O emocjach z Katarzyną Zyskowską-Ignaciak – wywiad

OLYMPUS DIGITAL CAMERAKatarzyna Zyskowska-Ignaciak jest, jak pisze na swoim blogu, szczęśliwą posiadaczką: jednego małżonka, jednego dziecka, dwóch dyplomów, które nigdy jej się do niczego nie przydały oraz trzech siwych włosów. Z rozsądku mieszka w Warszawie, choć woli odludne miejsca. Kocha podróże i nie znosi się pakować. Jesienne wieczory najchętniej spędza w towarzystwie skandynawskiego kina, a letnie poranki – wsłuchując się w portowy śpiew want i salingów. Jest autorką trzech współczesnych powieści kobiecych: „Niebieskie migdały”, „Przebudzenie” i „Ucieczka znad rozlewiska”. Chociaż książki te spotkały się z ciepłym przyjęciem czytelniczek,  prawdziwy kunszt literacki autorka pokazała nam dopiero w swojej czwartej powieści „Upalne lato Marianny”, która ujmuje urokiem oraz klimatem od pierwszych stron. Niedługo ukaże się nakładem Wydawnictwa MG druga jej część, „Upalne lato Kaliny”.

Klaudia Maksa: Dzień dobry. Naszą rozmowę zacznę trochę nietypowo. Proszę opisać swój „pierwszy raz”. Chodzi mi o inicjację literacką oczywiście. Było to opowiadanie? Wiersz? Ile Pani wtedy miała lat?

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak: Pierwszy tekst – prócz prac domowych czy innych obowiązkowych wypracowań – napisałam chyba w wieku dwunastu, trzynastu lat. Był to pamiętnik. Styl fatalny, przemyślenia niezbyt wnikliwe, jak to u nastolatki, ale mocno się w to wciągnęłam i kontynuowałam przez wiele lat.

K.M.: Bo wie Pani dlaczego pytam? W mojej recenzji „Upalnego lata Marianny” porównałam Pani pracę nad powieścią do koronkowej roboty. W książce przenosi nas Pani do lata 1939 roku, do wiejskiego dworku. Pani proza jest mistrzowska pod każdym względem, bo odzwierciedla ówczesne czasy zarówno pod względem językowym, ale także w klimacie. Ba, nawet w sposobie myślenia bohaterów. Taka precyzja musi być podparta latami literackich wprawek. Jak długo pracowała Pani nad tą powieścią. Ile książek Pani przeczytała, ilu ludzi wysłuchała, żeby stworzyć taki majstersztyk?

K.Z-I: Ojej, dziękuję za ten grad komplementów… A co do pracy nad powieścią – książkę pisałam z przerwami dwa lata i rzeczywiście dość skrupulatnie się przygotowywałam, jeśli chodzi o tło historyczne. Uwielbiam literaturę dwudziestolecia i ówczesnych twórców – to był bardzo ciekawy i bogaty literacko okres dla Polski.  Niemniej, chyba nie tylko moja osobista słabość do tego okresu sprawiła, że historia Marie spodobała się czytelniczkom. Oczywiście zbudowanie w miarę dokładnie świata, którego z wiadomych względów znać nie mogłam, było istotne i momentami trudne, ale w „Upalnym lecie” główną rolę odgrywają emocje i to na nich skupiłam się najbardziej. Chciałam nie tylko oddać klimat schyłku lat trzydziestych – początku końca pewnej epoki – ale przede wszystkim zgłębić tajemnicę dojrzewania, dorastania tamtego pokolenia. Było to dla mnie o tyle prostsze, że wiele wątków, czysto fabularnych, przeplotłam z historią mojej rodziny. Z tego też powodu mam bardzo osobisty stosunek do tej książki.

K.M.: Ale dobrze czuje się Pani także we współczesnych realiach. „Upalne lato…” to czwarta Pani powieść. Wróćmy zatem do początków. Bohaterką pierwszej Pani książki jest młoda kobieta, którą partner porzuca w dniu, kiedy ta oznajmia mu, że jest już ich troje. Mimo tak wielkiego, życiowego przewrotu decyduje się samodzielnie wychować synka, nie zważając na trudy samotnego macierzyństwa. Czy do napisania tej powieści zainspirowała Panią jakaś konkretna historia, czy postanowiła Pani pokazać kobietom będącym w podobnej sytuacji, że dadzą radę, że są silne. Że samotne macierzyństwo to nie koniec świata.

K.Z-I: „Niebieskie migdały” zaczęłam pisać, kiedy sama zostałam matką. Początki były bardzo trudne. Dopadł mnie baby blues, nie radziłam sobie w nowej sytuacji. Ja, taka dotąd spontaniczna, taka wyzwolona, nagle zostałam zamknięta w czterech ścianach i nic już nie zależało ode mnie. Żyłam w rytmie kup-zup i nocnych pobudek. Musiałam z siebie wyrzucić gdzieś te negatywne emocje, więc stworzyłam Inę. Mnie było źle, więc jej „dokopałam” jeszcze mocniej. Stwierdziłam, że jeśli Ina – samotna, porzucona – poradzi sobie z macierzyństwem, to ja, otoczona bliskimi, tym bardziej. Ta książka pozwoliła mi się pozbierać, zrozumieć, że istnieją kobiety, które są w nieporównywalnie cięższej sytuacji niż ja. Koniec końców z dramatu wyszła mi komedia romantyczna, bo przecież nie mogłam mojej bohaterce, którą szczerze polubiłam, rzucać samych kłód pod nogi.

K.M.: Prawda, że macierzyństwo nie jest takie słodkie? Że to nie tylko bezstresowe spacerki z wózkiem po parku, gdzie na ławeczce można spokojnie nadrabiać zaległości w lekturze, podając od czasu do czasu dziecku smoczek, żeby nie kwiliło. Piszę o tym, bo wiem, ile kobiet załamuje się psychicznie pod wpływem zmęczenia i codziennej rutyny. Kobiety popadają w nerwicę albo nawet w depresję. Zaczynają sobie wpajać do głowy, że znalazły się poza marginesem „normalnego” życia. Ale przede wszystkim przestają iść naprzód, bo skoro nie pracują, nie mogą się rozwijać. A marzenia? Pani do nich wróciła. Zrealizowała je Pani właśnie w tym trudnym czasie. Chciałabym, aby Pani wytłumaczyła tym wszystkim smutnym, niespełnionym w ich mniemaniu kobietom, że to może być ich czas. Czas na własny rozwój.

K.Z-I: Paradoksalnie to świetny moment. Opieka nad dzieckiem to fantastyczna, bo praktyczna, szkoła zarządzania czasem i logistyką. Nagle okazuje się,  że mamy nie dwie, ale co najmniej cztery, a czasem nawet sześć rąk, że doba się wydłuża i zaczynamy szanować każdą minutę, kiedy dziecko wreszcie położymy spać. Poza tym, jest to zazwyczaj pierwszy moment dorosłości, kiedy przewartościowujemy własne życie. Kiedy ja zostałam matką, pierwszy raz zupełnie na serio zadałam sobie pytanie, co bym chciała w życiu robić, co osiągnąć? Wcześniej, wszystkim kierowała siła rozpędu, przypadek, naiwne przekonanie, że co ma być, to będzie. Studia takie, studia siakie, jakaś praca. Gdy na świecie pojawia się dziecko nie ma miejsca na brak planu, na spontaniczność. Trzeba usiąść i na spokojnie rozważyć, co dla nas, dla naszego dziecka, rodziny jest ważne. Ja podjęłam decyzję, że nie zostawię syna z nianią, że nie pójdę do pracy na etat, ale z drugiej strony nie chciałam ograniczyć swojej roli wyłącznie do bycia matka, żoną, sprzątaczką i praczką. A że zawsze chciałam pisać…

K.M.: Pani bohaterki mają określony cel w życiu, do którego konsekwentnie dążą. Nie boją się także podejmować kontrowersyjnych decyzji. I mimo wrażliwości emocjonalnej mają twardy charakter. Przypuszczam, że sama autorka ma bardzo konkretną osobowość. Proszę mi powiedzieć, jakie cechy charakteru chciałaby Pani wpoić swojemu dziecku.

K.Z-I: Najbardziej chciałabym wpoić mu te, których sama nie posiadam. Cierpliwość, wewnętrzny spokój, łagodność… Moja „konkretna osobność” bywa trudna do zniesienia dla bliskich. Jestem wybuchową choleryczką, dla której wiele spraw jest czarno-białych, a świat ma przecież także różne odcienie szarości, o czym jednak zdarza mi się zapominać. Mam nadzieję, że mój syn nie będzie przesadnie emocjonalny, bo z tym ciężko się żyje.

K.M.: Skoro przyznaje się Pani bez bicia do silnego temperamentu, to ja już wiem po kim „odziedziczyła” go Marie, młodziutka bohaterka „Upalnego lata Marianny”.  Mimo że w realiach powieści są panują twarde konwenanse i stereotypy, dziewczyna ma twardy charakter i nie waha się walczyć o swoje plany i marzenia. Mogłaby Pani krótko nakreślić czytelnikom, którzy nie znają jeszcze tej książki sylwetkę głównej bohaterki?

K.Z-I: Marie faktycznie ma silny temperament i myślę, że gdyby żyła dzisiaj, być może byłaby feministką. Jest otwarta, bezkompromisowa, pragnie lepszego świata… A z drugiej strony, w swoim niedojrzałym podejściu do życia, bywa bardzo naiwna i egocentryczna. W kilku recenzjach książki wyczytałam zarzut, że Marie trudno polubić właśnie przez te cechy, ale zabieg zbudowania postaci niejednoznacznej, wielowymiarowej był z mojej strony celowy. Marianna z założenia jest egoistyczna, nieroztropna, skupiona na własnych emocjach i pragnieniach, ale ma przecież dopiero osiemnaście lat. Niby fizycznie jest już dorosłą kobietą, a jednak psychicznie to wciąż poszukujące prawdy o sobie dziecko. Do tego dziecko rozpaskudzone ślepą ojcowską miłością i dobrobytem. Marie jest taka, jaka jest młodość – niedojrzała, infantylna, przekonana o nieomylności własnych sądów. Chociaż z drugiej strony fascynująca jest ta jej ciekawość, zachłanność życia. Myślę, że wiele z nas może w sobie odnaleźć coś z Marianny. W końcu pokory i rozsądku uczymy się z przez całe życie.

K.M.: Na początku wakacji księgarniach pojawi się druga część „Upalnego lata …”, „Upalne lato Kaliny”. Jaką postacią jest bohaterka tej powieści? Proszę także zdradzić nam kilka ciekawych szczegółów na temat treści książki.

K.Z-M: Kalina jest córką Marie i to ona gra główną rolę w tej części. Początkowo miałam plan, by nie wracać do postaci z pierwszego tomu, bo problemy, które poruszam tym razem można potraktować całkowicie odrębnie. Jednak im dłużej nad tym myślałam, im więcej rozmawiałam z czytelniczkami, dochodziłam do wniosku, że nie w porządku byłoby, gdybym losy Marianny przemilczała, dlatego je także wplotłam w fabułę. Akcja „Upalnego lata Kaliny” dzieje się w 1968 roku, w czasach siermiężnego i szarego socjalizmu. Główna bohaterka jest osobą dojrzałą, ale z pewnych powodów – których nie zdradzę – nie do końca potrafi swoim życiem właściwie pokierować. A to w wyniku pewnej tajemnicy, którą nosiła w sobie jej matka.

K.M.: Moje kolejne pytanie pozostaje w kontekście młodości i poszukiwania własnej drogi oraz własnej filozofii życiowej. Jakich współczesnych autorów poleciłaby Pani czytelnikowi wkraczającego w dorosłość?

K.Z-I: To niezwykle trudne pytanie i myślę, że gdybym znała jednoznaczną odpowiedź, byłabym dzisiaj ministrem edukacji. A tak na poważnie… Poznanie klasyki jest obowiązkowe, daje solidne podstawy, naprawdę wiele wnosi w rozwój osobowości, uczy wrażliwości i wyrabia literacki gust. A później… Nie ma jednego, złotego środka, by trafić do młodego człowieka, dlatego im więcej czytamy, im więcej punktów widzenia poznamy, tym jesteśmy bogatsi. Dlatego młodym nie radziłabym, co czytać, ale żeby w ogóle czytać. Najlepiej dużo i różnorodnie.

K.M.: A teraz zmieniając temat (tu nie będę oryginalna, ale skoro zgadzam się ze stwierdzeniem, że jesteśmy tacy, jakie są nasze książki, to zawsze zadaję to pytanie z czystej ciekawości poznanie głębiej mojego rozmówcy), jakie książki wywarły na Pani największe wrażenie?

K.Z-M: Takich książek jest oczywiście mnóstwo i ciężko mi wymienić tylko kilka. Zauważyłam też, że to, co zachwycało mnie, kiedy byłam nastolatką, kiedy uczyłam się w liceum, a później, gdy studiowałam, zdewaluowało się w życiu dorosłym. I odwrotnie. To, czego nie potrafiłam ogarnąć przed laty, dzisiaj wprawia mnie w zachwyt. Choćby pierwszy przykład z brzegu: „Stary człowiek i morze” Hemingwaya. Kto go przeczytał po trzydziestce, rozumie, jakim nieporozumieniem jest umieszczanie tego opowiadania w kanonie lektur szkolnych. Czytając „Ferdydurke” też nie rozumiałam, czym jest „upupianie” czy „gęba”, a dziś, jako dorosła kobieta, rozumiem doskonale. A wracając do pytania… Największe wrażenie i zdrową zazdrość o kunszt literacki niezmiennie wywołuje we mnie „Lolita” Nabokova – książka perfekcyjna od początku do końca. Uwielbiam też wszystko, co wyjdzie spod pióra Marqueza i Llosy. Jeśli kryminał, to skandynawski, a historia miłosna –  choć zabrzmi to trywialnie  –  to klasyka i mistrzowska Jane Austen lub siostry Bronte.  Wśród pisarzy polskich cenię Manuelę Gretkowską, niezmiennie szokuje mnie „Malowany Ptak” Kosińskiego, a ostatnio zachwyciłam się „Morfiną” Twardocha.

K.M.: I na zakończenie proszę nam uchylić rąbka tajemnicy na temat Pani dalszych planów pisarskich.

K.Z-I.: Nie lubię opowiadać o tym, co planuję, bo życie lubi weryfikować te plany, dlatego powstanie książki świętuję dopiero wówczas, gdy wydrukowaną trzymam w dłoni, ale… Mogę zrobić małe odstępstwo.  Właśnie skończyłam moją szóstą powieść – „Nie lubię kotów”. Jest to książka o swoistej niemożności dorośnięcia i o nadmiarze, przesycie, które dotknęło moje pokolenie. Teraz planuję, krótki urlop, a zaraz po powrocie siadam do pisania „Wiecznej wiosny”, w której chciałabym udowodnić, że patentu na miłość, na namiętność, nie posiadają wyłącznie młodzi, zdrowi i bogaci. Przede mną także ostatnia część „Upalnego lata”.

K.M.: Bardzo miło mi się z Panią rozmawia, mogłabym zadać Pani jeszcze ze sto pytań, ale na tym etapie muszę zakończyć nasze spotkanie. Dziękuję w imieniu Redakcji i moim, że mogliśmy gościć Pani na naszych łamach. Życzę Pani jeszcze wielu napisanych książek tak samo dobrych jak saga  „Upalne lato”.

3 komentarze

  1. Miałam okazję poznać autorkę na The Bookworm Day, Od siebie więc dodam, że do innych jej zalet należy dopisać skromność i wysoką kulturę osobistą – co wcale nie jest dziś takie znów częste.

  2. Ja też miałam okazję poznać Panią Kasię na Bookwormie w Warszawie zeszłej jesieni. 🙂 Nawet prowadziłam z nią spotkanie i potwierdzam,że to fantastyczna kobieta i bardzo się cieszę, że w końcu zagościła w Szufladzie. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *