Marsylianka

Wytoczyłyśmy się z Beatką z pociągu o siódmej rano, przecierając oczy ze zdumienia. Przejechałyśmy ponad 800 kilometrów w trzy godziny z małym hakiem i w ogóle nie chciałyśmy w to uwierzyć.Podróż zleciała w mgnieniu oka, które przymknęłyśmy przecież tylko na chwilę jeszcze w Paryżu, wsiadając w TGV o jakiejś barbarzyńskiej porze. Wszystko to trwało stanowczo za krótko jak na podróż, jeśli chcecie znać moje zdanie.

Dworzec w Marsylii przypominał wszystkie dworce świata. Trochę bezdomnych, trochę mało sympatycznych typów z kolczykami w uszach, trochę gołębi. Wokół tanie hoteliki i „salony masażu”, nachalni taksówkarze i zawinięte w siedem spódnic Cyganki. Pachniało frytkami i gorącym olejem. Niemrawo podreptałyśmy w stronę morza.

Na chodniku przy Vieux Port akurat kończył się targ. Rybacy ubabrani w szmalu i skorupkach małż wyładowywali drobnicę z sieci wprost na beton. „Żadnych zdjęć!” – zamachał rękami jeden z nich, ubrany w żółto-niebieski kombinezon, i skierował w naszą stronę szlauch z wodą. Jego towarzysze byli nastawieni mniej bojowo; wyglądali raczej na znudzonych, popalali papierosy, podśmiewali się pod nosem  i patrzyli w dal. Nie miałyśmy tam czego szukać. Poszłyśmy dalej.

Marsylia nie przypominała słonecznego kurortu. Był maj, ale niebo zaciągnęło się chmurami, zaczął padać drobny deszcz. Starówka świeciła pustkami. Mieszkańcy, o ile w ogóle istnieli, pochowali się w kolorowych kamienicach i ani myśleli wyściubiać nosy na zewnątrz. Może czekali na słońce. Włóczyłyśmy się bez celu po wąskich uliczkach, pilnowanych niemal na każdym rogu przez kamienne Matki Boskie. Czasem pod nogami śmignął nam kot.

Dopiero gdy zaczęło burczeć nam w brzuchach, uprzytomniłyśmy sobie, że jest wczesny poranek i zamiast łazić bez celu po wyludnionym mieście, warto byłoby coś zjeść. Chociaż była raczej pora śniadania, ja marzyłam o słynnej bouillabaisse, gęstej zupie czy raczej potrawce z warzyw, ryb i owoców morza. To było jednak marzenie ściętej głowy, bo jak się okazało, prawdziwa bouillabaisse kosztowała tyle, że nasz skromny budżet nie zniósłby tego. Skończyło się więc – jak to zwykle w podróży bywa – na kebabie (ale popitym czerwonym winem).

Na szczęście kilka godzin później odnalazł nas Younis – przyjaciel kolegi znajomego Beatki, u którego miałyśmy nocować. Własnoręcznie przyrządził nam porządny obiad, a potem najedzeni i szczęśliwi pojechaliśmy na szczyt wzgórza wznoszącego się nad miastem, gdzie stoi bazylika Notre Dame de la Garde. „Kościół jak kościół” – pomyślałam, chociaż wnętrze robiło wrażenie. Najważniejsze, że w końcu wyszło słońce!

Younis pracował w porcie przemysłowym, jednym z największych w Europie, do którego wpuszczał lub z którego wypuszczał statki. Szalenie nam to imponowało. Jeszcze większe wrażenie zrobiło na nas to, że znał wszystkie knajpy, bary, kawiarnie i puby na nabrzeżu i chyba wszystkie nam pokazał. A przynajmniej tak wydawało mi się następnego dnia, gdy oddałabym wszystkie talerze bouillabaisse na świecie za dwie aspiryny i sok z kiszonych ogórków.

Ale w końcu przyjechałyśmy zwiedzać. W planach miałyśmy jeszcze Awinion i Montpellier, pola kwitnącej lawendy i calanques – skalne formacje wystające z morza, czasami zwane śródziemnomorskimi fiordami. Najpierw jednak punkt obowiązkowy – plaża. Woda zimna, na brzegu 0 (słownie: zero) ludzi. Coś pięknego. Zwłaszcza gdy dodać do tego majaczące w oddali sylwetki flamingów, przechadzających się dumnie po mokradłach parku Camargue.

Calanques też zresztą były, jak mówił Younis, très cool. Idealne miejsce na randkę, jeśli mnie spytacie. Wysepki wyrastające z morza o chropowatej powierzchni przypominającej strup i cielska pasażerskich promów, leniwie unoszące się na wodzie między nimi. Było tak pięknie, że miałam ochotę zaśpiewać Marsyliankę. Co też z Beatką uczyniłyśmy, podczas gdy Younis pukał się w czoło. Allons, enfants de la patrieeeee!…

I to chyba ten obraz poszarpanych skał, zachodzącego słońca i ciemnych sylwetek na tle nieba przy francuskim hymnie śpiewanym à cappella zabrałam ze sobą do domu. Uwierzcie mi, jest o wiele trwalszy niż tradycyjny woreczek suszonej lawendy.

tekst i zdjęcia: Joanna Kocik

1

1. Stary Port, godzina 7 rano

2
2. Czyszczenie sieci

3
3. Matka Boska Od Pianina

4
4. Pęknięcie

5
5. Stare Miasto w Marsylii

6
6. Matka Boska Oburęczna

7
7. W końcu wyszło słońce!

8
8. Zachód słońca nad Calanques

9
9. Beatka i Younis

10
10. Uliczki starego miasta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *