów, same poszlaki… Inna sprawa z siostrzenicą opata klasztoru Portes-des-Blanc. Znam jej rodziców: oboje są niebieskoocy, a dziewczyna ma oczy ciemne, prawie czarne. Dwoje niebieskookich ludzi nie może mieć czarnookiego dziecka. Na miejscu lorda Standa byłbym zaniepokojony.

– Sporządzając tę listę, Apillen liczył chyba na to, że znajdzie w niej wasza wysokość coś innego niż kryminalne zagadki – powiedziałem z uśmiechem. Król mrugnął do mnie porozumiewawczo. Spowiednik jednak nie rezygnował:

– Myślę, że zamiast takiej długiej listy Apillen mógł sporządzić krótszą. Taką, która obejmowałaby tylko te kandydatki, które nie mogą być brane pod uwagę.

– To rzeczywiście byłaby krótka lista – przyznałem. – Oprócz wysoko urodzonych dam, które są już mężatkami, można byłoby wykluczyć może z pięć czy sześć innych osób. Księżniczkę Drei, najpewniej chorą psychicznie, hrabiankę Snirt z Kun, która ma troje nieślubnych dzieci, siostry Angh z Południowego Królestwa, pozbawione posagu…

– I Liln – dorzucił Rafael Gabriel.

– To przecież oczywiste. W końcu nie żyjemy w czasach Unii Scarlandziej.

– Unia Scarlandzka, Unia Scarlandzka – spowiednik szukał czegoś w pamięci. – Czy to nie wtedy, jakiś tysiąc lat temu, król Nort ożenił się z księżniczką Ingmaru, co po jego śmierci doprowadziło do trwającej ponad sto lat wojny nortańsko-ingmarskiej?

– Mniej więcej. Oczywiście tysiąc lat temu Nort i Ingmar nie były od siebie tak odległe politycznie, ustrojowo, światopoglądowo i społecznie.

Król zerknął na Rafaela, ale nie odpowiedział. Spowiednik przerzucił się na mnie:

– Jak to jest z tobą i Johanną?

– Nie jesteś w stanie tego zrozumieć – odpowiedziałem niechętnie.

– A ty jesteś? Bo na moje oko jej obecność jest dla ciebie bardzo niepokojąca.

W pewien sposób Rafael ma rację. Zachowanie Johanny bardzo mnie niepokoiło, ale teraz niepokoi mnie również jej nieobecność. Kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, Johanna – dziwna rzecz – uśmiechnęła się do mnie.

– Nie wiem, czy kiedykolwiek będę mógł sprowadzić Johannę z powrotem do Nort – powiedział król poważnie. – To wciąż zbyt skomplikowana sprawa.

– Myślę, że Johannie to nie przeszkadza – odpowiedziałem.

– A tobie przeszkadza? – zapytał wścibski spowiednik.

Po raz kolejny pomyślałem o uśmiechu, jakim pożegnała mnie Johanna. Chyba zaczynam się domyślać, co chciała mi powiedzieć.

– Mnie nic nie przeszkadza. Ja na wszystko mam czas – odpowiedziałem.

Magdalena Kempna

październik 2011 – styczeń 2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *