Kajko i Kokosz – na wskroś polscy woje

Kajko-i-Kokosz-Urodziny-Milusia_Egmont-Polska,images_big,1,978-83-237-4686-7W moim poprzednim felietonie Czytelnicy mieli okazję przyjrzeć się z bliska fenomenowi Asteriksa, dzisiaj więc pora na polski odpowiednik tego komiksu. Chociaż rysownik Janusz Christa przez wiele lat odżegnywał się od insynuacji o inspirację francuskim komiksem, to ostatecznie przyznał, że takowa miała miejsce. Mimo pewnych podobieństw są to jednak historie całkowicie różne. Wystarczy się im przypatrzyć, żeby odrzucić wszelką myśl o splagiatowaniu przez polskiego twórcę dzieła Uderzo i Goscinnego. Można mówić jedynie o wspomnianej wcześniej inspiracji. A to nie jest przecież niczym nagannym, szczególnie gdy powstaje na tym tle dzieło noszące cechy niezaprzeczalnie indywidualne.

 

Kimże są zatem tytułowi Kajko i Kokosz? To dwaj dzielni woje z drużyny księcia Mirmiła. Ściślej mówiąc, tylko jeden z nich jest naprawdę nieustraszony, a mianowicie Kajko, niewysoki ciałem, ale wielki duchem. Głównie to on podejmuje decyzje (tu widać wyraźne nawiązanie do Asterixa), bowiem Kokosz – nieprawdopodobny leń i obżartuch – odwagą i rozumem raczej nie grzeszy. Potrafi jednak przezwyciężyć słabość charakteru, gdy jest to konieczne. Jest przesądny, trochę egoistyczny i skłonny do wybuchów gniewu. Razem ze szlachetnym i mądrym Kajkiem stanowią świetny duet, podporę drużyny obrońców Mirmiłowa, prasłowiańskiej osady. Razem zdolni są do stawienia czoła zarówno zwykłym rzezimieszkom, jak i czarnoksiężnikom czy siłom nadprzyrodzonym. Pomaga im ciotka Kokosza, czarownica Jaga i jej mąż, poczciwy zbój Łamignat, zabierający bogatym i rozdający biednym.

Dobra wiedźma pojawia się początkowo w pierwszym z komiksów („Złoty puchar”) jako niemal łysa starowinka Zielacha, szybko jednak – przy pomocy czarów – młodnieje i wyrastają jej blond loki. Zmienia też imię na Jaga. Całą operację wiedźma przeprowadza na sobie po to, żeby uwieść zbója Łamignata, czemu Kokosz sprzeciwia się z całą gwałtownością. Sam Łamignat też nie jest zachwycony pomysłem związania się z Jagą, ponieważ trochę się jej boi. W komiksie „Woje Mirmiła” leśna czarownica dopuszcza się więc pewnego podstępu – uniemożliwia przyjaciołom uwolnienie skazanego na śmierć Łamignata po to, by w ostatniej chwili oznajmić, że bierze go sobie za męża. Rządzący wówczas Mirmiłowem uzurpator nie śmie sprzeciwić się starodawnemu obyczajowi i tak Jaga stawia na swoim.

Od tej pory zamieszkują razem i pomagają mirmiłowianom, kiedy tylko jest to konieczne. Łamignat, który zresztą wcale nie porzuca swego fachu (przecież biedni czekają na wsparcie), szanuje ogromnie żonę i jej magiczną wiedzę, co pomaga Jadze poradzić sobie z jego największym problemem: brakiem wiary we własne siły. Daje mianowicie mężowi rzekomo czarodziejską fujarkę, która ma mu dawać nadludzką moc. W rzeczywistości poczciwy zbój wcale nie potrzebuje magicznego wsparcia, jest bowiem niezwykle silny, ale wiara w moc fujarki wyraźnie poprawia mu samopoczucie.

Głowa osady to książę – lub kasztelan – Mirmił, poczciwy i niezbyt rozgarnięty, skłonny do popadania w desperację z byle powodu. Twierdzi wtedy, że na pewno wkrótce umrze, a na jego grobie trzeba posadzić orchidee. Ma słabą głowę, cierpi na chroniczną niedomogę decyzji i piastuje w duszy niezłomne przekonanie, że jest najbardziej zapracowanym człowiekiem w całej osadzie. Jego słaby charakter nikomu nie przeszkadza, mirmiłowianie bowiem radzą sobie sami ze swymi problemami, a funkcja kasztelana jest dla nich czymś raczej reprezentacyjnym. To bardzo pomyślna okoliczność, jako że Mirmił niewiele potrafi poza narzekaniem.

Jedyną osobą, która umie dać sobie z nim radę, pozostaje jego ukochana żona Lubawa, energiczna niewiasta odznaczająca się bardzo obfitymi kształtami i nielichym temperamentem. Właściwie prawie wszystkie decyzje podejmuje ona, a jako białogłowa mądra i doświadczona, robi to dobrze. Mąż rzadko się jej sprzeciwia, a zawsze ustępuje, gdy małżonka sięga do argumentów ostatecznych typu „Jadę do mamy.” Całkowitym jego przeciwieństwem jest Wojmił, rodzony brat, mieszkający na szczęście dość daleko. Mirmił wspomniał o nim tylko raz, w zeszycie „Szranki i konkury”, gdy poprosił Kajka i Kokosza, by wsparli Wojmiła w jego bojach. Na miejscu okazało się, że chodzi nie tyle o wojnę, co o zaloty, ale niebezpieczeństw z tego było co niemiara i po wielu perypetiach dzielni wojowie z ulgą wrócili do rodzinnej osady. Kiedy już książę Mirmił bierze sie do działania, jest zwykle tak nieudolny, że kończy się to katastrofą. Trudno uznać to za okoliczność pomyślną, jeśli weźmie się pod uwagę, że w sąsiedztwie Mirmiłowa leży warownia Zbójcerzy – gromady rzezimieszków dowodzonych przez chciwego i gwałtownego Hegemona.

Zbójcerze – jak sama nazwa wskazuje – żyją z głównie z rabunków, a fakt że nie umieją sobie poradzić z mieszkańcami Mirmiłowa, jest im solą w oku. Nie gardzą napadaniem na gościńcu czy zastawianiem wymyślnych pułapek na bogatszych podróżnych. Ich „mundury” przypominają nieco krzyżackie zbroje, jednak nie jest to żaden zakon, a po prostu zgrana banda rzezimieszków, bez aspiracji do sławy innego rodzaju. Ich życie składa się z łupieżczych wypraw, manewrów na wzór wojskowy i „zajęć kulturalnych”, które mają miejsce po opróżnieniu beczki piwa. Szeregowi zbójcerze lubią pić i bić się, reszta mało ich obchodzi. Potężny Hegemon nie szczędzi wysiłków, by obmyślić taktykę działania, a sekunduje mu wierny Kapral. Oprócz nich jedynym zbójcerskim indywiduum, któremu rysownik poświęcił więcej uwagi, jest Oferma – imię mówi chyba wszystko, choć to popychadło całej bandy sprawia czasem wrażenie mądrzejszego niż oni wszyscy. Niemal czysty Szwejk.

Zbójcerze raz po raz przekonują się boleśnie, że mieszkańcy Mirmiłowa to, cytuję za Christą, „lud uprzejmy i wesoły, ale nie znoszący awantur”. Zbierane od prostych wieśniaków cięgi rozgoryczają ich coraz bardziej, nie na tyle jednak, by spróbowali porzucić swą niecną działalność. Głównymi wrogami są dla nich, oczywiście, Kajko i Kokosz, podpora drużyny wojów, zbójcerska duma nie pozwala im powiem przyznać, że nawet zwykli mieszkańcy Mirmiłowa, gdy trzeba, mogą, porzuciwszy swe codzienne zajęcia, spuścić im tęgie baty.

Wieśniacy z osady w razie potrzeby wprowadzają w życie przysłowie, że „w jedności siła” i walczą wtedy ramię w ramię wszyscy: mężczyźni, kobiety i dzieci. Gdy nie mają pod ręką miecza, łapią za cep lub nogę od stołu. Ich determinacja jest tak wielka, że potrafią przepędzić każdego wroga. W jednym z zeszytów pozbywają się nawet z warowni zbójcerzy dużo groźniejszej niż rzeczeni zbójcerze drużyny Jarla Walecznego, a potem… sprowadzają na powrót swych dawnych wrogów. Jak deklaruje Kajko „przywykli do nich i byłoby nam bez nich smutno”. Można czasem odnieść wrażenie, że w gruncie rzeczy obie strony tego konfliktu nawet się lubią, a w każdym razie na pewno kochają swoje rozgrywki.

Przez kilka zeszytów dwóm wojom pomagał łagodny i przyjacielski smok Miluś, wysiedziany przez Kokosza ze znalezionego w lesie jaja. Prawdę mówiąc to Miluś miał okazję przyjść na świat tylko dlatego, że Kajko, jak zawsze przewidujący, sprzeciwił się przerobieniu znaleziska na jajecznicę. Miał wprawdzie nadzieję raczej na kurę olbrzymkę, ale ostatecznie okazało się, ze smok też ma swoje zalety. Miluś był jaroszem i na ogól nie sprawiał kłopotów, jednak gdy się czegoś przestraszył, ział ogniem z pyska, jak przystało na smoka. Gdy dorósł, wyrosły mu skrzydła i choć startować i lądować mógł tylko na wodzie, miał okazję zostać czymś w rodzaju samolotu bojowego. Nie służył jednak długo w tym charakterze – zakochawszy się w uwolnionej z łańcucha smoczycy odleciał wraz z nią do odległej krainy, gdzie smoki żyją w pokoju i gdzie nikt na nie nie poluje.

Dwaj przyjaciele zostali więc znowu sami, ale – jak na dzielnych wojów przystało – i bez smoka radzili sobie świetnie. Walczyli z zbrojnymi napastnikami, szukali cudownych leków i skradzionych skarbów, brali udział w turniejach. Czasami przeżywali przygody trącące poważnym surrealizmem, jak nauka w Szkole Latania dla czarownic, wyprawa do lasu zamieszkanego wyłącznie przez stwory bajkowe czy udział w festiwalu wiedźm. Czasem ów surrealizm przeradzał się w autentyczny socrealizm w krzywym zwierciadle – nie zapominajmy, w jakich czasach powstawała ta seria. Opowieść o tym, jak Mirmiłowo dostało tylko jedno skierowanie na wczasy z królewskiej puli, prześmieszna historia polowania, na którym do jednego zająca ustawiał się komitet kolejkowy czy sprawa łóżka, którego główni bohaterowie nie mogli nabyć, gdyż mebel ten przysługiwał wyłącznie młodym małżeństwom – oto perełki humoru, zrozumiałego wyłącznie dla mieszkańców Bloku Wschodniego. Cała seria jest dosłownie utkana mniej lub bardziej wyraźnymi aluzjami i dowcipami na wskroś PRLowskimi, teraz już mało zrozumiałymi dla kogoś, kto nie został wychowany w tamtym ustroju. Mimo to warto przeczytać całą serię i należy żałować, że jest ona taka krótka.

Janusz Christa przestał w pewnym momencie rysować. Dlaczego tak się stało? Cóż, nasz kraj nie jest dobrym środowiskiem dla niszowych twórców, a komiks jako sztuka nigdy nie był u nas w wielkim poważaniu. W pewnym momencie Christę dopadło zniechęcenie i brak poczucia, żeby tak rzec, sensu wykonywanej pracy. Według mnie stała się wielka szkoda, miał on bowiem znakomite pomysły. Wiele z nich aż woła o rozwinięcie, na przykład kwestia woja Wita, mówiącego wierszem i robiącego różne wynalazki (w jednym z ostatnich komiksów wynalazł proch). Historia Kajka i Kokosza ma niesamowity, niewykorzystany potencjał. co prawda na kanwie komiksu powstało kilka gier, a nawet film animowany, jednak jedno i drugie okazało się tak marne, że bardziej zaszkodziło niż rozreklamowało komiks.

Szkoda, wielka szkoda, zwłaszcza że nie mamy teraz rodzimych komiksów tego typu. Właściwie wszystko, czym możemy się poszczycić, powstało za czasów PRLu. Ten ustrój miał swoje wady, ale w wyjątkowy sposób sprzyjał pracy twórczej. Teraz mamy posuchę na rodzimym terenie i świadczy to bardzo źle może nie o czytelnikach, co o rynku wydawniczym, na którym króluje ściągana z Zachodu tandeta, z kilkoma zaledwie chlubnymi wyjątkami. Pozostaje mieć nadzieję, że ta tendencja ulegnie kiedyś w końcu odwróceniu i w Polsce zacznie się na powrót cenić to, co polskie. Gdyż naprawdę nie mamy się czego wstydzić na polu artystycznym, muszą to tylko dostrzec ci, od których zależy rozpowszechnianie dóbr kultury.

About the author
Technik MD, czyli maniakalno-depresyjny. Histeryczna miłośniczka kotów, Star Treka i książek. Na co dzień pracuje z dziećmi, nic więc dziwnego, że zamiast starzeć się z godnością dziecinnieje coraz bardziej. Główna wada: pisze. Główna zaleta: może pisać na dowolny temat...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *