O jednej takiej, co ukradła księżyc, czyli „Moon Knight. Z martwych powstaną”

0

Drugi tom serii Moon Knight to kluczenie w poszukiwaniu własnej tożsamości. Dotyczy to w równej mierze samej serii, co jej głównego bohatera. Z martwych powstaną pod względem wizualnym stanowi hołd dla Moon Knighta w wykonaniu Billa Sinkiewicza i Jamesa Shootera. Wiele zastosowanych w tomie technicznych rozwiązań – umiejscowienie i zagospodarowanie kadrów, dynamiczne przejścia pomiędzy nimi, użycie koloru (lub jego brak w przypadku tytułowego bohatera) do zaakcentowania pewnych rzeczy, opowiadanie więcej niż jednej historii tym samym rysunkiem – jest wyrazem tego hołdu dla pierwszej serii Moon Knight z lat 80. Jednocześnie nowa seria posiada jednoznacznie nowoczesny wydźwięk i specyficzny charakter, który nie pozwala pomylić dzieła Briana Wooda i Grega Smallwooda z niczym innym. Duet ten przejął serię po udanym starcie w wykonaniu Warrena Ellisa i Declana Shalveya. I chociaż jestem fanką psychodelicznego podejścia do postaci i tematu Moon Knighta widocznego w Z martwych, to Z martwych powstaną ma bardziej zwartą strukturę, opowiada określoną historię i robi to w bardzo sprytny sposób. Niestety, nie ma sensu przyzwyczajać się do luksusu dobrze napisanego Moon Knighta, bo kolejny tom przejmą inni twórcy.

MoonK2

Skupiając się jednak na drugim tomie, trzeba przyznać, że Wood i Smallwood mają pomysł na postać i jest on nieco inny niż ich poprzedników. Pierwszy tom również stawiał pytania o tożsamość głównego bohatera, pytał jednak o Moon Knighta. Z martwych powstaną stawia raczej pytanie o to, kim jest Marc Spector bez Moon Knighta. Odarty z bogactwa, misji, celu, ze wszystkich swoich osobowości. Co znaczy dla niego Khonshu? Czy jest klątwą, czy błogosławieństwem? Nie bez znaczenia jest to, że postać Moon Knighta to często pozbawiona koloru plama, jakby ktoś zapomniał go właściwie narysować – on dopiero zyskuje tożsamość, jest jak negatyw plamy Rorschacha, biały kleks na kolorowym tle, któremu dopiero mamy nadać znaczenie.  Marc Spector sam wciąż jeszcze nie wie, co to znaczy być Moon Knightem. To historia, która angażuje czytelniczkę, zmusza ją, aby nadała jej własne znaczenia. Pozbawione obramowania kadry zachęcają do swobodnej interpretacji, zlewając się ze sobą. Część z nich wygląda jak panele w zestawie „opowiedz własną historię”. To niezwykle subtelny sposób na pokazanie, że tożsamość bohatera nie jest do końca ukształtowana i że wiele jeszcze nie zostało o nim powiedziane, co zresztą widać też w Hawkeye’u rysowanym przez Davida Aję. Styl Smallwooda jest dość podobny, ale służy nieco innym celom niż ten z opowieści o depresji Clinta Bartona. Można odnieść wrażenie, że Moon Knight wymyka się wszelkim próbom definicji i strona graficzna serii nieustannie to podkreśla.

Moon-Knight-02-Z-martwych-powstana_Plansza_1

Z martwych powstaną posługuje się przeciwieństwami: to thriller polityczny, ale z mistycznym wątkiem; jest niezwykle brutalny, ale rysunki pozostają subtelne; wreszcie pozbywa się nieznośnego ciężaru źle przedstawianej choroby psychicznej Spectora, lecz znaczną część fabuły stanowi jego psychoterapia. Pomiędzy tymi sprzecznościami sytuuje się główny bohater. Najciekawszym rozwiązaniem jest stworzenie bardzo przyziemnej fabuły opartej na konflikcie zbrojnym w Somalii i zbrodniach wojennych przy jednoczesnym zachowaniu nadnaturalnego charakteru Moon Knighta. Po tym tomie nie można już mówić, że Moon Knight jest religijnym Punisherem, bo Marc Spector dokonuje lepszych wyborów niż Frank Castle.

Moon-Knight-02-Z-martwych-powstana_Plansza_2

Moon Knight udaremnia zamach o podłożu politycznym. Zyskuje tym samym potężnego wroga, który próbuje go zgładzić. Zostaje zdyskredytowany w oczach opinii publicznej po akcji odbicia zakładników uwięzionych w nowojorskim wieżowcu przez terrorystów. Niedługo potem Spector traci wszystko: bogactwo, wpływy i…  tożsamość Moon Knighta. Jest sam w swojej głowie, pierwszy raz od lat. Zostaje uwięziony. Ma do dyspozycji tylko własne zdolności i doświadczenie. Coś, czego jeszcze nie mieliśmy okazji oglądać.

Wyrusza więc, by odzyskać to, co do niego należy. Aby zmusić Khonshu do wysłuchania go. Znacząco poszerza to mitologię Moon Knighta i dodaje ciekawy element do jego relacji z boskim opiekunem. Na tym etapie przestaje być ona jednostronna. Spector również coś z niej wynosi, chce czegoś od Khonshu, a nie tylko odpowiada na jego wezwanie.

Tym razem dostajemy jeden tom spójnej historii Moon Knighta, co samo w sobie jest błogosławieństwem. Opowieść zawiera interesujący zwrot akcji na samym końcu. Przez większość czasu można się dziwić, że Spector podejmuje taki wysiłek w obronie złego człowieka. Oczywiście uruchamia się tutaj cały dyskurs o różnicy pomiędzy zemstą a sprawiedliwością. Dla bogów jest ona minimalna, Khonshu nie waha się działać wtedy, gdy Spector zastanawia się, czy nie przekracza granicy i czy lepiej nie zostawić pewnych kwestii w rękach ludzkiego wymiaru sprawiedliwości. Ich różnica zdań zostaje wykorzystana przez trzecią stronę konfliktu. A to dopiero początek.

Moon-Knight-02-Z-martwych-powstana_Plansza_3

Z martwych powstaną zawiera kilka ciekawych spostrzeżeń dotyczących kolonializmu, jak właśnie to, że istnieje trzecia strona: wyzyskujący, wyzyskiwani i klasa wyzyskujących wyzyskiwanych. Ci, którzy zaadaptowali mechanizmy grabieży zachodniego systemu. Odarcie z niewinności, z jasnego podziału na dobro i zło, biel i czerń to jedna z podstawowych cech kolonializmu. Każdy w jakimś wymiarze uczestniczy w globalnej grabieży. Czy nie ma niewinnych? Czy jest tylko skala tego, jak bardzo można być winnym? Drugi tom zasadniczo odpowiada na te pytania twierdząco, ale szybko przeczy sam sobie, kiedy Spector stwierdza, że kolonializm to system, który należy do przeszłości. W tym miejscu można się tylko zaśmiać, bo rozpaczliwa walka Marvela, aby nie kwestionować status quo, zaczyna wyglądać karykaturalnie. I na tym tle moment w Z martwych powstaną, gdy biały mężczyzna tłumaczy czarnej kobiecie różnicę pomiędzy sprawiedliwością a przywilejem, pozostawia jedynie niesmak.

Można też zauważyć, że wybór kolonializmu jako tematu przewodniego tomu, w którym toczy się gra o tożsamość Moon Knighta, nie jest przypadkowy. Nawet jeśli Khonshu należy do wymyślonej mitologii Marvela, wykorzystanie egipskiego bóstwa, aby nadać moc białej postaci, to kulturową grabież. Bądźmy szczerzy, egipski bóg nie wybrałby białasa na swój awatar, to kolonialne myślenie życzeniowe. Wood ewidentnie próbuje zamieść ten temat pod dywan zamiast się z nim zmierzyć i jest to ogromną wadą tej świetnej historii. Na poziomie fabularnym i wizualnym to najlepsza część serii Moon Knight wydanej w ramach Marvel Now!, ale wprowadza kolejne niezbyt pozytywne konotacje do historii i mitologii postaci. Kiedy już myśleliśmy, że nie można zrobić nic gorszego niż pozwolić Bendisowi przedstawić schizofrenika, dostaliśmy dawkę bezmyślnego rasizmu. Pozostaje mieć nadzieję, że kolejne odsłony Moon Knighta rozprawią się z tym, tak jak ta rozprawia się z niesławnym dziedzictwem Bendisa.

Aldona Kobus

Tytuł: Moon Knight. Z martwych powstaną
Scenariusz: Brian Wood
Rysunki: Greg Smallwood
Liczba stron: 132
Tłumaczenie: Kamil Śmiałkowski
Wydawnictwo: Egmont Polska
Data wydania: 20 czerwca 2018

Podziel się

O autorze

Aldona Kobus

(ur. 1988) – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autorka "Fandomu. Fanowskich modeli odbioru" (2018) i szeregu analiz poświęconych popkulturze. Pisze pracę doktorską na temat przemian autorstwa w kulturze zachodniej. Prowadzi badania z zakresu pornografii, kultury popularnej i fan studies. Entuzjastka, autorka i tłumaczka fanfiction.

Odpowiedz