Norman Lock – Niepamięć

0

Norman Lock

Niepamięć

dla Davida Moore’a

 

Martwimy się prezentami. Podczas bezsennych nocy obmyślamy, jak jej się przypodobać, jaki upominek najgłębiej zapadłby jej w pamięć. Nerwowo przeglądamy strony katalogów i zasoby internetu – każdy z nas we własnym pokoju, którego mrok przełamuje jedynie upiorne światło padające z ekranu komputera.

Rano śpieszymy do jej domu z uprzednio zakupionym drobiazgiem w nadziei, że jako jedni z pierwszych zapukamy do drzwi i, wpuszczeni do środka przez jej syna, wciśniemy jej w dłoń porcelanowy naparstek, szylkretowy grzebień czy butelkę jej ulubionego likieru czekoladowego, w zamian oczekując tylko jednego – by nas zapamiętała. Nie każdy odwiedza ją rankiem. Niektórzy liczą, że jako ostatni goście dnia pozostawią trwalsze wrażenie. Niewielu ma odwagę opuścić choćby jedną wizytę, zwłaszcza teraz, gdy stara kobieta jest coraz słabsza, czego potencjalne konsekwencje są żarliwie i szeroko dyskutowane. Osobiście trzymam stronę tych, którzy przewidują najgorszy scenariusz. Ale ja jestem nieuleczalnym pesymistą, jednym z „obozu czarnowidzów”, jak mawia David, który zna mnie od dziecka. Może i jego światopogląd faktycznie jest bardziej optymistyczny od mojego, ale i on nie opuścił jeszcze ani jednej wizyty, a jego prezenty zaliczają się raczej do wykwintnych.

 

Dziś rano, moknąc w strugach deszczu, poszedłem odwiedzić starą kobietę. Pozostawiwszy parasol na ganku, podążyłem do salonu za jej synem Normanem. Na stoliku, gdzie pozostawiane są ofiary błagalne, stał już dzbanek do herbaty ozdobiony wzorem w bławatki, złote pióro z butelką jej ulubionego zielonkawoniebieskiego atramentu oraz medalion z łańcuszkiem. Uśmiechnąłem się do starej kobiety i głośno wypowiedziałem swe imię, nie tylko po to, by zrównoważyć niedostatek jej słuchu, ale również by pozostawić trwały ślad w jej pamięci. Przyjmując w imieniu matki mój prezent w postaci rokokowego lusterka, Norman bez słowa umieścił go pośród innych darów. Jesteśmy mu wdzięczni, że podczas naszych odwiedzin zachowuje milczenie. Niepewni, co może ono oznaczać, chcemy wierzyć, że nie odzywa się celowo, by dać gościom matki szansę na pozyskanie jej łask. Kiedy rozmawiamy między sobą o Normanie – co czasem nam się zdarza, gdy spotykamy się w barze czy na ulicy – zastanawiamy się, czy aby na pewno on sam jest bezpiecznie zamknięty w pamięci starej kobiety. Niektórzy twierdzą, że tak, inni, że nie. Ja uważam, że nie. Bo dlaczego niby – przekonuję – zawsze widziany jest u jej boku? Mówią, że matka nim poniewiera. I rzeczywiście, niejednokrotnie obraziła go już w naszej obecności, nie przebierając zbytnio w słowach. Nadal jednak tylko się uśmiechamy, kiedy go beszta. Bo po co mielibyśmy się wtrącać? Obojętność jest w naszym interesie – a może i w interesie samego Normana. Ponownie wykrzyknąłem swe imię, wskazując zarazem na lusterko, by umysł starej kobiety połączył jedno z drugim. W odpowiedzi bąknęła kilka słów – do mnie czy do syna, nie mam pewności. Kiedy Norman wycierał chusteczką pasmo śliny spływające z kącika jej ust, skorzystałem z okazji, by otworzyć medalion i odkryłem w nim zdjęcie szeroko uśmiechniętego Davida. Pozazdrościłem mu sprytu i pożałowałem, że nie wpadłem na ten pomysł jako pierwszy. Davidowi zawsze udaje się mnie ubiec. Wyszedłem z pokoju i po chwili namysłu wróciłem z mokrym parasolem, który Norman przyjął bez słowa, ustawiając go przy kaloryferze do wyschnięcia. Po raz trzeci już tego poranka wykrzyknąłem swe imię w stronę starej kobiety.

2.

Ulice naszego miasta zaczynają przypominać pejzaż Kalkuty, w miarę jak przybywa tu ludzi rozpaczliwie pragnących uniknąć katastrofy – jeśli w odniesieniu do tego niepozornego i cichego zjawiska zastosować można słowo sugerujące chaos i wrzawę. Zawsze nam się wydawało, że następujące tu wydarzenia mają spokojny charakter, choć oczywiście możemy się mylić. Uchodźcy przybywają w jednym celu – by mieć starą kobietę w zasięgu wzroku. A raczej – by być w zasięgu wzroku starej kobiety lub jej syna. Przynoszone codziennie podarki nie mieszczą się już na stoliku i zajmują obecnie niemal każdą dostępną powierzchnię płaską w domu starej kobiety, włącznie z tymi na piętrze. Pan Armstrong, który pomógł kiedyś Normanowi wnieść na górę marmurowe popiersie Wielkiego Wyzwoliciela*, zdradził mi, że trzecia sypialnia została zamieniona w graciarnię. Wczoraj przyniosłem w prezencie stare skrzypce. Norman zabrał je na górę, zanim zdążyłem wypowiedzieć swe imię, wskazując przy tym wymownie na instrument, którego okleina – przyznać muszę – jest nieco popękana.

Nie każdy, kto przybywa do naszego miasta, ma pieniądze, by kupować prezenty. Nieszczęśnicy, którzy ich nie posiadają, widziani są przed domem starej kobiety, gdy myją okna, strzygą żywopłoty, koszą trawę czy odgarniają śnieg – zależnie od tego, jaka akurat jest pora roku. Tak jak i my, doskonale zdają sobie sprawę, że kiedy robi się dobry uczynek, nie wystarczy być widzianym – trzeba też zostać zauważonym. W szczególnie tłoczne dni ich upominające się o uwagę okrzyki zakłócają spokój sennej zwykle uliczki. Od czasu do czasu Norman podchodzi do okna i skinieniem ręki wyraża uznanie dla ich pracy, która – zwłaszcza przy niesprzyjającej pogodzie – nie należy bynajmniej do przyjemności. Kto wie, czy wymienia z imienia i nazwiska tych ciężko pracujących ludzi, kiedy znika w głębi domu, by zdać relację matce? O ile nam wiadomo, istnieje spore prawdopodobieństwo, że on też jest głuchy, a nawet niespełna rozumu. Z drugiej strony całkiem możliwe, że cechuje go szczególny rodzaj przebiegłości.

W zeszłym roku, nie chcąc się więcej poniżać bezustannym wykonywaniem pochlebczych gestów, opuściłem miasto. Dotarłem jednak nie dalej niż na drugą stronę gór, gdzie aż po zachodni horyzont rozciąga się niegdyś gęsto zaludniona równina. Wielu utrzymywało wówczas, że to zjawisko o lokalnym charakterze, i ja sam nigdy nie dałbym wiary twierdzeniom, jakoby te góry – bogate w nikiel, kadm, bar, a nawet ołów – poddać się miały władzy umysłu starej kobiety, gdybym na własne oczy nie zobaczył rezultatów. Najwyraźniej stara kobieta posiada rzadki dar telepatii, która powoduje stopniowy zanik wystawionych na jej działanie przedmiotów. Zdjęty trwogą, czym prędzej wróciłem więc do miasta i na nowo podjąłem rytuał codziennych odwiedzin. Jakimi sposobami i w jakim celu stara kobieta chroni nas przed zagładą, utrzymując nas w granicach swojej percepcji, jest dla mnie tajemnicą, nie zamierzam jednak ryzykować zniknięcia.

Creativity

Aleksander Nebel sprowadził z Estonii swoją córkę Liis po tym, jak jego żona zaginęła podczas podróży do stolicy kraju. Wielu innych mieszkańców państw nadbałtyckich również przepadło bez śladu, w miarę jak rozległe obszary wschodniej półkuli powoli odchodziły w zapomnienie. Nebel, który w swej ojczyźnie był niemałej sławy iluzjonistą, okazał się czarującym człowiekiem. Spotkałem go na głównej ulicy, gdzie w zamian za jedzenie wykonywał sztuczki kuglarskie. Zrobił coś niemal cudownego z chusteczką i zapalonym papierosem, a ja w uznaniu jego umiejętności dałem mu dwie puszki koktajlu owocowego.

– Muszę uważać – powiedział później, gdy staliśmy nad rzeką, a Liis wybierała z wody żółte kamyki. – Mogą mnie posądzić o te zniknięcia. Z uśmiechem wyczarował z powietrza srebrną estońską monetę i podał mi ją z galanterią.

– Podaruj ją jutro rano starej kobiecie – powiedziałem, oddając mu dwudziestosentówkę z wizerunkiem trzech lwów gotowych do skoku.

– Ona ma dziwną moc – odpowiedział z namysłem. – Może też zajmuje się magią.

– To nie jest magia.

– Wszystko, czego nie rozumiemy, jest magią – wyjął z kieszeni papierosa i zapalił go zwykłym sposobem. – Boję się o Liis.

– Nie sądzę, żeby była w niebezpieczeństwie. Przynajmniej dopóki jest tutaj.

– Nic nam nie grozi? – zapytał Aleksander, wypuszczając papierosowy dym kącikami ust i ukazując żółte od tytoniu zęby.

– Dopóki jesteśmy tutaj, nie – odparłem po chwili wahania.

– To po co dajesz jej prezenty?

– Na wszelki wypadek – odpowiedziałem, nie do końca przekonany, że mówię prawdę. Nikt z nas nie mógł być pewien skuteczności upominków, którymi obsypywaliśmy starą kobietę, bo nikt też nie wiedział na pewno, dlaczego jedni uniknęli zagłady, a inni zaginęli.

Jakim sposobem Aleksander i cała reszta słyszeli o istnieniu starej kobiety, nawet na drugim końcu świata? Kiedy go o to zapytałem, odparł, że wcale o niej nie słyszał. W jaki więc celu przybył do naszego miasta? Dlaczego inni, którzy przybyli z daleka i też nigdy o niej nie słyszeli, przynoszą jej dary i odprawiają najróżniejsze rytuały błagalne?

– Wyczuwamy to – odparł Aleksander. – Po prostu to wiemy.

Siedzimy z Davidem przy piwie. David jest w ponurym nastroju.

– Powinniśmy zabić Normana – oznajmia po opróżnieniu świeżego kufla i osuszeniu serwetką piwnych wąsów zdobiących jego górną wargę. Złość Davida rośnie proporcjonalnie do ilości wypitego trunku, podczas gdy rozmyśla on o swoim ojcu, który zaginął niedawno wraz z całym stanem Nowy Meksyk podczas wycieczki autobusowej po ruinach Anasazi.

Wielu wierzy, że to Norman, a nie stara kobieta, jest za to odpowiedzialny. Niektórzy nazywają go Normanem Batesem i są przekonani, że jego matka leży martwa w sypialni na górze. Ale oni nigdy nie przynosili jej prezentów, nie widzieli więc, jak siedziała na kanapie, blada i wychudzona. Nie słyszeli też, gdy mamrotała do syna niezrozumiałe słowa. To nieszczęśnicy bez grosza przy duszy, którzy harują przed jej domem, wytrwale czekając, aż Norman ich zauważy i złoży matce pochlebną relację o ich wysiłku.

– Nie sądzę, żeby to on za tym stał – mówię do Davida, który wychyla właśnie piąty kufel regionalnego piwa. – Skłaniałbym się raczej ku opinii, że Norman jest tak samo przestraszony, jak reszta z nas. Siedzi w domu i obsługuje matkę, licząc po cichu, że dzięki temu nie zniknie.

– W takim razie powinniśmy zabić staruchę – oznajmia David, ponuro wpatrując się we własne oblicze zastygłe w zaśniedziałym lustrze barowym.

W przeciwieństwie do tych, którzy wierzą, że stara kobieta potrafi czytać w myślach, ja nie sądzę, żeby miała ona wgląd w nasze prywatne rozmowy. A jednak lekkomyślność Davida mnie niepokoi.

– Dokończ piwo – mówię. – Pojedziemy wzdłuż rogatek popatrzeć na słońce zachodzące za górami.

Zachody słońca nic mnie nie obchodzą. Chcę tylko wyciągnąć Davida z baru, w którym ściany mają uszy. To głupota myśleć o zabijaniu starej kobiety. Nikt nie jest w stanie przewidzieć konsekwencji tak brawurowego postępku. Nie, lepiej już odbywać nasze codzienne pielgrzymki do jej domu i dawać jej kolejne prezenty. Albo, jeśli kogoś na to nie stać – niech choćby przystrzyże jej żywopłot czy umyje okna. Lepiej dmuchać na zimne, jak to mówią. I mają rację.

5.

Zanim dotarliśmy z Davidem do końca rogatek, zapadła noc.

– Ciemno już – mówi David, w którego głosie, na skutek zbyt dużej ilości wypitego piwa, nie ma ani śladu zdziwienia.

– Tak, ciemno – odpowiadam. W moim własnym głosie słyszę odcień zdenerwowania, jednak David już zasnął, nic o tym nie wspominając.

Ciemność jest absolutna – nie widać ani księżyca, ani gwiazd, a góry, które w zwyczajne noce odcinają się na tle nieba, oraz droga i nieużytki po obu jej stronach, całkowicie pogrążone są w mroku. Patrząc w lusterko wsteczne w kierunku, z którego przyjechaliśmy, widzę, że w mieście też nie ma światła. Jazda z powrotem jest nie do pomyślenia, więc wyłączam silnik, pod naporem ciemności zamykam oczy i próbuję zasnąć.

Oto, co mi się śni:

Aleksander idzie ulicą, trzymając za rękę Liis. Być może padało albo dopiero co wzeszło słońce – tak czy inaczej niebo i powietrze zabarwione są brązowawą poświatą. Wszystko wokół spowija mrok, gdy ojciec ciągnie za sobą małą córeczkę. Ona zdaje się opierać – nie, to za dużo powiedziane, raczej zwleka, jakby nie chciała z nim iść, jednak ostatecznie podda się jego woli. Bo czego miałaby się obawiać ze strony kochającego ojca? Przechodzą przez żelazną bramę – czarną i wysoką, podobną do tych, jakie bronią wstępu do rezydencji, sanatoriów i cmentarzy. Otwierają ciężkie wrota i po pokonaniu rzędu wytartych kamiennych schodów pukają do drzwi – na trzy głośne uderzenia odpowiada Norman, który im otwiera. Następnie widzę, jak Aleksander i Norman niosą Liis, nie stawiającą już żadnego oporu, na piętro, gdzie składają ją pośród innych ofiar błagalnych.

Nazajutrz nad miastem wschodzi słońce, podczas gdy na zachodzie, gdzie po drugiej stronie gór rozciąga się opustoszała dolina, trwa nieprzenikniona ciemność. W górach i w dolinie, które może tam jeszcze są, a może ich już nie ma.

6.

Aleksander i Liis odeszli. Jak i gdzie, nikt nie potrafi powiedzieć. Już teraz niewielu ich pamięta, a z czasem ojciec i córka zostaną zupełnie zapomniani. (To inny aspekt tego zjawiska: zapomniani nieuchronnie znikają ze świadomości tych, którzy pozostali i z całej duszy pragną przetrwać choćby chwilę dłużej. Dlatego właśnie tak kurczowo trzymamy się starej kobiety). Jestem coraz bardziej niespokojny i pełen obaw. Wczoraj zadzwoniłem do Davida, żeby powiedzieć mu o Aleksandrze i Liis, jednak on ich nie pamięta, choć mógłbym przysiąc, że przedstawiłem ich sobie pewnego poranka przed domem starej kobiety. Zastanawiam się, jak to możliwe, że pamiętam ich oboje – zarówno ojca, jak i córkę.

Przychodzę wcześnie każdego ranka, by jako pierwszy wkupić się w łaski starej kobiety – by zostać zauważonym przez nią lub przez jej syna.

7.

W szufladzie komody znalazłem dużą białą chusteczkę, a w niej garść gładkich żółtych kamieni – podobnych do tych, które zbierają się na brzegu rzeki. Nie mam pojęcia, dlaczego miałbym je tam zostawić. Co to może znaczyć?

Mniejsze państwa, a zwłaszcza te dopiero niedawno dodane do mapy świata, zniknęły – najwyraźniej ulegając tym samym ciemnościom, które pochłonęły góry po zachodniej stronie miasta i równinę za górami wraz z milionem zamieszkujących ją dusz. Ciemności, których ośrodkiem wydaje się dom starej kobiety. Miejscowa policja odcięła nasze miasto od reszty kraju, aby zapobiec dalszemu oblężeniu zatłoczonych już ulic i przestrzeni publicznej, gdzie głosy mówiących setką różnych języków i dialektów ludzi podnoszą się w przerażeniu i konsternacji.

Opuściłem swoje mieszkanie i poszedłem koczować przed domem starej kobiety. Staram się służyć pomocą i dokładam wysiłków, by sprawić dobre wrażenie na Normanie, który jest naszym jedynym łącznikiem z jej osobą – teraz, gdy nie mamy już wstępu do zasypanego prezentami domu. Zaczyna brakować jedzenia i wody. Wiatr wiejący od strony niegdysiejszych gór jest lodowaty. Nie mam pojęcia, co takiego może go chłodzić, chyba że to efekt nieustających ciemności tam panujących. Życie w ogrodzie starej kobiety jest udręką, nie zamieniłbym jednak swego miejsca na żadne inne. To dobry punkt, wyraźnie widoczny z okna kuchni. Czasem widzę Normana, jak stoi przy zlewie. Macham do niego, ale na razie mi nie odpowiedział.

Nieustanna ciemność zaczyna napierać z zachodniej strony miasta w naszym kierunku. Nikt nic nie mówi. Nikogo to nie obchodzi. Większość robi, jak im wygodnie, i nie istnieje już szacunek ani dla ludzi, ani dla ich własności prywatnej. Z wyjątkiem starej kobiety, Normana i ich domu. Nikt nie śmie wyrządzić im szkody.

Moja nienawiść wobec starej kobiety jest bezgraniczna. Wobec Normana też. David miał rację – powinniśmy byli wykorzystać okazję i zabić ich oboje.

8.

David zniknął. Będzie mi go brakowało – tak długo, aż go zapomnę. Zapewne straciłem, odczuwałem brak wielu innych ludzi, aż wreszcie ich zapomniałem, ale już tego nie pamiętam. Nie pamiętam już nikogo poza Davidem, a wkrótce zapomnę i jego.

9.

Z tłumów tego świata nie uchował się nikt poza granicami naszego miasta. Ale i nas już ubywa. Pochłania nas noc. Tych, którzy pozostali. Jeszcze trochę, a na ulicach i w parkach nie będzie żywej duszy. Nieszczęśnicy, którzy tłoczyli się niegdyś na podwórku starej kobiety, też znikną. Ustąpią pod naporem niepowstrzymanych ciemności. Tylko dom starej kobiety i jej ogród, którego nigdy nie opuszczam, nie został jeszcze odcięty od światła. W każdym razie nie całkiem, bo nawet on stoi teraz w półmroku.

Wkrótce zostanę sam ze starą kobietą i jej synem. Z całego świata ocaleje tylko nas troje. Znudzony bezczynnością, zastanawiam się, czy ostatnią osobą, która przetrwa w jej pamięci, będę ja, czy też okaże się nią Norman.

Tłumaczenie: Anna Bajor-Ciciliati

© Norman Lock

Tłumaczenie © Anna Bajor-Ciciliati

http://www.tracksandframes.com

* The Great Emancipator – tytuł powszechnie używany w odniesieniu do Abrahama Lincolna. (przypis tłumacza)

Lock_Photo-6_9-2012

Norman Lock, absolwent University of Pennsylvania i nowojorskiego Syracuse University, jest autorem licznych opowiadań, poezji, powieści (“American Meteor”, “The Port-Wine Stain”) oraz sztuk teatralnych i radiowych. Zanim przeszedł na emeryturę, pracował jako copywriter. Przez wiele lat był też nauczycielem literatury w więzieniach stanowych i federalnych. Mieszka w Aberdeen, New Jersey.

Od tłumaczki:

Lock dotyka fundamentalnych kwestii życia i śmierci, odwołując się do antycznego toposu tworzenia słowem. Konsekwencją takiego ujęcia tematu jest usytuowanie autora-stwórcy w centrum literackiej wizji, co z kolei pociąga za sobą wysoki stopień autoreferencyjności. W wysiłku ukazania ludzkiej kondycji Lock prowadzi czytelnika poprzez krajobraz w procesie dekonstrukcji. Posługując się poetyką oniryczną, kreuje efemeryczny mikrokosmos, który kurcząc się nieustannie, ostatecznie ulega zanikowi.

Podziel się

O autorze

Anna Bajor-Ciciliati

magister kulturoznawstwa UŁ, tłumaczka portugalskiego i angielskiego, publicystka. Autorka serii tekstów poświęconych kulturze brazylijskiej, opublikowanych w latach 2006-2013 na łamach "Didaskaliów" i "Formatu". Prowadzi w sieci anglojęzyczny blog filmowo-muzyczny "Tracks & Frames" (http://www.tracksandframes.com).

Odpowiedz