Loch Scarland

Początek mojej pierwszej samotnej ingmarskiej jesieni był nienaturalnie mglisty. W poranki i wieczory szarość płynąca ulicami miasta niechętnie rozchylała się pod naporem ciał przechodniów i zaraz zamykała się za ich plecami. W wilgotnym półmroku dał się słyszeć tylko szum morza, którego niewidoczne fale ciągle spokojnie uderzały o brzeg.

W przywiezionych z Nort książkach znalazłam lochscarlandzkie legendy w starym opracowaniu Lüvkrafta. W pokoju o wielu oknach, teraz szczelnie zasnutych mgłą, wertowałam księgę, skupiając się na ilustracjach. Ojciec opowiadał mi te historie wielokrotnie, za wyjątkiem tej, która w znalezionej księdze zajmowała najwięcej miejsca; nigdy nie mówił o Żabibrzuchu, rzecznym potworze.

Wczesnym wieczorem znalazłam ojca w gabinecie mojej matki. Stał przy jednym z okien, obserwując języki nadmorskiej mgły wdzierające się na plażę. Kiedy pokazałam mu księgę, uśmiechnął się i powiedział:

– Mój ojciec czytywał mi je przed snem. Nauczyłem się ich wtedy prawie na pamięć.

– Dlaczego nigdy nie opowiadałeś mi o Żabibrzuchu? – zapytałam.

– Dlatego, że ta legenda jest dla mnie zbyt straszna – odparł, nadal uśmiechając się spokojnie.

– Nie jest straszniejsza od pozostałych – stwierdziłam. – Wszystkie opowiadają o potworach przywołanych przez złych ludzi lub Innych i o tym, jak zostały pokonane przez króla Karibannèna. Żabibrzuch został uwięziony na wieki w lodowej twierdzy. Wygląda naprawdę koszmarnie. Olbrzymia ropucha z ostrymi kłami i mackami, fuj.

Ojciec długo wpatrywał się w ilustrację, którą mu pokazałam.

– Linnaliln – powiedział, uśmiechając się i przytulając mnie łagodnie. – Nie chcę poświęcać ostatniego dnia, jaki mogę z tobą spędzić, na historie, które mogłyby ci odebrać dobry sen.

Za każdym razem, gdy musiałam się z nim rozstawać, robiło mi się zimno. Wtedy jeszcze trudno było mi zrozumieć, że była to wysoka cena, jaką ojciec płacił za miłość do mojej matki; cena, jaką wszyscy płaciliśmy za bycie rodziną. Zgodnie z umową zawartą przed moim urodzeniem, przez pół roku mogłam przebywać z moim ojcem, królem Nort; przez kolejne pół, do osiągnięcia pełnoletniości i przejęcia obowiązków księżnej Ingmaru, musiałam mieszkać w tym kraju bez możliwości widywania się z nim. Gdy byłam dzieckiem, moja matka, księżna regentka Liln, zostawała ze mną, od czasu do czasu odwiedzając Nort. Tym razem, ze względu na swój stan, została na granicy, w Portes-des-Orange.

– Jeśli będziesz miała jakikolwiek problem, idź do doktora Sørena – mówił mi na pożegnanie ojciec. – Za dwa miesiące będzie musiał wracać do Nort, ale przyślę ci brata Celesta. A potem Rafaela Gabriela.

– Uściskaj ode mnie mojego brata, gdy już się urodzi – powiedziałam.

– Nadal jesteś pewna, że to będzie chłopiec? – zaśmiał się.

– Ciotka Johanna twierdzi, że na pewno chłopiec.

Johanna nie była naprawdę moją ciotką, tylko bratanicą mojego ojca. I była Inna. Wtedy nie znałam jeszcze jej historii, ale wiedziałam, że w jej żyłach płynęła krew wampirów. Wiele osób z naszego otoczenia, zwłaszcza Nortan, czuło przy niej jakiś pierwotny strach, ja jednak nigdy nie unikałam spotkań z nią, mimo iż czasem zachowywała się dziwnie. Doktor Søren mówił, że to przez jej niestabilne zdolności. W jednym roku potrafiła czytać w myślach; w innym traciła dar jasnowidzenia i zaczynała przesuwać przedmioty na odległość; jeszcze kiedy indziej wyglądała i zachowywała się jak człowiek. To właśnie Johanna, która od urodzenia była niema, nauczyła mnie sekretnego języka. Coś, czego słowami nie dawało się wyrazić, w nim było oczywiste. Czasem jednak można się było dowiedzieć rzeczy tak strasznych, że robiło się zimniej niż w nortańską noc.

Gdy mój ojciec wyjechał, a ja oswoiłam się z porządkiem życia na ingmarskim dworze, przypomniałam sobie o Żabibrzuchu. Zabrałam księgę z opowiadaniami Lüvkrafta do Johanny i zapytałam, czy potwór rzeczywiście istniał. Johanna nie odpowiedziała wprost. Dużo wcześniej porzuciła ludzkie sposoby myślenia. Patrząc na obraz wielkiej, oślizgłej ropuchy, skrzywiła się niemal ze złością. W sekretnym języku zaczęła mówić o czasach, w których ludzi już nie było i jeszcze nie było. Nie rozumiałam tego, więc nakreśliła w moim umyśle coś w rodzaju wielkiego kręgu. Ludzie pojawiali się w nim i znikali. Przez wiele tysiącleci żaden z nich nie chodził po ziemi, po czym nastawały całe wieki ich dominacji. Johanna widziała lub miała dostęp do świadomości kogoś, kto widział, jak wielkie i przerażające potwory, które przybyły z gwiazd, budzą się i sieją zniszczenie. Całe cywilizacje zostały zmiecione z powierzchni ziemi. Ludzie byli zbyt słabi, by walczyć z bestiami; jedynymi istotami, które mogły stawić im czoła, byli Inni. Walk prowadzonych z Dawnymi Istotami przez wampiry, wilkołaki, wygrzebańców i inne rasy nie oglądało ludzkie oko. Ludzie wrócili dopiero wtedy, gdy bestie zostały albo zmuszone do ucieczki, albo uwięzione pod wodami, lodem i w górach. Na koniec Johanna, patrząc ponownie na ilustrację, przekazała mi jedno słowo: Golgoroth.

– Johanna twierdzi, że to nie król Karibannèn przegnał Żabibrzucha z Loch Scarland, tylko Inni – powiedziałam, pokazując doktorowi Sørenowi zbiór lochscarlandzkich legend. – Może mi pan to wyjaśnić?

– Lüvkraft, hm – zaśmiał się Søren, który był półwampirem. – Mityczny baśniopisarz. Wie księżniczka, co znaczy słowo „mityczny”?

– Wiem – odpowiedziałam dumnie. – To znaczy, że nie istniał?

– Może istniał, a może nie. Nie wiadomo. Myślę, że brat Celest będzie mógł księżniczce powiedzieć na ten temat więcej.

– Więc nie wie pan, czy mój ojciec kiedykolwiek widział Żabibrzucha?

– Wiem, że w Loch Scarland, gdzie Linnamèn poznał brata Celesta, król rozwiązywał kiedyś zagadkę, w której pojawiało się nawiązanie do tej legendy. Ale nie znam szczegółów.

– A to, co powiedziała mi Johanna…?

– Dynastia Karibannèna nie mogła walczyć z podobnymi potworami. Wojny te, jeśli w ogóle toczyły się na tym świecie, bo możliwe, że w jakiejś innej rzeczywistości lub jej równoległym wymiarze, miały miejsce na długo przez pojawieniem się nortańskich królów. Inni nie spisują kronik i nie uprawiają historii w ludzkim rozumieniu – wyjaśnił – Nie znaczy to jednak, że nie wiemy nic o przeszłości. Być może słyszała już księżniczka, że jednym z największych problemów Innych jest to, że nie wiedzą, skąd się wzięli. Żadne badania i żadna wiedza nie są ich w stanie przybliżyć do odpowiedzi na to pytanie. Kiedy wpatrujemy się w te najodleglejsze warstwy czasu, widzimy tylko mrok pełen czegoś straszniejszego niż najgorszy koszmar, czegoś bardziej Innego niż my. Nikt nie może patrzeć w ten mrok zbyt długo, nie popadając w szaleństwo.

– Oczywiście są różne teorie. Jedna z nich mówi, że Inni narodzili się właśnie wtedy – doktor Søren wskazał na ilustrację przedstawiającą Żabibrzucha – W czasach mitycznych wojen z Przedwiecznymi. Może powołali nas do istnienia ludzie niezdolni sami walczyć z tymi, którzy przybyli na tę planetę Bóg jeden wie ile ludzkich cyklów wstecz. A może stworzyły nas Dawne Istoty, a my zwróciliśmy się przeciwko nim? A może nie stworzyli nas ani ludzie, ani Przedwieczni? Może byliśmy tu od zawsze, tylko uaktywniliśmy się w czasie apokalipsy? Pomiędzy tymi czasami a momentem, w którym po ziemi znowu zaczęli chodzić ludzie, minęło wiele wieków ciemności i samotności. My, Inni, wyszliśmy z nich na wpół świadomi siebie, ze strzępami wiedzy o przeszłości, niekoniecznie swojej. Nasze umysły są powiązane, nie zawsze jednak da się ustalić, do kogo należy jaka myśl i jakie wspomnienie.

Od czasu tej rozmowy wyobrażałam sobie, że jakaś część mnie patrzy w ciemność, z której dobywa się nieludzki głos. Nie bałam się – po latach spędzonych w towarzystwie Innych byłam oswojona z różnymi sposobami postrzegania. A jednak w moich ówczesnych snach było coś hipnotycznie przerażającego. Wtedy Johanna zaczęła mnie częściej odwiedzać. Wpatrując się w noc błyszczącymi oczami, odsłaniała swoje długie zęby. Stała między mną a mrokiem, który wreszcie zaczął się cofać.

Pod okiem ingamrskich nauczycieli robiłam postępy w znajomości historii, prawa, dyplomacji i kultury – wszystkiego, co składało się na standardową edukację przyszłej księżnej Ingmaru. Wkrótce Søren wyjechał do Portes-des-Orange, a na jego miejsce przybył brat Celest, przywożąc mi tyle ciepła, ile moi rodzice zdołali upakować w pozdrowieniach, jakie mogła pomieścić jego pamięć, długich listach i w licznych podarunkach.

Zielone oczy bibliotekarza śmiały się do mnie, gdy pokazałam mu stary zbiór legend.

– Mieliśmy to wydanie w bibliotece klasztoru Loch Scarland – mówił.

– Myślę, że król rozwiązywał tam sprawę dotyczącą Żabibrzucha.

– Nie chodziło o Żabibrzucha – brat Celest pokręcił głową, chowając dłonie w szerokich rękawach swojego szarego habitu. – Chodziło o stare druki Lüvkrafta.

– Myślałam, że Lüvkraft był, eee… mitycznym baśniopisarzem?

– Wiele lochscarlandzkich legend przypisuje się właśnie jemu. Jednak opowieści, które księżniczka zna, to najprawdopodobniej bardzo uproszczona wersja znacznie starszych historii. Coś, co było kiedyś bardzo straszne, z czasem stało się krwawą baśnią. Druki przechowywane w bibliotece klasztoru w Loch Scarland były spisane w jednej z najstarszych form pranoringmarskiego, a więc zrozumiałe dla nas mniej więcej w pięćdziesięciu procentach. Linnamèn po wejściu na tron zniósł cenzurę, dzięki czemu uczeni z Ingmaru, Nort, Lid-ur i Wschodniego Królestwa mogli zająć się uważnym badaniem takich zabytków, ale będzie trzeba jeszcze długo czekać na zrozumienie tego, czym są księgi Lüvkrafta. W czasach, kiedy poznałem króla, a wtedy jeszcze księcia Linnamèna, nie można się było nawet w Nort przyznawać do znajomości tych ksiąg. W kraju rządził wówczas Glibannèn, jego starszy brat, syn pierwszej z żon króla Aribannèna. Z jego rozkazu Linnamèn mógł przebywać w Nort, ale do pałacu nie mógł się zbliżać bez specjalnego zaproszenia. Powody niechęci Glibannèna były mgliste, ale ich efekt był odczuwalny: żaden lord, biskup, o innych książętach nie wspominając, nie podjąłby Linnamèna w swojej rezydencji. Nikt nie chciał sprowadzać na siebie gniewu króla. Mniej więcej na dziesięć lat przed tym, jak poznałem ojca księżniczki, Glibannèn nakazał spalenie wszystkich, jak mówiono, bezbożnych ksiąg. Na liście znalazły się również okryte złą sławą dzieła Lüvkrafta. Osoby mniej skłonne do podzielania fanatyzmu Glibannèna miały na ich temat rozmaite teorie. Niektórzy uznawali je za księgi profetyczne. Nie wiem, czy zna księżniczka to pojęcie.

– Znam – odpowiedziałam lekko urażona. – Chodzi o proroctwa.

– Mówiono też, że Lüvkraft, jeśli kiedykolwiek istniał, opisywał zdarzenia, jakie miały lub mogły mieć miejsce w odległej przeszłości. Kiedy pracowałem w klasztorze Loch Scarland, doszło tam do wydarzeń, które nasunęły miejscowemu opatowi, Jaromirowi, podejrzenie, że jakaś sekta próbuje wykorzystać księgi Lüvkrafta do obudzenia pradawnych bestii rzekomo ukrytych w lodowych i podwodnych twierdzach w Nort.

– Co miał z tym wspólnego mój ojciec?

Brat Celest opowiedział mi o trzęsieniu ziemi, jakie nawiedziło Loch Scarland na sześć lat przed tym, jak mój ojciec został królem Nort. W regionie trwały wówczas targi rybne, na które zjeżdżali mieszkańcy okolicznych miast i wsi, chociaż więc trzęsienie ziemi nie było mocne, pociągnęło za sobą wiele ofiar, w większości osób znajdujących się w tamtej chwili w jednej z największych hal targowych.

Linnamèn przybył do Loch Scarland kilka tygodni wcześniej. W tamtym czasie wędrował pielgrzymim szlakiem wiodącym do Portes-des-Noires, jednak w wyniku pewnych okoliczności postanowił zatrzymać się na dłużej w krainie nie bez powodu nazywanej Światem Tysiąca Rzek, jednym z najcieplejszych regionów niemal nieustannie skutego lodem Nort. Kiedy doszło do pierwszych wstrząsów, książę przebywał nad wielką rzeką Sallenort, która wystąpiła z brzegów, niszcząc częściowo port w Loch Scarland i zatapiając kilka rybackich łodzi. Gdy ziemia przestała drżeć, udał się do polowego szpitala, oferując swoją pomoc bratu Andersowi, zakonnikowi z miejscowego klasztoru Zakonu Alberta.

W samym klasztorze, w którym przebywał brat Celest, panowało wówczas wielkie zamieszanie. Budynek nie ucierpiał co prawda, ale zakonnicy mieli problem z ogarnięciem bałaganu. Nad ranem z klasztoru uciekło trzech braci, Gran, Tran i Stun. Wielu innych nie mogło spać z powodu dręczących ich ohydnych koszmarów i niezrozumiałych lęków. Następnego dnia, porządkując zbiory w tajnym pomieszczeniu biblioteki, brat Celest odkrył, że zniknęły druki Lüvkrafta. Natychmiast poinformował o tym opata, który zrozumiał wagę zagrożenia. Kradzieży nie można było oficjalnie zgłosić miejscowemu śledczemu, Karnowi. Będąc człowiekiem oschłym i rygorystycznie podchodzącym do swoich obowiązków, z pewnością poinformowałby on nortański urząd bezpieczeństwa o przechowywaniu w klasztorze zakazanych druków. W tej sytuacji opat Jaromir postanowił zaprosić do klasztoru Linnamèna.

Mój ojciec dotarł do opactwa tuż przed nastaniem nocy. Od razu zaprowadzono go do wielkiej rozmównicy, gdzie czekał na niego opat w towarzystwie brata Celesta.

Jaromir wyglądał dokładnie tak, jak można było sobie wyobrazić opata zamożnego klasztoru, usytuowanego w spokojnej, dostatniej okolicy. Wszystko w nim było pełne lub do pełni dążyło. Nosił się bardziej książęco niż niejeden książę, a z pewnością bardziej niż Linnamèn. Jaromir był jednak również człowiekiem dobrze wychowanym, przywitał więc księcia z szacunkiem, pomijając milczeniem powody, dla których musiał błąkać się po Nort.

– Wybaczy książę, że zjemy tutaj, ale o tej porze jest to najspokojniejsze miejsce – wyjaśnił zapraszając go do stołu zastawionego sutymi potrawami, które wyszły spod ręki jowialnego klasztornego kucharza, brata Elgara.

Jedząc, rozmawiali głównie o trzęsieniu ziemi. Za oknami było już całkiem ciemno, kiedy Linnamèn, oddając swój talerz usługującemu im bratu Wittgensteinowi, spojrzał na opata i powiedział:

– Jestem pewien, że zdaje sobie opat sprawę, że wiadomość o gościnności, z jaką się tutaj spotkałem, dotrze do króla…

– A król zapamięta moje imię jako tego, który ugościł księcia Linnamèna – dokończył Jaromir z łagodnym uśmiechem. – I kiedy przyjdą złe czasy, Glibannèn wypomni mi ten niefortunny gest życzliwości. Drogi książę, kimże ja jestem, żeby się tym przejmować? Sługą i kuzynem najwyższego biskupa Immanuela, który oddał mi w opiekę ten klasztor.

– Liczy opat na to, że biskup Immanuel wstawi się za nim u króla – domyślił się Linnamèn.

Uśmiech Jaromira pogłębił się nieznacznie. Opat sięgnął po kawałek suszonej ryby.

– Wierzy książę w Boga? – zapytał tonem niemal obojętnym, jakby chciał się dowiedzieć, która jest godzina.

Kiedy Linnamèn milczał, Jaromir podniósł na niego łagodnie ponaglające spojrzenie. W kącie pokoju brat Wittgenstein głośno smarknął w rękaw swojego habitu.

– Za niepoprawną odpowiedź na to pytanie w tym kraju posyłano ludzi na stosy i szubienice – powiedział Linnamèn ostrożnie. – Podobno rok temu mój brat podpisał wyrok śmierci na cztery kobiety posądzane o wróżenie z kart.

– Nic o tym nie wiem – odpowiedział Jaromir, nadal patrząc na księcia pytająco. – Cokolwiek książę tutaj powie, nie opuści tych murów.

– Nort nie jest krajem, w którym pozytywna odpowiedź na tak postawione pytanie ma jakiekolwiek znaczenie, skoro często udziela się jej ze strachu.

– To filozofia – odpowiedział Jaromir, nie przestając się uśmiechać. – Nie znam się na tym. Wnioskuję jednak z tej wypowiedzi, że jest książę wierzący. Tak?

Linnamèn wreszcie przytaknął niechętnie.

– Ja też wierzę w Boga – stwierdził Jaromir, wycierając końce swoich białych palców w jasną chustkę. – Nawet to, że pojawił się książę w tej okolicy, wydaje mi się boskim zrządzeniem. Kuzyn mojej kuzynki jest nowym biskupem Laiec – odpowiedział na pytające spojrzenie Linnamèna. – Arturoni podziwia sposób, w jaki znalazł książę mordercę poprzedniego biskupa.

– Rozumiem. Wasza wielebność chciałby, abym pomógł mu w podobnej sprawie.

– W podobnej? – brwi Jaromira powędrowały w górę. – Nie, to nie jest sprawa podobna do tych, którymi zajmował się książę wcześniej.

Rozpierając się lekko w szerokim krześle, opat mówił dalej:

– Z pewnością ktoś tak spostrzegawczy jak książę musiał zauważyć, że trzęsienie ziemi pociągnęło za sobą skutki nie tylko materialne. Koszmary, dziwne lęki…

– Pod wieczór tego samego dnia, w którym miało miejsce trzęsienie ziemi, strażnicy przynieśli do szpitala człowieka całego ubrudzonego mułem i szlamem – powiedział książę. – Był to Dern, jeden z rybaków ocalonych z nurtu Sallenort. Brat Wittgesntein też go widział – Linnamèn zwrócił się do usługującego im zakonnika. – Jeśli się nie mylę, pomagał brat wówczas bratu Andersowi przy porcjowaniu białej kolendry.

Brat Wittgenstein, który był niespełna dwudziestoletnim młodzieńcem o nienaturalnie wyłupiastych oczach, głośno wciągnął ślinę, która ciekła mu z kącika ust i przytaknął niemrawo.

– W nocy Dern obudził się z krzykiem – mówił dalej książę. – Twierdził, że kiedy wir wciągnął go pod wodę, zobaczył miasto i budowle równie straszne, jak te, które kiedyś w Nort budowali Inni. Budowle, w których nie ma żadnego porządku i nie wiadomo, co jest po prawej, a co po lewej stronie. Powiedział: „Oczy bolą od samego patrzenia”. Tej samej nocy wielu pacjentów miało koszmary; wszyscy spali niespokojnie, przewracając się z boku na bok i majacząc. Niektórzy wspominali o zatopionym mięście, w którym nic nie wygląda tak jak powinno i o dziwnych mackowatych cieniach, w tym o przerażającej ropuchopodobnej bestii. Rozsądek podpowiada, że tym, co widział Dern i co śniło się innym pacjentom, było jakieś dawne miasto Innych. Jednak strach, który obserwowałem w szpitalu, nie przypominał w niczym lęku, jakim Nortanie obdarzają wampiry czy wilkołaki.

– Myślę, że ma książę rację – odparł Jaromir. – To nie Inni przemawiają do nas w tych ponurych snach. Zna książę zapewne historię o stworzeniu, o tym, jak Bóg powołał do istnienia aniołów, galaktyki, gwiazdy, planety, morza, góry, doliny, rośliny, zwierzęta i wreszcie ludzi. Najdłuższa z zachowanych wersji Pieśni o stworzeniu ma ponad trzysta zwrotek i obejmuje powstanie chomików, kajmanów, ingmarskich rododendronów i – cytuję – „stworzeń tak małych, iż ludzkie oko nie może ich dostrzec”, których opis tak doskonale koresponduje z odkrytymi kilka lat temu przez uczonych tajemniczymi organizmami zwanymi bakteriami. W jednej ze zwrotek natchniony Anonim wspomina, że Bóg stworzył także przebogatą florę i faunę wodną, w tym morskie i rzeczne potwory – inteligentne bestie zdolne do komunikowania się, a nawet tworzenia własnej cywilizacji. Czymkolwiek one były, Stwórca pozwolił im panować przez wiele lat, dopóki nie zorientował się, że są one tak okrutne, że nie pozwalają na pełny rozwój mniejszych form życia – opat urwał i zwrócił się do usługującego zakonnika: – Bracie Wittgenstein, proszę przynieść nam więcej wina.

– Słyszałem, że Żabibrzuch to stwór, którym straszy się tu dzieci – powiedział Linnamèn, gdy Wittgenstein zniknął.

– Tak było. Teraz jednak potwór wrócił do Loch Scarland.

– Czy to tego potwora przestraszyli się zakonnicy, którzy zniknęli?

Jaromir uśmiechnął się smutno i pokręcił głową, obracając w dłoniach srebrny kielich. Złote kropelki potu zaczęły się pojawiać na jego wysokim jasnym czole.

– Gran, Tran i Stun uciekli. W liście napisanym ręką Trana wyjaśniają, że pełnienie służby w Zakonie Alberta jest dla nich zbyt trudne.

– Chyba nie oczekuje wasza wielebność, że znajdę mitycznego potwora.

Opat wyjął białą chustkę i wytarł nią łagodnie spocone czoło. Oddychał z coraz większym trudem.

– Istnieją dawne pogańskie obrzędy… Szatańskie obrzędy, które służą przywoływaniu bestii.

– Czy ktoś je tutaj praktykuje?

– Jeśli tak, to nieoficjalnie. Wiadomo, że karą za to jest śmierć. A jednak na jakiś tydzień przed trzęsieniem ziemi jeden z naszych mnichów, Rafael Gabriel, chyba go książę zna, zaczął doznawać niepokojących wizji. Za każdym razem wykrzykiwał słowa w języku starszym niż każda znana nam forma staronortańskiego. Kiedy dochodził do siebie, mówił coś chaotycznie o bestiach budzących się w głębinach, o zatopionych miastach. W jednej ze swoich wizji przewidział nawet trzęsienie ziemi. Przyznaję, nie braliśmy tego wszystkiego zbyt poważnie, zważywszy na to, że Rafael Gabriel jest… ekscentrykiem. Poza tym z biblioteki zniknęły księgi, w których była mowa o pogańskich kultach związanych z rzecznymi bestiami. Może się książę zastanawiać, dlaczego zezwoliłem na przechowywanie takich ksiąg w klasztorze.

– Myślę, że wiem dlaczego. Jest opat człowiekiem trzeźwo myślącym. Glibannèn nie zawsze będzie królem. Kiedy skończy się sezon polowań na czarownice, stare księgi znów będą przede wszystkim drogocennymi zabytkami.

– Byłbym wdzięczny, gdyby zechciał książę odszukać owe księgi – powiedział opat. Zaraz potem zaniósł się głośnym kaszlem, a jego biała twarz stała się na chwilę purpurowa.

– Książę wybaczy, astma… Muszę wziąć lekarstwo. Brat Celest udzieli księciu informacji.

Wychodząc, opat natknął się na wracającego brata Wittgensteina i natychmiast wsparł się na jego ramieniu. Gdy wyszli, Linnamèn zwrócił się do Celesta:

– Opat Jaromir wydaje się przekonany, że księgi zostały ukradzione przez wyznawców jakiegoś tajemniczego kultu. A co brat o tym myśli?

Celest uśmiechnął się.

– W klasztorze na prowincji przechowywane są w wielkiej tajemnicy pradawne księgi, w których zawarta jest tajemna wiedza. Pewnego dnia ktoś kradnie owe księgi, nie zdając sobie sprawy ze straszliwych konsekwencji… Przecież to ograny motyw literacki.

– Co więc się w nich znajdowało?

– Lüvkraft lub ktoś za niego się podający mówi w nich o plemionach czczących istoty, które przybyły z gwiazd. Istoty te, bardzo różnorodne, budowały miasta i nawiązywały kontakt z inteligentnymi formami życia, ale w pewnym momencie przeszły w stan uśpienia, z którego – jeśli dobrze rozumiem – mogą wyjść podczas określonych warunków astronomicznych.

– Jak zginęły te księgi?

– Jednego wieczoru stały na półce, kolejnego ranka już ich nie było – odpowiedział Celest ze smutnym uśmiechem. – Pomieszczenie, w którym je przechowywano, było zamknięte na klucz, którym dysponujemy tylko opat Jaromir i ja. Klucze żadnego z nas nie zostały wykradzione, nie wiadomo więc, w jaki sposób złodziej dostał się do środka.

– Kto mógł wiedzieć o ich istnieniu?

– Skoro wiedział o nich Rafael Gabriel, przypuszczam, że wszyscy. W czasie tych swoich… wizji niejednokrotnie wykrzykiwał słowa i imiona, jakie padały w dziełach Lüvkrafta. Potem kategorycznie zaprzeczał, jakoby kiedykolwiek widział je na oczy.

– Czy wie brat cokolwiek o zakonnikach, którzy uciekli z klasztoru?

– Złośliwi mówią, że regułą Zakonu Alberta jest brak reguł – zażartował Celest. – I nie jest to szczególnie dalekie od prawdy. Przynajmniej w praktyce. Nie mogę powiedzieć, że wiem cokolwiek o braciach, którzy nas opuścili. Nie należeli do osób zaglądających do biblioteki. Rafael Gabriel powinien wiedzieć o nich więcej, chętnie spędzał z nimi czas.

Brat Celest nie wiedział, czy i czego Linnamèn dowiedział się od Rafaela Gabriela. Po raz kolejny zobaczył księcia dwa dni później. Linnamèn poprosił go o chwilę rozmowy na osobności, więc Celest zaprowadził go do sąsiadującej z biblioteką introligatorni, skąd wyprosił przebywającego tam brata Wittgensteina.

– Co może mi brat powiedzieć o dziwnych wizjach Rafaela Gabriela? – zapytał książę, zamykając drzwi do biblioteki i podchodząc do kolejnych, prowadzących na korytarz. Stojąc przy nich z ręką na klamce, spojrzał na Celesta pytająco.

– Brat Rafael nadużywa alkoholu. Myślę, że to jest powodem jego nietypowego zachowania.

– Z tego, co wiem, historia jego wstąpienia do Zakonu Alberta jest dość dziwna.

– Działo się to nie tutaj, lecz w Portes-des-Noires. Rafael bawił tam przez kilka lat, zanim trafił do naszego klasztoru. Wiem, że przyniósł ze sobą list od tamtejszego opata, Loka, który bardzo zaintrygował opata Jaromira. Nie znam szczegółów, ale wygląda na to, że… nie wiadomo, skąd Rafael pochodzi. Po prostu pojawił się pewnego dnia znikąd w Portes-des-Noires. Opat Lok przyjął go do zgromadzenia na specjalnych warunkach, których nie znam.

– Doprawdy? – zapytał Linnamèn, otwierając cicho drzwi, przez które do środka niespodziewanie wpadł młody mnich wcześniej wyproszony z introligatorni.

Celest zerwał się ze swojego miejsca i natychmiast złapał chłopaka za ucho.

– Wittgenstein, ty mała gnido! Jak śmiesz podsłuchiwać?

Wittgenstein piszczał i wił się, a jego ucho czerwieniało i puchło w oczach.

– Niech go brat puści – powiedział Linnamèn, zamykając drzwi i stawiając pośrodku pokoju krzesło, na którym Celest posadził miotającego się i zapłakanego Wittgensteina.

– Nie wiem, co mnie napadło – zaczął się tłumaczyć chłopak, zacinając się lekko.

– Kłamie – powiedział Linnamèn, stojący za plecami Wittgensteina.

– Szpiegujesz księcia? – zapytał Celest groźnie.

– N-nie… To znaczy t-tak – wyjąkał chłopak.

– Nieprawda – odezwał się Linnamèn. – Szpieguje ciebie, bracie Celeście.

Wittgenstein obejrzał się przez ramię, a w jego zaczerwienionych oczach zamigotała wściekłość przemieszana z przerażeniem.

– Nadal nie wpadł brat na to, kto ukradł księgi, prawda?

Pytanie Linnamèna uciszyło szloch Wittgensteina i przykuło uwagę Celesta.

– Skoro ani brat, ani opat Jaromir tego nie zrobiliście, pozostaje tylko jedna możliwość: ktoś obserwował was i domyślił się, jak dotrzeć do tajnych zbiorów. Ktoś będący na tyle ruchliwy, że w razie czego mógłby na chwilę ukraść klucz opatowi Jaromirowi.

Celest skierował chłodne, domagające się odpowiedzi spojrzenie na Wittgensteina i wyrzucił spomiędzy zaciśniętych w gniewie ust:

– Słuchaj, dupku…

– Och – brat Celest spojrzał na mnie zawstydzony. – Księżniczka wybaczy.

– Niech brat się nie martwi, to słowo też znam.

– Słuchaj, dupku, za samo podsłuchiwanie mnie opat wyznaczy ci niezbyt przyjemną pokutę – powiedział Celest do Wittgensteina. – Pamiętaj jednak, że sprzątanie latryn przez cały boży rok to nic w porównaniu z miesiącem o chlebie i lodzie w klasztorze Portes-des-Blanc w czasie najzimniejszej pory roku. Zacznij gadać. Kto ma księgi, które zniknęły z biblioteki?

Usta Wittgesnteina drżały, ale wreszcie dało się usłyszeć padające z nich słowo:

– Karn.

Przez twarz Celesta przemknął skurcz strachu. Linnamèn, również zdziwiony, ustawił się tak, by dokładnie widzieć twarz chłopaka.

– Czy śledczy Karn zlecił ci zdobycie tych ksiąg? – zapytał.

Wittgenstein, jakby pierwsze słowo odblokowało mu głos, zaczął szybko mówić:

– Najpierw chciał, żebym obserwował bibliotekę i szpital i mówił mu o wszystkim. Kazał mi powiadomić go, gdybym znalazł w klasztorze jakieś sekretne pomieszczenia. Kiedyś poszedłem z opatem do tajemnego wejścia. Po trzęsieniu ziemi Karn powiedział, że mam zabrać z biblioteki kilka ksiąg, jeśli je tam znajdę. Zabrałem opatowi klucz, gdy miał atak astmy i…

– Wiesz, dlaczego Karn kazał ci obserwować braci?

– Powiedział, że chodzi o bezpieczeństwo narodowe.

– I niby spełniałeś swój obywatelski obowiązek? – zapytał Celest z goryczą.

– Zapłacił mi – odpowiedział Wittgenstein, pochylając nisko głowę.

Linnamèn i brat Celest wymienili spojrzenia.

– Karn nie może się dowiedzieć, że wiemy – powiedział bibliotekarz.

– Nic nie powiem – pisnął Wittgenstein, nagle jeszcze bardziej przerażony.

– Wierzę – mruknął Celest i znokautował Wittgensteina jednym ciosem. Chłopak znieruchomiał na podłodze.

– Muszę iść do opata – powiedział Celest. – Wittgensteina trzeba ukryć.

– Niewiele czasu uda się w ten sposób kupić – odpowiedział Linnamèn.

– To wystarczy na przeniesienie reszty zbiorów. Trzy księgi to dość, by wylądować w twierdzy Kaer-Nort, ale resztę można przypłacić życiem.

– Karn przejął księgi już kilka dni temu. Już dawno powinno się tu roić od agentów, którzy rozebraliby opactwo kamień po kamieniu, demaskując wszystkie jego tajemnice. Skoro do tej pory nie miało to miejsca, intencje Karna muszą być głębsze.

Celest milczał długą chwilę.

– Co książę proponuje?

– Proszę pozwolić mi porozmawiać z opatem Jaromirem i komisarzem Karnem. Chyba wiem, jak odzyskać księgi. Niech brat mi zaufa i o nic nie pyta.

– I zaufał brat? – zapytałam Celesta.

– Oczywiście. Choć nie było to łatwe. Następnego dnia do biblioteki wpadł Rafael Gabriel. Zachowywał się inaczej niż zwykle. Trzeźwo, jeśli wie księżniczka, co mam na myśli. Kiedy zostaliśmy sami, z kieszeni swojego potarganego habitu wyjął skradzione księgi. Potem mrugnął tylko do mnie i zniknął bez słowa. Tego samego dnia książę Linnamèn spotkał się z komisarzem Karnem i opatem Jaromirem. Nie wiem, o czym rozmawiali. Podobno Karn opuścił klasztor z zaciętą miną. Byłem tak zadowolony z odzyskania ksiąg, że o nic nie pytałem. Zresztą w klasztorze nadal panowało zamieszanie. Opat Jaromir kazał mi je wykorzystać, by potajemnie przenieść zbiory do nowej kryjówki. Musiałem się mocno napracować. Gdy skończyłem, w klasztorze zaszły spore zmiany. Brat Wittgenstein został odesłany na odległą prowincję, kilku innych braci, w tym naszego kucharza, także przeniesiono, Linnamèn opuszczał Loch Scarland, a Rafael Gabriel twierdził, że nic nie wie.

– I nigdy nie pytał brat mojego ojca o to, jak odzyskał księgi?

– Nie miałem okazji. Po tych wydarzeniach widziałem księcia może raz czy dwa. Po paru latach dostałem od niego niespodziewane powołanie na stanowisko królewskiego bibliotekarza. W tamtym czasie nie było mowy o powrocie do dawnych spraw.

– Nie zastanawiał się brat, dlaczego mój ojciec pytał o zakonników, którzy zniknęli? Dlaczego chciał poznać przeszłość wujka Rafaela?

Brat Celest roześmiał się cicho.

– Jest księżniczka dociekliwa, tak samo jak król. Tak, to wszystko bardzo dziwne. Ale wtedy nie myślałem o żadnej z tych rzeczy. Być może Rafael Gabriel będzie mógł powiedzieć księżniczce więcej. W końcu to on przyniósł księgi. Wiem też, że był obecny podczas rozmowy księcia z opatem i komisarzem Karnem.

Ale Rafael Gabriel nie był skłonny do rozmowy. Przyjechał niecałe dwa miesiące później, przywożąc mi wiadomość o narodzinach mojego brata, Aidèna.

– Trwałość dynastii Karibannènów jest zabezpieczona – skomentował po swojemu. – Następca tronu dumnie marszczy się w swojej kołysce w Portes-des-Orange, a Liln czytuje mu do snu raporty z obrad ingmarskiego kongresu i wszelkich komisji śledczych.

W odróżnieniu od doktora Sørena i brata Celesta, którzy wykorzystywali swój pobyt w Ingmarze na prywatne badania i doglądanie moich spraw, Rafael zachowywał się tak, jakby przyjechał na wakacje. Najłatwiej było go spotkać na plaży. Dzięki temu wiele dni spędzałam na wolnym powietrzu, biegając po gorącym piasku i grając z moim opiekunem w piłkę plażową. Od czasu do czasu wypytywałam go o Loch Scarland, ale w odpowiedzi na ogół wyrzucał z siebie tylko zjadliwe komentarze.

– Wiem, że chodziło o księgi Lüvkrafta – powiedziałam któregoś dnia.

– Wcale nie chodziło o księgi Lüvkrafta – odpowiedział wreszcie poirytowany. – Chodziło o białą kolendrę. Pewnie nawet nie wiesz, co to jest.

– Wiem, że to narkotyk. Dlaczego wszyscy myślą, że niczego nie wiem?

– Może dlatego, że ledwo odrastasz od ziemi, a twój pokój przypomina pluszowe zoo?

Wreszcie udało mi się wydobyć od Rafaela informacje, które uzupełniły opowieść brata Celesta. Gdy doszło do trzęsienia ziemi w Loch Scarland, Rafael Gabriel trafił do szpitala polowego.

– Co ci się stało? – zapytał Linnamèn, który go opatrywał. – Wyglądasz, jakbyś oberwał cegłą, a w opactwie Loch Scarland podobno żadne cegły nie poleciały.

– Przypierdzieliła we mnie skrzynka z ziemniakami. Pewnie wiesz, Linnalin, co znaczy słowo „przypierdzieliła”? – zwrócił się do mnie wuj Rafael, przerywając opowiadanie.

– Nauczyłam się tego słowa, gdy miałam trzy lata i przypadkowo rzuciłam w wujka klockiem do nauki liter.

– Nie wierzę, że rzuciłaś nim przypadkowo – odparł, mrużąc swoje różnokolorowe oczy.

– Znowu szperałeś w klasztornej spiżarni – domyślił się Linnamèn.

– Tym razem mi się to opłaciło. Do dzisiaj nie wiedziałem, gdzie ten pierdziuch, Jaromir, trzyma swoje cenne białe ingmarskie wino. Kiedy dochodziłem do przytomności po tym, jak oberwałem skrzynką, zobaczyłem brata Elgara, przemykającego w stronę ukrytego w suficie wejścia do jakiegoś pomieszczenia.

– I myślisz, że tam właśnie znajduje się ten składzik?

– Obecność klasztornego kucharza jest chyba wystarczającym dowodem, nie sądzisz?

Kiedy rozmawiali, miejscowi strażnicy przynieśli do szpitala rybaka Derna.

– Śledczy Karn będzie chciał go przesłuchać, gdy skończy przeszukiwać brzeg – powiedział Kalikst, brat Celesta, podczas gdy Linnamèn zaczynał wstępne badanie

– Dziś nie uda się z niego wydobyć ani słowa – stwierdził Linnamèn, patrząc na szarą twarz mężczyzny, którego usta drżały konwulsyjnie. – Zostawimy go tu na obserwacji. Ciebie też, Rafaelu – rzucił do próbującego umknąć zakonnika. – Miałeś wstrząs mózgu, musisz leżeć.

Rafael słyszał krzyki Derna, który obudziwszy się w nocy, twierdził, że widział pod wodą miasto o nieistniejących kątach. Wezwany przez Linnamèna brat Anders zaordynował podanie choremu białej kolendry.

– Nie obawia się brat jej uzależniającego działania? – zapytał książę.

– Rozejrzyj się, chłopcze – odparł brat Anders. – Rannych wielu, a ludzi do pomocy mało. Jedyne, co możemy zrobić dla większości z nich, to uśmierzyć ich ból.

– Zapas się kończy – wyjąkał brat Wittgenstein. Brat Anders westchnął ciężko:

– Niech więc brat pójdzie do izby chorych w opactwie i poprosi o następną porcję.

Wittgenstein wrócił w towarzystwie brata Elgara, klasztornego kucharza, który przyniósł wieści o ucieczce Grana, Trana i Stuna.

– Teraz muszę ci, bracie Andersie, zabrać ze dwóch zakonników do pomocy w kuchni – oświadczył brat Elgar, przetykając swoją wypowiedź zwrotami, których nawet Rafael Gabriel nie chciał powtórzyć. – Tylko nie ciebie, Rafaelu. Jeśli jeszcze raz zobaczę cię w spiżarni…

– Dlaczego ci bracia uciekli? – zapytał Linnamèn.

– Weseli braciszkowie znajdą się, gdy sytuacja się uspokoi i nie będą musieli pracować – stwierdził poirytowany Elgar.

Po zaaplikowaniu mu białej kolendry rybak Dern zasnął. Następnego dnia powtórzył swoją historię śledczemu Karnowi, który postanowił na wszelki wypadek wysłać na Sallenort patrol. Wpuszczone w wodę sondy nie odkryły niczego szczególnego. Karn, wyjątkowo tego dnia wściekły, orzekł, że Dern doświadczył przywidzeń charakterystycznych dla tonącego człowieka. A ponieważ z kategorycznym tonem i zimną bezwzględnością orzechowych oczu śledczego nikt nie śmiał dyskutować, sprawa została porzucona.

– Może nie należy lekceważyć zeznań tego człowieka – powiedział Linnamèn do Kaliksta, który towarzyszył Karnowi. Młody strażnik tylko pokręcił głową.

– Despota Karn wie swoje. Dzień i noc nadzoruje przeszukiwanie zawalonych budynków i brzegu Sallenort. Od dwóch dni nie pozwolił żadnemu z nas nawet na chwilę snu. Na dodatek ścigamy szabrowników. Proszę mi wierzyć, wizje Derna to nasz najmniejszy problem.

Kiedy Linnamèn został wezwany do opactwa, Rafael Gabriel wypisał się ze szpitala. Następnego dnia książę niemal siłą wywlókł go z karczmy.

– Wysubtelniałeś. Podobno cytujesz z pamięci Lüvkrafta – powiedział, gdy szli do klasztoru.

– Bzdura. Jaromir zgubił kilka książek i wmawia mi, że mam z tym coś wspólnego. Nie czytałem Lüvkrafta, nie wiem, co to jest Golgoroth, mam gdzieś Cthulhu, a słowo R’lyeh brzmi w moich uszach jak odgłos rzygania. W takie rzeczy wierzy chyba tylko Jaromir.

– Ale jednak wykrzykiwałeś te słowa.

– Po pijaku wykrzykiwałem już gorsze rzeczy. R’lyeh zdarzało mi się często.

– Wiesz coś o braciach Granie, Tranie i Stunie? Podobno często z nimi przebywałeś.

– Przebywam często z każdym, kto ma dość grosza, by zafundować mi kolejkę. A ci trzej często byli przy kasie. Przypuszczam, że odprowadzali po cichu towary z kuchni, w której pracowali. O co teraz chodzi? – zapytał, widząc na twarzy Linnamèna szczególny wyraz.

– Miejsce, w którym, jak podejrzewasz, znajduje się skrytka na wino. Mógłbyś mi je pokazać?

Rafael niechętnie poprowadził księcia krętymi korytarzami klasztoru do spiżarni, a następnie do znajdującego się u jej końca ciasnego zaułka. Wskazał Linnamènowi miejsce, w którym jednolite ciemne kasetony miały lekkie zagłębienie. Książę ustawił na sobie kilka pustych skrzyń po ziemniakach i wdrapał się na nie, by zbadać sufit. Po chwili oględzin zauważył drewnianą klamkę, składaną tak, że wydawała się elementem kasetonu. Wówczas wyjął ze swojej torby niewielki przybornik z zestawem lekkich narzędzi chirurgicznych, jakimi zwykli posługiwać się Lid-urczycy.

– Mógłbyś z łaski swojej stanąć na straży? – zapytał Rafaela.

– Ani mi się śni. Chcesz się tam włamać za pomocą skalpela?

– Jedna szeryfka ze Wschodniego Królestwa nauczyła mnie pewnej sztuczki. To przyda się znacznie bardziej niż skalpel. – Linnamèn wyjął z przybornika wsuwkę do włosów. Rozprostował ją i za pomocą tak utworzonego drucika zaczął delikatnie gmerać w zamku. Wreszcie coś kliknęło cicho. Z sufitu wysunęła się drabinka, która zaczynała się dokładnie tam, gdzie sięgały podstawione przez Linnamèna skrzynie. Otwór, do którego prowadziły stopnie, ział niepokojącą ciemnością, z której wydobywał się kwaśny, nieprzyjemny zapach.

– Na co czekasz? Myślisz, że pod wpływem twojego spojrzenia zapali się tam światło? – zapytał Rafael Gabriel.

– Myślę, że to nie skrytka na wino – powiedział Linnamèn i ociągając się lekko, zaczął się wspinać po schodkach.

Kiedy przecisnęli się przez otwór w suficie, okazało się, że przeczucie księcia było słuszne. Przestronny pokój, do którego weszli, z pewnością nie był skrytką na wino. Mógł za to być czymś w rodzaju przechowalni białej kolendry.

– Co teraz? – zapytał Rafael. – Chcesz powiedzieć o tym Karnowi?

Linnamèn potrząsnął głową.

– Jeszcze nie.

Wychodząc, dokładnie zatrzasnęli za sobą wejście. Linnamèn był bardzo milczący. Nie wyjaśniając niczego, pożegnał się z Rafaelem i odszedł w stronę biblioteki.

Dzień później Rafael Gabriel półleżał na jednej z ławek na klasztornym dziedzińcu i grzał się w słońcu. Jego długie, chude stopy w starych chodakach zwisały z jednego końca ławki, a jego jasnowłosa głowa z drugiej.

– Czekasz na mnie? – zapytał książę, podchodząc do ławki.

Rafael natychmiast otworzył oczy, w których nie było widać nawet śladu snu i odpowiedział:

– Czy wyglądam, jakbym na cokolwiek czekał?

– To świetnie, bo właśnie nadszedł czas, byś coś zrobił.

– Nie musisz zarażać mnie swoimi neurozami.

– Wierz mi, chcesz usłyszeć, co mam do powiedzenia.

Poszli do refektarza, gdzie książę dostał od popatrującego wciąż na Rafaela z niechęcia brata Elgara śniadanie, a Rafael dzbanek gorącej kawy, którą pił szybko i z wyraźnym niesmakiem.

– Widziałem Karna – powiedział zakonnik. – Podobno z klatki wyfrunął następny ptaszek.

– Brat Wittgenstein.

– A więc czemu tu siedzisz? Nie powinieneś przepytywać mnichów, sprawdzać celi Wittgensteina albo robić innych takich śledczych rzeczy?

– To Karn jest śledczym.

– A ty jesteś bezdomnym księciem. I dlatego teraz zajadasz świeże bułki z masłem.

– Rozmawiałem z Karnem – odpowiedział Linnamèn, smarując masłem kolejną bułkę. – Najwyraźniej ma jakąś teorię na twój temat.

Rafael Gabriel oparł niedbale głowę na dłoni i siedział zgarbiony przy stole, mrużąc raz niebieskie, a raz zielone oko.

– Karn cię podpuszcza.

– Wiem o tym. Śledczy Karn jest teraz bardzo zajęty poszukiwaniem brata Wittgensteina. Myślę, że w ciągu najbliższych godzin nie będzie zbyt często zaglądał do swojego gabinetu. To dobra okazja, by złożyć mu niezapowiedzianą wizytę.

– Nie żartuj. Chcesz, żebym włamał się do biura oficera śledczego?

– Dam głowę, że znajdziesz w nim księgi twojego ulubionego pisarza, Lüvkrafta. Brat Celest z pewnością ucieszy się, gdy mu je oddasz.

– To, co ucieszy Celesta, doprowadzi Karna do morderczej furii. Po co miałbym ryzykować?

– Opat Jaromir podejrzewa cię o związek z jakimiś paskudnymi kultami. A Karn ma na ciebie oko w związku z nielegalnymi interesami braci Trana, Grana i Stuna.

– Tran, Gran i Stun prowadzili jakieś nielegalne interesy?

– Kiedy już oddasz Celestowi książki, dołącz do mnie, opata i Karna w dużej rozmównicy. Pogadamy trochę, oczyścimy atmosferę.

– Nie wiem, dlaczego w ogóle cię słucham – powiedział Rafael po długiej chwili wahania. – Mógłbyś mi pożyczyć tę babską spinkę?

Rafael nie zdradził mi szczegółów swoich przygód w gabinecie śledczego Karna. Opowiedział mi za to o spotkaniu, do jakiego doszło tego samego dnia w dużej rozmównicy.

– Przekraczając granicę, byłem kontrolowany jak każdy pielgrzym – Linnamèn zwrócił się do śledczego Karna. – Słyszałem też pogłoski o olbrzymich transportach białej kolendry na tereny Wschodniego Królestwa. Strażnicy po drugiej stronie granicy byli niemal pewni, że była ona produkowana w Loch Scarland. Badał pan tę sprawę od wielu miesięcy. Musiał pan szybko dojść do wniosku, że jedynym miejscem, w którym dałoby się produkować takie ilości narkotyku, jest klasztor, przez który zwyczajowo przepływa najwięcej dóbr wszelkiego rodzaju. Dlatego podkupił pan brata Wittgensteina, każąc mu szpiegować zakonników. Od początku wydawało mi się dziwne, że osoba taka jak brat Wittgenstein jest tak aktywna. Braciszek kręcił się w szpitalu, w klasztornej kuchni, w bibliotece. Czego mógł tam szukać? Co łączyło braci, którzy pracowali w tych miejscach? Odpowiedź okazała się prosta: możliwości. Podejrzewał pan brata Andersa, który jako lekarz miał największy dostęp do narkotyku. Miał pan też na oku brata Celesta, którego brat, Kalikst, jako strażnik graniczny, mógłby przemycać kolendrę do Wschodniego Królewstwa. Z kolei w kuchni pracowali Gran, Tran i Stun, zakonnicy o kiepskiej reputacji i dużej ilości gotówki z niejasnych źródeł. Dwie z trzech uliczek okazały się ślepe. Brat Wittgesntein dostarczył panu szpitalne rejestry. Oficjalnie biała kolendra ze szpitala nie znikała. Celest, owszem, ukrywał coś, lecz nie narkotyk, a zakazane księgi. Za to trzej bracia… W ich towarzystwie często bywał Rafael Gabriel. Jego dziwne zachowanie nasunęło panu podejrzenie o jego uzależnieniu od narkotyku. Może więc Gran, Tran i Stun byli handlarzami, a Rafael z tego korzystał? To zaskakujące, ale błędne przesłanki doprowadziły pana do słusznych wniosków. Rafael nie jest co prawda uzależniony od białej kolendry, ale trzej bracia rzeczywiście przerzucali narkotyki przez granicę.

Trzęsienie ziemi częściowo pokrzyżowało panu plany. Tej samej nocy, kiedy do szpitala trafił Dern, przeszukiwał pan brzeg Sallenort. Musiał się pan bardzo rozczarować, kiedy płotki, które tymczasowo chciał pan zostawić na wolności, same wpadły w sieć. Trafił pan na braci Trana, Grana i Stuna, którzy w panice próbowali spławić z nurtem rzeki część zapasu białej kolendry do Wschodniego Królestwa. Złapanie ich tak wcześnie było panu nie na rękę, bo przecież nadal nie wiedział pan, kto jest głową przedsięwzięcia. Najwyraźniej nie wiedzieli tego też trzej bracia, domyślam się bowiem, że skorzystał pan z wszelkich dostępnych środków, moralnych lub nie, by wydobyć z nich całą wiedzę. Postanowił więc pan zagrać na czas. Zmusił pan Trana do napisania listu do opata, by uśpić jego czujność. Nie mógł mieć pan pewności, że Jaromir nie jest zaangażowany w niecny proceder, na wszelki wypadek postanowił więc pan jeszcze bardziej odciągnąć jego uwagę od zniknięcia braci. Teraz mógł pan wykorzystać wiedzę o przechowywaniu w klasztorze tajnych druków. Przed trzęsieniem ziemi Rafael Gabriel doznawał wizji związanych z pismami Lüvkrafta. Zlecił więc pan bratu Wittgensteinowi zdobycie tych druków. Wiedział pan też, że opar Jaromir jest człowiekiem wiary i że łatwo da się przekonać o działaniu w okolicy tajemnej sekty. W tym samym czasie umacniał pan patrole na Sallenort, licząc na to, że szef handlarzy, zaalarmowany zniknięciem braci, będzie chciał pozbyć się towaru. I być może tak by się stało, gdyby ktoś nie wszedł mu w paradę. Na rozwiązanie zagadki przypadkowo trafił Rafael Gabriel, który myszkując w klasztornej spiżarni, znalazł wejście do sekretnego pomieszczenia. Byliśmy tam wczoraj i przekonaliśmy się, że nie jest to bynajmniej skrytka na wino, lecz składzik białej kolendry. A osobą, która go urządziła…

– Brat Elgar – domyślił się Rafael Gabriel. – To dlatego był na mnie tak wściekły.

– Chociaż brat Anders jako lekarz miał dostęp do białej kolendry, nie mógł jej wytwarzać. Aby produkować ten narkotyk, wystarczą za to składniki dostępne w klasztornej kuchni i oczywiście dużo piece. Do tego zaś miał dostęp brat Elgar. Po trzęsieniu ziemi nie mógł przenieść narkotyku, bo wiedział, że Rafael będzie miał oko na jego skrytkę. Teraz Rafael pokaże panu, gdzie znajduje się skład narkotyków. Na pewno znajdzie pan tam dowody, które pozwolą panu powiązać tę sprawę z bratem Elgarem.

– A… księgi? – zapytał opat Jaromir. – Nie twierdzę, że kiedykolwiek tu były, ale…

– Jakie księgi? – zapytał książę, mrużąc porozumiewawczo oko. Jaromir chciał coś jeszcze powiedzieć, ale wreszcie zamknął szeroko otwarte usta.

Śledczy Karn nie odezwał się ani słowem. Jego spojrzenie nie straciło nic ze swojej zaciętości. Nie wyrażało także zdziwienia. Karn długo przyglądał się Linnamènowi. Potem nieznacznie skinął głową na Rafaela, a ponieważ Karn był człowiekiem, którego jeden gest, a czasem i spojrzenie, wystarczały za kategoryczny rozkaz, zakonnik chwiejnym krokiem podreptał w stronę spiżarni. Śledczy ruszył za nim. Aby uniknąć skandalu, Jaromir ogłosił, że brat Elgar został przeniesiony do innego klasztoru. Naprawdę aresztował go Karn, ale jemu także nie zależało na rozgłosie. Fakt, że przez pewien czas trzymał u siebie zakazane księgi, był dla niego teraz tak samo niebezpieczny jak dla Jaromira.

Zanim wyjechał z Loch Scarland, książę jeszcze raz spotkał się z Rafaelem. Ale o tym dowiedziałam się już nie od spowiednika, lecz od mojego ojca.

Pół roku mojej edukacji w Ingmarze dobiegło końca. Tuż przed naszym wyjazdem do Portes-des-Orange, gdy pewnego wieczoru spacerowaliśmy po plaży, opowiedziałam ojcu o tym, czego dowiedziałam się o Loch Scarland. Słuchał mnie z zagadkowym uśmiechem, a gdy skończyłam, powiedział:

– Widzę w tobie lepsze, jaśniejsze odbicie siebie. A w sobie odbicie ciebie.

– Nie dowiedziałam się zbyt wiele o Żabibrzuchu – powiedziałam. – Wiem tylko, że w tej historii chodziło o skradzione księgi i białą kolendrę.

– Nie chodziło ani o skradzione księgi, ani o białą kolendrę – odpowiedział mój ojciec. – W takich sprawach zawsze chodzi o ludzi. Albo o Innych. O osoby, z którymi się spotykamy. W tym wypadku chodziło o Rafaela Gabriela.

Usiedliśmy na ciepłym, miękkim piasku, takim, w którym można godzinami przebierać palcami u stóp, nie myśląc o niczym i nie martwiąc się o nic.

– Rafael nie lubi o tym mówić. To naturalne. Jak mówić o czymś, czego się prawie w ogóle nie rozumie? Takie rzeczy budzą strach…

– Dlatego nie chciałeś mi o tym mówić?

Przytaknął, zaraz potem jednak dodał:

– Przed laty w Loch Scarland nie miałem żadnego powodu, by angażować się w problemy opata Jaromira czy w śledztwo komisarza Karna. Za to Rafael Gabriel… Tamtej nocy, kiedy do polowego szpitala przyniesiono rybaka Derna, pacjenci mieli potworne koszmary. Wszyscy, oprócz Rafaela Gabriela. Pośrodku nocy Rafael usiadł na swoim łóżku i wpatrywał się przed siebie wzrokiem, który trudno opisać, tak wiele było w nim sprzecznych emocji. Znałem go wtedy zaledwie od kilku tygodni, ale wiedziałem, że takie zachowanie nie należy do jego zwyczajów. Kilka razy podchodziłem do niego, ale tylko raz udało mi się z nim porozmawiać. Do dziś jestem przekonany, że nie wiedział, o czym wtedy mówił. Sam zresztą niewiele wiedziałem, bo w jego wypowiedzi przeplatały się słowa w bardzo wielu językach. Niektóre z nich znałem, innych nigdy wcześniej i nigdy później nie słyszałem. Najwięcej mówił o strachu, który ciągnął się za nim całe lata. Dziwne wizje, halucynacje, przeczucia, a przede wszystkim poczucie niedającej się wyjaśnić odrębności, może nawet momenty, w których nie wiedział, co się z nim działo, stały się czymś, co skłoniło go do przybrania szczególnej maski. Dziwne zachowania u pijaka zawsze dają się tłumaczyć jego złymi nawykami. Rafael wykorzystuje to, by tłumaczyć się przed sobą.

– Ale… Co dokładnie ci powiedział?

– Mówił o czarnych jaskiniach, których nie potrafił nawet opisać. Przypuszczał chyba, że coś przeniknęło kiedyś do naszego świata, coś, co wymyka się ludzkiej percepcji.

– Żabibrzuch?

– Być może. Ale strach, jaki odczuwał Rafael, nie wiązał się z żadną mackowatą, ropuchopodobną bestią. Nie wiem, co stało się w Loch Scarland. Nie wiem, czy trzęsienie ziemi na chwilę obudziło coś skrywającego się głęboko pod wodą, lodem i ziemią. Wiem jednak, że coś rzuciło cień na nas wszystkich. Nie był to jednak cień, jaki rzucają przedmioty, lecz cień, jaki w umyśle może pozostawić straszna myśl, nieuchwytne uczucie. Potem zaczęło się cofać do wymiaru, z którego przybyło. A Rafael Gabriel miał wrażenie, że to coś umyka przed nim. Umykało jednak nie ze strachu. Myślę – i Rafael chyba też tak myślał – że to coś rozpoznało go i próbowało skłonić do pościgu. Bawiło się z nim w jakiś ohydny sposób, korzystając z jego pragnienia poznania własnej przeszłości. Wciągało go w pułapkę. Choć zła noc wreszcie się skończyła, wciąż nie mogłem zapomnieć o tym, co działo się z Rafaelem, zwłaszcza po tym, co mówił mi opat Jaromir. Potem śledczy Karn próbował mi zasugerować, że Rafael Gabriel był w przeszłości zamieszany w jakieś niejasne sprawy. Gdy zacząłem pytać o Rafaela, okazało się, że ma wiele tajemnic. Kiedy opowiedział ci o naszej rozmowie w refektarzu, nie przytoczył ci jej w całości.

– Karn cię podpuszcza – powiedział Rafael Gabriel.

– Ty też mnie podpuszczasz – odpowiedział Linnamèn lekkim tonem. – Ty i Karn macie ze sobą coś wspólnego. Obaj macie nadzieję, że przypadkiem wpadnę na coś, co wam pomoże – Karnowi w rozwiązaniu sprawy, a tobie w udzieleniu odpowiedzi na pytanie, czy rzeczywiście masz z nią coś wspólnego.

– Nie mam z nią nic wspólnego – odpowiedział Rafael nieco za szybko.

– W czasie tych twoich wizji…

Zakonnik zmarszczył gniewnie brwi.

– Czy ja wyglądam na kogoś, kto prowadzi wyjątkowo przykładne życie? – zapytał. – Za każdym razem, gdy miałem te – Rafael nakreślił w powietrzu cudzysłów – wizje, byłem nawalony.

– Daj spokój – Linnamèn odsunął od siebie talerz. – Ile razy zdarzyło się, że twoja pamięć nagle się urwała? Niewiele, prawda? – domyślił się, patrząc na niewyraźną minę zakonnika.

–Myślę, że to właśnie denerwuje cię w tej sprawie. Nie pamiętasz, dlaczego wypowiadałeś całe zdania w pranoringmarskim. Pamiętasz jednak koszmarne wizje, których nie rozumiesz.

Rafael Gabriel milczał długo. W refektarzu zaczęli się pojawiać inni zakonnicy. Niektórzy z nich popatrywali z zaciekawieniem na Linnamèna i jego towarzysza.

– Miewasz czasem sny, w których jesteś inną osobą? – zapytał.

Linnamèn pokiwał głową.

– A zwierzęciem? Albo rośliną?

– Chcesz mi powiedzieć, że w swoich wizjach byłeś brzozą albo mchem?

– Jesteś beznadziejny. Próbuję przybliżyć ci transcendentalne przeżycie, którego z pewnością nigdy nie będziesz w stanie pojąć.

– Nie bądź taki drażliwy. Raz śniło mi się, że byłem lwem biegnącym po pustkowiu Kaer-nar-Nort. Nie pamiętam snów o byciu rośliną.

– Byłeś lwem na lodowej pustyni? Musisz mieć poważne problemy z samym sobą.

– Myślałem, że rozmawiamy o tobie. Więc? Jakie jest to transcendentalne przeżycie?

– Kiedy zatrzęsła się ziemia… Zobaczyłem to miasto. Miałem wrażenie, że kiedyś już je widziałem. Ale tak, jakbym patrzył na nie innymi oczami, a w zasadzie nawet nie oczami tylko… samą świadomością. Jakbym był tam… posłany – potrząsnął głową. – To nie ma żadnego sensu.

Linnamèn milczał przez chwilę. Potem zapytał:

– Zawsze miałeś oczy w różnych kolorach?

– A co to ma do rzeczy? – oburzył się Rafael. – Tak, zawsze.

– Od urodzenia?

– Odkąd pamiętam.

– Czyli odkąd? Od wczesnego dzieciństwa? Od trzydziestu lat? Od dziesięciu lat? Pamiętasz w ogóle, co działo się z tobą, zanim wstąpiłeś do Zakonu Alberta?

– Nic a nic – odpowiedział Rafael z rozbrajającą szczerością.

– Chciałbym, żebyś wykradł z biura Karna księgi Lüvkrafta – powiedział książę.

– Nie ma sprawy – powiedział zakonnik pozornie obojętnym tonem. – Teraz?

– Tak.

– Oszalałeś.

– Masz rację. Lepiej będzie za godzinę, gdy Karn zacznie przeszukiwać opactwo.

– Jesteś nienormalny – Rafael Gabriel głośno odstawił kubek na stół. Kilka par oczu zwróciło się w jego stronę. Zakonnik ściszył głos: – Dlaczego miałbym to robić?

– Opat Jaromir podejrzewa cię o związek z jakimiś paskudnymi kultami. A Karn ma na ciebie oko w związku z nielegalnymi interesami braci Trana, Grana i Stuna. Dobrze byłoby, gdybyś przyczynił się do oczyszczenia atmosfery. Poza tym… jeśli to zrobisz, pomogę ci zrozumieć, kim jesteś.

Następnego dnia po wyjaśnieniu sprawy związanej z białą kolendrą i cichym aresztowaniu brata Elgara, Linnamèn zastał Rafaela w korytarzu prowadzącym do celi użyczonej mu przez opata Jaromira. Zakonnik wyglądał tak, jakby miał za sobą bardzo ciężką noc. Siedział na podłodze, opierając się krzywo o ścianę, a jego głowa kołysała się na wszystkie strony. Kiedy zobaczył Linnamèna, uśmiechnął się niepewnie.

– Co słychać, księciuniu? – wymamrotał.

– Co słychać, mnichu?

– E, nic, trochę się zalałem. Masz może jakieś wino?

– Jest szósta rano.

– Nie pytałem, czy masz zegarek, tylko…

Linnamèn uśmiechnął się i wyjął ze swojej torby butelkę. Rafael chwycił ją i zaczął pić łapczywie, niemal nie odrywając szyjki od ust. Po chwili jego wzrok stał się lekko mętny.

– Przejdźmy się nad rzekę – powiedział Linnamèn, przypatrując się mu uważnie.

Rafael Gabriel jęknął przeciągle, ale poszedł z księciem.

– Co jest pierwszą rzeczą, którą pamiętasz? – zapytał Linnamèn, gdy dotarli nad Sallenort.

– Ja sam – odpowiedział. – Stojący pośrodku doliny w Portes-des-Noires, niedaleko jednej z tych starych kaplic, przy jakich czasem zatrzymują się pielgrzymi.

– Jesteś tam sam?

– Aha.

– Jak się czujesz? Przeszkadza ci to, że nic nie pamiętasz?

– Teraz czuję się trochę dziwnie. Co to za wino? – zapytał.

– Takiego jeszcze nie piłeś – odpowiedział Linnamèn. – Sproszkowany rododendron ingmarski daje szczególny efekt. Wiedziałeś o tym?

– Podałeś mi jakieś… serum prawdy? – Rafael spróbował zawrócić, ale z jakichś względów ciągle szedł za Linnamènem.

– Nie, skądże. Ingmarski rododendron ma zdolność odblokowywania wspomnień. Dostałem próbkę od brata Andersa. W Lid-ur stosuje się go w przypadkach zbrodni, których ofiary nie pamiętają tego, co je spotkało. Oczywiście o niektórych rzeczach lepiej nie pamiętać.

– Smutek – powiedział niespodziewanie Rafael Gabriel. – W Portes-des-Noires czułem smutek. Taki, jakiego nie jesteś sobie w stanie nawet wyobrazić.

– Dlaczego wstąpiłeś do Zakonu Alberta?

Rafael wzruszył ramionami.

– Nie miałeś żadnych wątpliwości?

– Żadnych. Chciałem być choć trochę bliżej domu.

– Gdzie jest dom?

Rafael Gabriel pokręcił głową. Linnamèn przyglądał mu się długo.

– Jesteś człowiekiem? – zapytał w końcu.

Błysk zrozumienia przemknął przez oczy Rafaela.

– Teraz tak.

– Kim byłeś wcześniej? – dopytywał się Linnamèn. – Duchem? Innym? Aniołem?

Na dźwięk ostatniego słowa Rafael Gabriel zbladł i zatoczył się. Oddychając ciężko, osunął się na pokryty niską trawą brzeg Sallenort. Linnamèn usiadł obok niego, patrzył jednak przed siebie, na rybackie łodzie płynące wolno w górę rzeki. Minęły długie minuty, może nawet godziny, nim Rafael znowu się odezwał.

– Dlaczego o tym nie wiedziałem? Dlaczego mnie to spotkało? – zapytał, trąc oczy i policzki. Książę ze smutkiem pokręcił głową.

– Skąd wzięło się imię Rafael Gabriel? – zapytał.

– Opat Lok z Portes-des-Noires wybrał je dla mnie.

– Pieśń o stworzeniu mówi o narodzinach dwudziestu pięciu aniołów. Nie ma wśród nich jednak ani Rafaela, ani Gabriela. Gabriel jest wspominany dopiero w Pieśni pierwszego króla – to duch boskiej inspiracji i moralnego wsparcia, udzielający pomocy pierwszym władcom ziemi. Rafael pojawia się później, w Pieśni o zniszczeniu. To anioł współczujący i miłosierny, ale czasem nieposłuszny. Dużo czasu spędza wśród ludzi, jednak nie dlatego, że bardzo tego chce, lecz dlatego, że jest karany za swoją nieprawomyślność. Wygnany na jakiś czas z nieba, musi doświadczać zła i oglądać moralny upadek ludzi.

– Myślisz, że to ja?

– Myślę, że tak myślał opat Lok. Może nie był pewny, czy byłeś Rafaelem czy Gabrielem, dlatego nadał ci oba imiona. A może uważał, że Gabriel w pewnej chwili stał się Rafaelem… Pieśń o zniszczeniu jest dziwna. Rzeczy w niej opisane jeszcze się nie zdarzyły i już się zdarzyły. Mają nadejść, a raczej nastąpić ponownie, w czasach ostatecznych.

– Innymi słowy, uważasz mnie za zwiastun nadchodzącej zagłady – powiedział Rafael ironicznie, stopniowo odzyskując rezon. Linnamèn odpowiedział z uśmiechem:

– W odróżnieniu od ciebie, jestem tylko człowiekiem. Pożyję jeszcze jakieś czterdzieści, pięćdziesiąt, góra sześćdziesiąt lat. To mało w porównaniu z czasem zagłady, który według Pieśni o zniszczeniu rozciąga się na jakieś piętnaście tysiącleci. Ty natomiast, jeśli intuicja opata Loka była słuszna, masz przed sobą całą serię podróży do tamtego świata i z powrotem. Według Pieśni o zniszczeniu, Rafael do końca próbuje ocalić ludzi.

– Ale i tak patrzy na koniec świata.

– Zakończenie nie jest jednoznaczne.

Milczeli bardzo długo. Kiedy w południe zabrzmiały klasztorne dzwony, książę oświadczył:

– Opuszczam Loch Scarland. Myślę, że teraz moja obecność tutaj będzie tak samo niewygodna dla śledczego Karna, jak i dla opata Jaromira. Za dużo wiem. Zanim pójdę, chciałbym żebyś mnie wyspowiadał – dodał niespodziewanie.

Przerażony Rafael szeroko otworzył zarówno zielone, jak i niebieskie oko.

– Popatrz na mnie – powiedział. – Jestem ruiną. Sam nie wiem, w co wierzyć.

– Dlatego będziesz idealnym spowiednikiem – odpowiedział książę z uśmiechem.

Siedziałam z moim ojcem na brzegu morza tak jak kiedyś on sam siedział na brzegu Sallenort z Rafaelem Gabrielem. Fale spokojnie rozbijały się o brzeg i zaraz wracały w cichą głębię morza. Nieustannie i nieuchronnie. W myślach ścigałam je i uciekałam przed nimi, gdy wracały w stronę brzegu. Bez końca. Mój ojciec pogrążył się w myślach, do których nie miałam dostępu. Po chwili otrząsnął się jednak i uścisnął moją dłoń. Gdy wracaliśmy do pałacu, zapytałam go jeszcze raz o Loch Scarland.

– Czy ty też miałeś wtedy koszmarne sny, w których widziałeś to dziwne miasto?

– Nie, Linnalin. Tamtej nocy w ogóle się nie kładłem. Poszedłem spać dopiero w klasztorze.

– Więc nie pamiętasz, co ci się śniło?

– Mgła – odpowiedział. – Śniła mi się mgła, w której coś lub ktoś na mnie czekał.

– Ktoś straszny?

– Nie, Linnalin. Nikt straszny – odpowiedział z tajemniczym uśmiechem.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *