Kerala

Żar lał się z nieba. Gorąco obezwładniało. Otarłam pot z czoła, przeklinając wagę plecaka i nasze skąpstwo. Gdy wysiedliśmy z autobusu W Alleppey, pożałowaliśmy dwustu rupii na rikszę i zdecydowaliśmy, że pójdziemy do portu pieszo. Miało być niedaleko. Ale w upale i przy wilgotności powietrza sięgającej 90 procent wydawało się, że „niedaleko” to co najmniej dystans maratonu.

Do Alleppey przyjeżdża się z jednego powodu i robią to nie tylko turyści, ale i rodowici Hindusi. To miasteczko położone w indyjskim stanie Kerala jest punktem wypadowym wycieczek po słynnych kanałach, lagunach i jeziorach. Wygląda to w następujący sposób: wysiadasz z autobusu i nie musisz robić nic więcej, bo natychmiast zaczyna otaczać cię tłum naganiaczy, którzy załatwią ci najlepszą na świecie łódź. I faktycznie załatwiają. Czy najlepszą – Bóg raczy wiedzieć, ale po półgodzinnym marszu w słońcu było nam wszystko jedno. Oczywiście dla zasady potargowaliśmy się trochę o cenę i wleźliśmy na pokład.

Keralskie łodzie to nie byle jakie łupinki. Wyglądają jak opatulone palmową plecionką domy na wodzie, mają zazwyczaj kilka sypialni, kuchnię i zadaszony zewnętrzny pokład. Można takim wynalazkiem pływać dobę, można i tydzień. Kanały Kerali ciągną się, jak się zdaje, w nieskończoność.

Wymęczeni upałem zgodziliśmy się na cenę około stu pięćdziesięciu euro za dwadzieścia cztery godziny na wodzie dla sześciu osób. Miały być trzy posiłki i klimatyzacja. „Full service, mister”, zapewniał nasz kapitan. Później okazało się, że choć generator pracował pełną parą, to klimatyzacji niet, a jedzenie nieszczególnie przypadło nam do gustu. Ale w pierwszej chwili, gdy dostaliśmy do ręki zimne piwo i rozłożyliśmy się wygodnie na pokładzie, a wiatr schłodził nasze rozpalone ciała, wydawało nam się, że jesteśmy w pływającym raju.

Mijaliśmy inne łodzie (to popularna forma poślubnej wycieczki w Indiach) i obserwowaliśmy życie toczące się nad wodą – pranie, kąpanie, zmywanie czy łowienie ryb. Pływające sklepiki i szkolne łodzie transportujące dzieci do pobliskich miasteczek. Trochę jak Wenecja – woda też zalatuje benzyną i ściekami (łodzie niestety nie są ekologiczne, ropa z dieslowych silników płynie wprost do rzeki), a hinduscy gondolierzy pozdrawiają się na każdym kroku. Płyniesz i kontemplujesz. Pełen relaks.

Żeby się jeszcze bardziej zrelaksować, postanowiliśmy nieco się napić. I tu wyszedł na jaw problem – Kerala objęta jest częściową prohibicją i o mocny alkohol niełatwo, a i piwo kosztuje fortunę (fortuna w Indiach to około ośmiu-dziesięciu złotych za pół litra). Nasza załoga stanęła jednak na wysokości zadania i zorganizowała butelkę rumu. Później zresztą razem z piwem w panice chowała ją pod pokład, gdy na horyzoncie zamajaczył patrol straży przybrzeżnej. Patrzyliśmy na nich, nic z tego nie rozumiejąc. Rum był ciepły, ale w sumie pasował do tego pirackiego klimatu. Można było kontemplować dalej, dopóki mieliśmy siłę podnosić powieki.

W nocy nie dało się spać (klimatyzacji niet, przypominam), więc wyszłam z sypialni i postanowiłam położyć się na powietrzu, owijając się moskitierą. Niestety, nadepnęłam w ciemności na coś, co było żywe i ciepłe. Wrzasnęłam. Coś okazało się… pomocnikiem kucharza, śpiącym na macie, wprost na podłodze. Biedny chłopak wystraszył się chyba jeszcze bardziej niż ja. Nie zważając na przeciwności, ułożyłam się na kanapie na pokładzie, ale spać i tak się nie dało. Tym razem przez warkoczący jak wściekły bąk generator.

Rano, cokolwiek mniej zachwyceni i mocno niewyspani, ruszyliśmy w drogę powrotną do portu. Ogarnął nas smutek. Keralski sen minął niepostrzeżenie i w sumie trochę żałowaliśmy, że nie przedłużyliśmy wycieczki. Obiecaliśmy sobie, że kiedyś tu wrócimy. Ale tym razem cztery razy sprawdzimy, czy aby na pewno jest „full service mister, air conditioning, very good”.

Tekst i zdjęcia: Joanna Kocik

1

2

3

5

4

7

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *