Norman Lock – Biuro Osób Zaginionych

0

1.

Zniknięcie żony Karla, Lydii, nie było pierwszym takim przypadkiem w mieście. Od stycznia zgłoszono co najmniej tuzin podobnych zajść – przyznał Grolsch, urzędnik odpowiedzialny za rejestrację zaginionych o nazwiskach na litery od R do Z, „choć jak na razie – dodał – nie trafił do mnie żaden przypadek na literę Z”. Grolsch był pyszałkowatym, przesadnie pedantycznym osobnikiem, do którego od razu poczułem niechęć.

tumblr_n34j8hN7pj1qdz0k8o1_1280

– Sporo trudności sprawiało nam pisanie raportów – powiedział. – Szukaliśmy słowa, które oddałoby specyficzny charakter tych zdarzeń. Próbując jakoś zdefiniować to, co wydawało się łączyć wszystkie te przypadki, zdecydowaliśmy się na wyraz gwałtownie, choć ja sam nigdy nie byłem przekonany co do tego wyboru. To termin opisowy, ale nieścisły – osoby zaginione zawsze zdają się gwałtownie znikać z pola widzenia, obojętne, czy były ostatnio widziane, kiedy kupowały właśnie gazetę bądź papierosy, szły do pracy albo w odwiedziny do przyjaciół, czy też gdy stojąc przy zlewie kuchennym, obierały akurat ziemniaki. Tak czy inaczej ci ludzie zostali wyrwani z życia, bez względu na to, jak zwyczajne były okoliczności, w których to nastąpiło. Czyż nie zgodzą się panowie ze mną?

Nie odpowiedziałem, nie chcąc utwierdzać go w jego doskonałym samopoczuciu i wysokim mniemaniu o własnej pedanterii. Karl sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie słuchał.

– We wszystkich tych przypadkach było coś złowieszczego. Niesamowitego nawet – powiedział Grolsch. – W raporcie rządowym tego rodzaju słownictwo brzmiałoby jednak śmiesznie.

2.

Wyjrzałem przez okno na ulicę przed moim mieszkaniem, próbując odtworzyć okoliczności zniknięcia Lydii. Nie powiedziałbym, że została wyrwana z życia, jak ujął to Grolsch. Nie wiązałem z jej zniknięciem żadnej przemocy. Ani Karl, który ledwo mógł o tym mówić, tak wielka była jego udręka. (Żonę darzył jeśli nie namiętnym, to na pewno głębokim i szczerym uczuciem, a kto wie, które jest trwalsze). Wręcz przeciwnie – wydawało się, że Lydia znikała stopniowo, i to nie tylko z oczu, ale i z pamięci. To poczucie, że tak się właśnie działo, mogło narodzić się w nas gwałtownie. Jeśli spojrzeć wstecz, nastąpił taki moment, kiedy Lydia nie była już tak wyraźnie obecna w naszej świadomości, jak jeszcze parę chwil wcześniej. Tyle było w tym gwałtowności. Tak się złożyło, że Karl i ja byliśmy wtedy razem w małej łodzi na zatoce. Rozsypywałem w wodzie prochy mojego ojca, który lubił tam żeglować jako chłopiec. Żaden z nas już nigdy więcej nie zobaczył Lydii.

– Pamiętam ją jak kogoś, kogo nie widziałem przez wiele lat – powiedziałem do Karla, który stał tuż za mną przy oknie. (Dałbym głowę, że markizy w bloku naprzeciwko były niebieskie!).

– Tak – odparł bez wyrazu. I wyczułem w jego głosie, że on też zaczął ją już zapominać.

3.

– Mieszkasz z kimś? – zapytał Karl, kiedy zasunąwszy żaluzje, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odciąłem pokój od popołudniowego światła.

Nie od razu zrozumiałem, o co mu chodzi.

– Kosmetyki, szampony, różowa golarka na umywalce. No i to – zademonstrował czarny włos, niczym dowód w sprawie sądowej. (Ja sam jestem posiadaczem siwej czupryny).

Raptem (tak, w tym kontekście to odpowiednie słowo) przyszedł mi na myśl owalny kształt kobiecej twarzy, który stopniowo, lecz uporczywie zaczął wypełniać się szczegółami. I kiedy obraz był już niemal kompletny, zdałem sobie sprawę, że ta twarz – wraz z kosmetykami, szamponami, różową golarką i czarnym włosem – należy do mojej żony, która – tak, teraz wiedziałem to na pewno – miała na imię Marie i którą poznałem wkrótce po tym, jak przeprowadziłem się do tego miasta.

– To rzeczy Marie – odpowiedziałem.

Tak, także i w ten sposób się to objawiało. To znaczy – nie tylko przez zapominanie. Również przez przypominanie, bo ludzie nie tylko znikali, ale i wynurzali się na powierzchnię świadomości, jak gdyby przez długi czas przebywali pod wodą. (Nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że tym pływakiem byłem ja sam… i że obrazy, które stopniowo docierały do mojej świadomości, niczym przedmioty widziane przez pomarszczone lustro wody, były produktem mojej własnej podwodnej egzystencji).

4.

Szedłem do pracy ulicą, która powinna mi być znajoma. Nie rozpoznawałem absolutnie nic. W miejscu, gdzie zwykł stać budynek biura, znajdowała się teraz pusta działka otoczona rzędem kolorowych drzwi. Otworzyłem teczkę w poszukiwaniu czegoś, co potwierdziłoby adres firmy, w której pracowałem jako inżynier budowlany – jakiś wniosek czy rysunek opatrzony pieczątką z nazwą i adresem. Znalazłem tylko grubą księgę z tabelami ubezpieczeniowymi pełnymi danych o przewidywanej długości życia przedstawicieli różnych branży i zawodów. Adres wydrukowany na pliku wizytówek wskazywał na ulicę w Chicago. Nigdy nie byłem w Chicago.

I jeszcze to: w drodze powrotnej do mojego mieszkania trafiłem w okolice rzeki, gdzie powinna się znajdować dzielnica handlowa. Była ona może nie opuszczona, ale jakby niedokończona. Wyglądała jak ruina, choć właściwie nie umiem powiedzieć, czy akurat ją budowano, czy może raczej wyburzano.

Ostatnio odczuwam przymus pośpiechu, jakbym zyskał świadomość coraz szybciej upływającego czasu.

5.

Karl i ja:

– Jechałem windą na górę i zauważyłem, że twarze ludzi wokół mnie były jakieś takie…
– No jakie?
– Jak szkice, jak zdjęcia podczas wywoływania. Niewyraźne. Niewypełnione.
– Znikają ulice, a nawet całe dzielnice.
– A potem zaczęła znikać winda. Spojrzałem w dół, na swoje stopy, i nie widziałem nic. Tylko własne buty, a pod nimi – mrok. Nicość. A kiedy znów podniosłem wzrok, wszystkie twarze były puste.
– To pewnie jakaś choroba – coś nas wszystkich wykańcza.
– Jechałem tą windą do Biura Osób Zaginionych. Chciałem sprawdzić, czy inni, którzy zgłaszali zaginięcia, opisywali… odczuwali to tak samo, jak my. Nikt nigdy nie słyszał o Grolschu.
– Grolschu?

6.

Marie pisze na klawiaturze. Pisze bez ustanku. Dlaczego? Co takiego pisze? Zapytałem ją, ale nie odpowiada. Patrzy na mnie, jak gdyby się właśnie na coś decydowała. Pisze dzień i noc. Nie przypominam sobie, żeby robiła to wcześniej podczas naszego wspólnego życia. Wspomniała wczoraj, że pobraliśmy się dopiero niedawno. Że poznaliśmy się na ścieżce rowerowej w Central Parku. Ona zraniła się w kostkę, a ja zatrzymałem się, żeby jej pomóc. Zaprzeczyłem. Powiedziałem, że poznaliśmy się na Festiwalu Filmowym Tribeca. Nie mam roweru. A nawet gdybym miał, nie sądzę, żebym jeszcze umiał na nim jeździć.

– Za ciężko pracujesz – odparła.
– Wcale nie pracuję. Biuro jest zamknięte.
– Zamknięte? – spojrzała na mnie z zainteresowaniem jubilera, który bada nietypowy kamień pod szkłem powiększającym.
– Na to wygląda, bo nie mogę go znaleźć.

7.

Karl nie żyje. Odszedł niespodziewanie. Zmarł na zator w metrze, czekając na metro linii Q. Jego matka mieszka w Brighton Beach, w okolicach oceanarium. Wczoraj wsiadłem w pociąg, który powinien zawieźć mnie w okolice domu pogrzebowego na Ocean Parkway. Chciałem oddać Karlowi hołd. Pociąg dojechał tylko do Manhattan Bridge i z niewyjaśnionych przyczyn powrócił do Midtown. Nie miałem pojęcia – ani nawet wrażenia – że zawracał do miasta (pomyślałbym, że to niemożliwe). Jednak kiedy osiągnął najdalszy punkt, poczułem, jakby świat się przede mną zapadał. Zanikał – wrażenie, jakie na mnie robił, malało. Było dokładnie tak, jak w opowieści Karla o jego wyprawie do Biura Osób Zaginionych. Tego wieczora zadzwoniłem do matki Karla. Kobieta, która odebrała telefon, nigdy o nim nie słyszała.

Rano poszedłem zgłosić zaginięcie Karla (bo tak to chyba trzeba nazwać, skoro nie ma po nim śladu). Jednak według właściciela agencji prasowej na parterze w tym budynku nigdy nie było Biura Osób Zaginionych.

8.

Całymi dniami leżę w łóżku, a z pokoju obok dobiega do mnie subtelny stukot klawiatury Marie. Myślę, jakim jestem szczęściarzem, że przyszło mi umierać w epoce zaawansowanej technologii – hałas staromodnej maszyny do pisania, z klawiszami trzaskającymi niczym kastaniety i dzwonkiem oznajmującym koniec każdej linijki, dawno by mnie wykończył.

Po obiedzie, który Marie przynosi mi do łóżka na tacy, jak godzi się choremu człowiekowi, zebrałem w sobie resztki sił i dokuśtykałem do szuflady biurka, gdzie Marie trzyma swoje rękopisy. Wyszła na spotkanie z wydawcą i nawet nie próbowała ukryć przede mną swojej pracy – teraz, gdy jestem od niej całkowicie zależny.

Czytam rozrastające się bujnie strony jej powieści, zwracając szczególną uwagę na gąszcz odręcznych zmian, które wprowadziła na marginesach i pomiędzy liniami wydruku. Nie mogę się nadziwić licznym i różnorodnym poprawkom. Postaci, które wydawały się istotne, stopniowo tracą na znaczeniu, aż wreszcie zostają usunięte albo przekształcone w całkiem inne osoby. Ulice, dopracowane w każdym szczególe, włącznie z kolorem markiz nad chodnikami, są likwidowane albo modyfikowane w taki sposób, by pasowały do najnowszych rozwiązań fabularnych. To już trzydzieści stron, odkąd Karl został wyeliminowany zdecydowanym pociągnięciem czerwonego tuszu. Ciekawe, jak długo jeszcze potrwa, aż moje imię także zostanie wykreślone.

Tłumaczenie: Anna Bajor-Ciciliati

© Norman Lock
Tłumaczenie © Anna Bajor-Ciciliati

http://www.tracksandframes.com

Lock_photo

Norman Lock, absolwent University of Pennsylvania i nowojorskiego Syracuse University, jest autorem licznych opowiadań, poezji, powieści (“American Meteor”, “The Port-Wine Stain”) oraz sztuk teatralnych i radiowych. Zanim przeszedł na emeryturę, pracował jako copywriter. Przez wiele lat był też nauczycielem literatury w więzieniach stanowych i federalnych. Mieszka w Aberdeen, New Jersey.

Podziel się

O autorze

Anna Bajor-Ciciliati

magister kulturoznawstwa UŁ, tłumaczka portugalskiego i angielskiego, publicystka. Autorka serii tekstów poświęconych kulturze brazylijskiej, opublikowanych w latach 2006-2013 na łamach "Didaskaliów" i "Formatu". Prowadzi w sieci anglojęzyczny blog filmowo-muzyczny "Tracks & Frames" (http://www.tracksandframes.com).

Odpowiedz