Jean Rhys – Iluzja

Miss Bruce była stałą mieszkanką dzielnicy. Żyła tutaj już od siedmiu lat, zamieszkując małe studio na piątym piętrze. Malowała portrety, które od czasu do czasu wystawiała. Niekiedy udawało się jej nawet jakiś sprzedać, co na Montparnasse stanowiło niezwykłe osiągnięcie, jednak nie niemożliwe – według mnie była na to wystarczająco bystra, chociaż nie przesadnie bystra, ale nie mnie to oceniać.

quote-of-course-she-had-some-pathetic-illusions-about-herself-or-she-would-not-be-able-to-jean-rhys-39-2-0297

Była wysoką, chudą kobietą z dużymi dłońmi i stopami. Wydawała się idealnym przykładem tego, co charakter i odpowiednie wychowanie – brytyjski charakter i wychowanie – może dokonać. Po siedmiu latach mieszkania w Paryżu była wciąż zupełnie obojętna na wszystko co gorączkowe, lekko egzotyczne czy niezdrowe. Za nic miała wszechobecny kult piękności i fizycznej miłości: przyglądała się po prostu ludziom w zdrowy, rozsądny sposób, a potem wyrzucała ich ze swoich myśli – zupełnie jak jakaś niezłomna skała otoczona przez bezsilne, wzburzone fale.

Kiedy jakaś ładna kobieta przechodziła obok niej na ulicy lub siedziała blisko w restauracji, podpatrywała ją swoimi oczami artysty, po czym wyrażała odpowiednio krytyczny komentarz. Nie przejawiała jednak żadnych skłonności do ciekawości czy zazdrości. „Co za nieszczęśliwi ludzie!”, mówiła Miss Bruce o petites femmes, gorączkowo rozglądających się wokół pomalowanymi oczami. Nie w dotkliwy sposób, raczej z tolerancją, pogodnie, tym swoim do bólu kulturalnym tonem – „Co za biedni, mali ludzie!”.

Latem zawsze nosiła schludną sukienkę z serży, natomiast zimą schludną tweedową garsonkę, brązowe botki z niskim obcasem i bawełniane pończochy. Kiedy wybierała się na zabawy, wkładała czarną suknię z crepe de chine, dobrze skrojoną, ale nie olśniewająco piękną.

Jeśli uwzględnić wszystko, Miss Bruce była nadzwyczaj przyzwoitą kobietą.

Pudrowała nos, co było ustępstwem dla Paryża, resztę twarzy natomiast pozostawiała promieniejącą w świetle słonecznym jak i sztucznym, usianą gdzieniegdzie paroma uroczymi piegami.

Jak większość amerykańskich i angielskich artystów mieszkających w Paryżu, miała oczywiście dość duży prywatny dochód. Znała prawie wszystkich i nie była blisko z nikim. Mimo tego, że od dwóch lat jadłyśmy od czasu do czasu razem obiady czy lunche, zdążyłam poznać tylko zewnętrzną stronę Miss Bruce – chłodną, rozważną i poukładaną angielską stronę.

Tak więc umówiłyśmy się w to upalne, słoneczne popołudnie. Przyszłam po nią około trzeciej, przywitana przez zaniepokojoną recepcjonistkę.

Mademoiselle leżała wczoraj w łóżku, kiedy nagle zaczęła zwijać się z bólu. Było to około ósmej. Sprzątaczka, „Mama” Pichon oraz ona, recepcjonistka, po szybkiej naradzie sprowadziły doktora i z jego polecenia zawiozły ją w karetce do angielskiego szpitala.

– Nic ze sobą nie wzięła – powiedziała chuda i wygadana sprzątaczka. – Absolutnie nic, pauvre Mademoiselle.

Jeśli Madame – to znaczy ja – zadałaby sobie trud pójścia do studia, oto klucze. Podążyłam za Madame Pichon w górę schodów. Niezwłocznie musiałam udać się do Miss Bruce i zanieść jej jakieś rzeczy. Powinna mieć przynajmniej koszule nocne, grzebień i szczotkę.
– Klucze do szafy Mademoiselle – powiedziała Madame Pichon, patrząc na mnie podejrzliwie- są w tej małej szufladzie. A, les voila!
Podziękowałam jej lekceważąco. Nie polubiłam jej zbytnio, i obserwowałam ją gdy szła wolno w kierunku drzwi, próbowała coś powiedzieć, a w końcu, bardzo niechętnie, wyszła z pokoju. Wtedy odwróciłam się w stronę szafy – dużej, solidnej, wyraźnie starej i przeznaczonej na staroświeckie płaszcze i spódnice Miss Bruce. Tak naprawdę wszystkie z jej mebli były solidne i starodawne, warte więcej niż wszelkie ozdoby czy udziwnienia. Przekręcenie klucza było trudne, jednak w końcu mi się udało.

– Boże! – wykrzyknęłam. Ze zdziwieniem osunęłam się na krzesło i wymamrotałam: „co za dziwna kobieta!”.

Po otwarciu szafy ukazała się garderoba pełna najróżniejszych kolorów, z delikatnymi jedwabnymi materiałami… czyli wszystkim, czego nikt nie spodziewałby się po szafie Miss Bruce.

Na środku, w miejscu honorowym, wisiała wieczorowa sukienka o bardzo ładnym złotym odcieniu, obok niej następna w takim kolorze. Z dwóch czarnych sukienek, jakie tam znalazłam, jedna miała srebrne wstawki, druga – piękne szmaragdowe i błękitne zdobienia. Czarno-białe kratki z jaskrawymi tasiemkami, kwiecisty crepes de chine, kostium karnawałowy z maską, słowem – zbiorowisko kolorów i najróżniejszych rzeczy.

W pierwszej chwili pomyślałam o kleptomanii, ale odrzuciłam ten pomysł. Więc może sukienki dla modelek? Absurd! Kto wydawałby tysiące franków na sukienki dla modelek… W każdym razie, nie znalazłam żadnych koszul nocnych.

Kiedy patrzyłam za zawartość szafy, wahając się, co dalej robić, zauważyłam w rogu pudełko z pokrywką. W środku znajdowały się mniejsze pudełeczka: Rouge Fascination, Rouge Mandarine, Rouge Andalouse, kilka pudrów, kohl do oczu oraz tusz do rzęs – wszystko jak z kosmetyczki Manon Lescaut. Wszystko, bez wyjątku – były tam nawet perfumy.

Szybko zamknęłam drzwi od szafy. Nie miałam żadnego powodu, aby grzebać w rzeczach Miss Bruce i rozmyślać nad nimi – ale rozmyślałam. Wiedziałam. Kiedy otworzyłam drugie drzwi w poszukiwaniu koszul nocnych, wiedziałam już wszystko o Miss Bruce: widziałam ją przechodzącą obok sklepu, z nieustającym pragnieniem bycia piękną i kochaną przez wszystkich, prawdziwą klątwą Ewy, dobrze ukrytym pod jej schludną sukienką, bardziej lub mniej zduszonym, bardziej lub mniej niezauważalnym.

Miss Bruce zobaczyła sukienkę i nagle pomyślała: „a może w tej sukience…?”. I zaraz potem: „dlaczego nie?”. I weszła do sklepu, i rumieniąc się, zapytała o cenę. To był pierwszy raz – przypadek, impuls.

Ten model musiał ją w jakiś sposób rozczarować, ale był piękny, wystarczająco piękny, żeby ją zachęcić. Wtedy to prawdopodobnie rozpoczęło się poszukiwanie tej sukienki, idealnej Sukienki, pięknej, upiększającej, takiej, którą mogłaby nosić. I wreszcie: poszukiwanie iluzji – pragnienie, niemal występek, zakazany owoc dla Miss Bruce.

Co za cudowny moment! Kiedy kupowała nową sukienkę, a ona wyłaniała się z gracją ze swojego pudełka…

„Ubierz mnie, daj mi życie” – wydawała się do niej mówić „a ja zrobię dla ciebie wszystko!”. Wtedy też po raz pierwszy, zręcznie – była przecież malarką – Miss Bruce nałożyła puder, Rouge Fascination, pomadkę do ust, a na końcu sukienkę – i patrzyła w lustrze na nową siebie. Tej nocy spała z ciepłym uczuciem w sercu. To nic niemożliwego, piękno i to, co ono ze sobą niesie. Blisko na wyciągnięcie ręki, jeśli ktoś by się odważył. Jednak następnego ranka nie już mogła zdobyć się na odwagę.

Wyciągnęłam stertę koszul nocnych i niezdecydowana usiadłam. Wiedziałam, że znienawidziłaby mnie za to, że widziałam wszystkie te sukienki, a „Mama” Pichon zapewne powie jej, że tu byłam. Ale w końcu na pewno potrzebuje tych koszul.

Zamykając szafę poczułam nagle niewytłumaczoną litość dla tych wszystkich pięknych rzeczy. Wyobraziłam sobie, jak szepczą o tej Angielce, która miała czelność kupić je i skazać na życie w ciemnych czeluściach szafy… i ponownie otworzyłam drzwi.
Żółta suknia wydawała się nieżyczliwa, zwisając ze swojego wieszaka; czarne były zasmucone, tylko krótkie kwieciste sukienki uśmiechały się radośnie, czekając na osobę, która tchnie w nie życie.

Kiedy tydzień później pozwolono mi zobaczyć się z Miss Bruce, ujrzałam ją leżącą spokojnie na czystym oddziale szpitalnym – miała zapalenie wyrostka robaczkowego. Dwa czy trzy tygodnie później jadłyśmy razem obiad w naszej restauracji. Podczas picia kawy nagle powiedziała: – Widziałaś pewnie moją kolekcję sukienek? Fascynują mnie. Ich kolory i w ogóle. Niewiarygodne!

– Oczywiście – dodała, patrząc uważnie na coś ponad moją głową, co musiało przedstawiać niezbyt dobry widok – nigdy nie będę na tyle głupia, żeby je włożyć… chociaż myślę, że powinny być noszone.

Pulchna, ciemnoskóra dziewczyna siedząca obok nas spojrzała w oczy swego ciemnoskórego, pulchnego towarzysza i zapaliła papierosa gestem kogoś, kto wcale nie pali.

– Ładne ręce ma ta dziewczyna – powiedziała Miss Bruce w swój kulturalny sposób.

Tłumaczyła: Tamara Rutkowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *