Musimy porozmawiać o „Ninie” (2018) Olgi Chajdas

0

776178_1.1

Nina – pełnometrażowy debiut reżyserski Olgi Chajdas – właśnie weszła do kin studyjnych. Film został nagrodzony Złotym Pazurem w konkursie Inne Spojrzenie na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jest to jeden z tych nielicznych polskich obrazów filmowych, które znakomicie wpisują się w aktualne trendy światowego kina. Ninę można postawić w jednym szeregu z takimi filmami jak: Tamte dni, tamte noce (2017, reż. Luca Guadagnino), Dobre maniery (2017, reż. Marco Dutra, Juliana Rojas), Thelma (2017, reż. Joachim Trier) czy Nieposłuszne (2017, reż. Sebastián Lelio). Wszystkie wymienione wykorzystują queerowe pożądanie, aby mówić o czymś innym: dorastaniu, samotności, walce o autonomię, wyalienowaniu czy – jak Nieposłuszne i Nina – zmaganiu się ze społecznymi oczekiwaniami i zinternalizowanymi konwenansami. Te dwa dzieła aż proszą się o porównanie. Opowiadają bowiem bardzo podobne historie i poruszają te same tematy: mężatka w pozbawionym miłości małżeństwie spotyka kobietę, która wywraca jej życie do góry nogami, a nowoodkryte pożądanie uczy ją czegoś o sobie i daje siłę do szczerej odpowiedzi na pytanie, czego właściwie pragnie. Tematem obu filmów jest wpływ społecznej presji na nasze postrzeganie siebie. Ale jeden z nich został  wyreżyserowany przez kobietę i zdecydowanie wpływa to jakość powstałego dzieła. Nina jest tym wszystkim, czym Nieposłuszne nie są – dopracowanym, czy wręcz dopieszczonym, wysublimowanym obrazem o naturze pożądania, gwałtownych emocjach i docieraniu do jądra własnej tożsamości, zakopanego pod mieszczańskimi konwenansami. Wszystko w tym filmie zachwyca: gra aktorska, dialogi, dramaturgia, gra z konwencją i stereotypami oraz realizacja obrazu i dźwięku. Jest to dzieło, które w znakomity sposób uniwersalizuje queerowe pożądanie, przedstawiając je jako ludzkie doświadczenie, unikając przy tym wielu pułapek i problemów związanych z kinem queerowym czy lesbijskim. Nie jest to jednak film łatwy. Zmusza odbiorców do spojrzenia na własne życie z podobnej perspektywy, do jakiej dojrzewa tytułowa bohaterka, i zadania sobie fundamentalnego pytania: czego właściwie pragnę?

Nina (Julia Kijowska) i Wojtek (Andrzej Konopka) od lat bezskutecznie starają się o dziecko. Ich małżeństwo przechodzi kryzys, wyczerpane walką, jaką małżonkowie toczą od dłuższego czasu. To, co trzyma ich razem, to bardziej siła rozpędu niż pragnienie spędzenia razem życia. Los czy przypadek stawia na ich drodze Magdę (Eliza Rycembel), potencjalną surogatkę. Magda jest niemal stereotypową lesbijką. Pije, pali, uprawia przygodny seks, stroni od bliskości i przejawia wiele autodestrukcyjnych zachowań. Ale wie, kim jest i czego chce, a to więcej niż można powiedzieć o Ninie, porządnej i pozornie poukładanej nauczycielce francuskiego w prywatnym liceum. Romans z Magdą zmusza Ninę do skonfrontowania się z życiem, które sobie ułożyła, przy okazji gubiąc w nim siebie. Tytuł ma tu wielkie znaczenie – Nina stanowi centrum filmu. Nie tylko dlatego, że jest obiektem uczuć dwójki pozostałych bohaterów, ale przede wszystkim ze względu na to, że próbuje odnaleźć siebie. Tytuł można by sformułować inaczej: Gdzie jest Nina albo W poszukiwaniu Niny. Podejmując temat macierzyństwa, związków i pożądania, film Olgi Chajdas opowiada tak naprawdę o tożsamości i o tym, jak łatwo ją utracić pod wpływem presji i oczekiwań. Bohaterka szuka odpowiedzi na pytanie, kim tak naprawdę jest – nie tylko w relacji w innymi, ale sama dla siebie– i czy dalej jest coś takiego jak Nina, kiedy zostanie wyrwana z otoczki relacji. Film stanowi też przewrotną grę na schematach – stereotyp lesbijki i środowiska queerowego podany jest z przymrużeniem oka, a standardowy motyw trójkąta małżeńskiego i zdrady ulega rozkładowi dzięki zmianie wektora pożądania na miłość pomiędzy kobietami. To nagromadzenie tematów i znaczeń owocuje wciągającym, poruszającym i interesującym dziełem, które ogląda się z zapartym tchem.

nina-olga-chajdas-2018-08-16-008

Na poziomie treści największe znaczenie mają relacje pomiędzy postaciami. Są wieloznaczne, skomplikowane, konstruują całą spiralę odniesień. To, co w małżeństwie Niny i Wojtka byłoby zwyczajowo wyrazem uczuć – wyznania, pieszczoty – wydaje się konwencjonalne właśnie. Wyznania mają rutynowy charakter, powtarzanie „kocham cię” stanowi zaklęcie, które ma przegonić smutną prawdę o wypaleniu związku. Momentem prawdziwej czułości jest ten, kiedy Nina wręcza mężowi uzbierane w ciągu dnia monety dwuzłotowe. Wojtek zaniesie je ojcu do szpitala, aby obłożnie chory człowiek mógł włączyć sobie telewizor na sali. Jest coś niezwykle uroczego w tym prostym geście, w pamiętaniu o tym, że chory teść potrzebuje drobnych. Ich małżeństwo ma też w sobie coś z relacji opiekuńczej. Nerwica Niny widoczna jest już od pierwszego ujęcia, w którym ta postać pojawia się na ekranie. Jej wyczerpanie, stres, to, jaka jest spięta, przejawia się w wyprężonej postawie, nerwowych ruchach i zachowaniu. Nina jest jak sarna, która wbiegła na jezdnię i na sekundę przed zderzeniem z autem zastygła w nieruchomej pozie. Wojtek stwierdza wręcz, że sądził, iż żona się bez niego rozpadnie. W rzeczywistości to on potrzebuje roli opiekuna – pełnionej wobec ojca i Niny – aby spajać swoją osobowość, i to jemu grozi rozpad. Nawet upragnione dziecko pełni podwójną rolę w ich małżeństwie, jest tym, co trzyma ich razem, łączy jako parę, ale też niszczy od środka, jak rakowata narośl w jałowym łonie, karykatura życia, które mogłoby się urodzić.

Związek Niny i Magdy to nie tylko ilustracja tezy, że przeciwieństwa się przyciągają. W pewien sposób wątek ten wraca do tradycyjnych psychoanalitycznych narracji na temat lesbijstwa jako zaburzenia relacji z matką– obiektem pożądania, ale bawi się nimi i je przekracza. Nina widzi w Magdzie nie tylko potencjalną córkę – są fizycznie podobne i Magda jest o wiele młodsza – ale też przyszłą matkę swojego dziecka. Macierzyństwo, czy też opiekuńczość, staje się w tym filmie modelową, pierwotną relacją. Miejscem schronienia Niny jest instalacja Rodzisko Natalii Błażuk, przygotowana specjalnie na potrzeby filmu. To niemal fantazmatyczna przestrzeń łona, do której bohaterka ucieka, aby odpocząć od siebie – takiej, jaką jest dla innych. To miejsce, gdzie nie musi być nikim, a więc nie musi nic udawać. Miejsce wytchnienia. Dla Magdy Nina jest kolejną mężatką, z którą można bezpiecznie romansować ze świadomością, że to związek bez przyszłości, coś, co nie grozi bliskością i intymnością. Magda uchyla się od oczekiwań innych przez to, że nie dopuszcza do siebie ludzi. Niespodzianką dla niej samej musi być to, że w końcu dopuszcza Ninę do siebie, pozwala jej się „rozbroić”. W jakiś sposób jej emocjonalny pancerz i całkowita bezbronność Niny spajają się ze sobą. Julia Kijowska i Eliza Rycembel doskonale oddały tę trudną do opisania, wymykającą się słowom chemię pomiędzy postaciami. Bardzo wiele dzieje się na ekranie między Niną i Magdą, nawet gdy nie ma bezpośredniej interakcji. Sama obecność tych postaci w kadrze tworzy napięcie. Jest w tym lgnięcie do siebie, ale i rezerwa, fascynacja i pogarda, a wreszcie prawdziwa eksplozja namiętności. Pomiędzy kwestiami ich spojrzenia odmalowują całe krajobrazy emocji, a gesty tworzą własny teatr znaczeń. Rycembel jest niezwykle przekonująca w swojej roli, pokazuje doskonałe połączenie zadziorności i bezbronności, które jest bardzo ludzkie, a Kijowska jest wręcz zjawiskowa i z trudem można oderwać od niej wzrok. Także dzięki aktorkom ten film jest tak wielkim przeżyciem dla odbiorców.

Jest to też jeden z nielicznych filmów, w których seks ma znaczenie. Każda scena erotyczna niesie ze sobą komunikat, charakteryzuje postać, popycha akcję do przodu. Seks stanowi ważny element fabuły. To, jaki seks jest uprawiany, w jaki sposób, kto dotyka, a kto jest dotykany, ma wielkie znaczenie. Żadna para nie uprawia seksu tak samo. Zabawne jest nawet oglądać, jak Nina wykorzystuje fizyczną bliskość, aby manipulować Wojtkiem, podobnie jak Magda manipuluje podrywanymi dziewczynami. Może tylko z pozoru bohaterki nie są do siebie podobne. W rzeczywistości łączy je dużo więcej niż samo zagubienie w świecie, w którym trudno znaleźć dla siebie miejsce.

nina-photo

Nie jest to kino lesbijskie w znaczeniu filmu o byciu lesbijką. Jest heteronormatywna rzeczywistość, ale nie ma martyrologicznych narracji. Brakuje również eskapistycznego wymiaru lesbijskiej utopii, w której homofobia nie istnieje. Rzeczywistość nie jest tu czarno-biała. Owszem, heteronormatywna, mieszczańska moralność straszy z każdego kąta. Ale pokazano też bogaty, różnorodny świat queerowych kobiet, które imprezują, uprawiają sporty, tańczą, kochają się i wychowują razem dzieci. W tym sensie jest to bardzo lesbijski film – queerowe kobiety królują na ekranie. Tematem dzieła Olgi Chajdas nie jest jednak odkrywanie przez Ninę jej seksualnej tożsamości czy historia coming outu tej bohaterki. To opowieść o doświadczeniu, które nie pozwala się łatwo zaszufladkować. Siostra bohaterki uparcie dąży do takiej klasyfikacji, pytając „Czyli jesteś teraz bi? Jesteś lesbijką? Jak mam to nazywać?”. W tym dążeniu jest coś rozpaczliwego i karykaturalnego. Nina odpowiada po prostu: „jestem Magdoseksualna”. Etykietki mogą mieć ogromną wyzwalającą moc, kiedy pomagają nam zrozumieć samych siebie. Ale problemem Niny jest to, że każde jej zachowanie od bardzo dawna było szufladkowane – jako córki, nauczycielki, żony, bezpłodnej kobiety. Dla niej wyzwalające i upodmiotowiające jest to, że po raz pierwszy nie musi nazywać tego, co czuje. Może po prostu być i przeżywać. W ten sposób doświadcza siebie. W ten sposób film Chajdas opowiada także o wyjściu poza narzucane nam narracje społeczne i kulturowe. Czy Nina musi nazywać to, przez co przechodzi? Czy romans z Magdą jest jednorazowym wydarzeniem, czy też będzie miała inne kochanki? Nie możemy tego wiedzieć. Ważne jest, że poprzez tę namiętność Nina dowiaduje się czegoś na swój temat i zyskuje siłę, aby zmienić życie, które od dawna prowadzi z wygody, a nie z przekonania. Dlatego też nazwa nie ma znaczenia. Co nie znaczy, że bez znaczenia jest to, że romans rozgrywa się pomiędzy kobietami. Nina to także ważna wypowiedź na temat kobiecości, gdzie to, co biologiczne, i to, co kulturowe, splata się w kolejny skomplikowany węzeł gordyjski znaczeń. Film pozostawia przy tym sporą swobodę interpretacyjną odbiorcom co do tego, jakie znaczenie mają jego poszczególne elementy w kontekście całości. Jaki charakter ma to fantazmatyczne i fizyczne łono? Jaka jest struktura i natura relacji pomiędzy bohaterkami? Czym jest tożsamość? – to otwarte pytania stawiane widowni.

Dbałość o techniczny aspekt filmu uczynił z niego dzieło totalne, doskonały splot  środków wizualnych i dźwiękowych. Każdy dźwięk i ujęcie mają znaczenie i przekładają się na sposób rozumienia historii. To też jeden z powodów, dla których warto obejrzeć Ninę w kinie. Chociaż to kameralne i intymne doświadczenie, duży ekran i dobry system nagłaśniający pozwolą w pełni docenić walory tego filmu. Ścieżka dźwiękowa staje się tutaj krajobrazem dźwiękowym. Takie odgłosy jak pocieranie włosów, tykanie zegara czy oddechy tworzą drugi wymiar filmu, przenosząc go z ekranów w świat odbiorców. To, co w filmie najbardziej ulotne, czyni z niego coś namacalnego. Muzyka Andrzeja Smolika nabiera organicznego charakteru, naśladując rozedrganie wewnętrzne bohaterek, rytm ich oddechów, puls. Dźwięk przechodzi pomiędzy scenami, łącząc je w większą całość. Chajdas i operator filmu, Tomasz Naumiuk, zasadniczo popisują się swoją techniczną sprawnością. Ujęcia są nietypowe, pozycja kamery często niekomfortowa dla widza, przez co obserwujemy postaci za pośrednictwem kolejnych warstw, odbić i szyb. Pod względem wizualnym Nina oddaje ten unikatowy walor starych fotografii, pewną chropowatość wykończenia. Nie tylko zmusza to odbiorcę do większego skupienia, ale też przekłada się na konstrukcję postaci i atmosfery. Ujęcia pogłębiają doświadczenie izolacji i alienacji, samotności bohaterów, podkreślają, jak trudno jest budować intymność w relacjach z innymi i że nawet z tym przeżyciem często jesteśmy sami. Dzięki temu jest to także film, który można oglądać wiele razy, wręcz zachęca do powtórnego odbioru i wychwytywania kolejnych szczegółów. Z pewnością jest to film, do którego będę wracać, i nie wątpię, że za każdym razem odnajdę w nim coś nowego. Nina to dzieło, którego się doświadcza, emocjonalne i intelektualne, szczere i wyrafinowane, bezpretensjonalne. Oglądanie tak sprawnie wykonanego i ciekawego polskiego filmu było odświeżającym doznaniem i mam nadzieję, że informacja o Ninie nie zginie w medialnym szumie wokół Kleru Wojciecha Smarzowskiego. Tej jesieni kino oferuje więcej niż jeden polski film, który warto zobaczyć.

Tytuł: Nina

Reżyseria: Olga Chajdas

Scenariusz: Olga Chajdas, Marta Konarzewska

Dystrybucja: Film It

Premiera: 5 października 2018

Podziel się

O autorze

Aldona Kobus

(ur. 1988) – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, doktorka literaturoznawstwa. Autorka "Fandomu. Fanowskich modeli odbioru" (2018) i szeregu analiz poświęconych popkulturze. Prowadzi badania z zakresu kultury popularnej i fan studies. Entuzjastka, autorka i tłumaczka fanfiction.

Odpowiedz