II miejsce w konkursie Bliskowschodnie Spotkania Pierwszego Stopnia – Izabela Skrzypiec Dagnan „Mozaika”

0

MOZAIKA

Izabela Skrzypiec – Dagnan

     Godzina piętnasta. Upał – trzeci stopień rażenia promieniami słonecznymi, piasek, strużki potu na skroni, pył unoszący się nad ulicą brunatnym kłębowiskiem drobin. Gwar taki, że wszystkiego się odechciewa. Jazgot.
Ada jest wściekła do łez.
– Podaj plecak- proponuję.
Widzę, że plaster przesunął się jej z pięty dwa centymetry wyżej, w to słodkie zwężenie, tam gdzie pęcinka jest najcieńsza i jakaś taka bezbronna, bez mięśni. Ile ja razy całowałem to miejsce, zakurzone teraz na brązowo? Obtarta skóra sprawia, że – chyba bardziej z ogólnego rozdrażnienia niż z bólu – dwie słone łzy spływają po jej policzkach, chwilę wahają się w rejonie brody, a potem stawiają wszystko na jedną kartę i skapują na chodnikową płytę.

mozaika

     Ada, nie bacząc na to, że chciałbym w końcu wejść do świątyni i odetchnąć sakralnym, mętnym od modlitw, myśli i płomieni powietrzem, zajmuje się w skupieniu misterium rany: woda utleniona, maść, środek antyseptyczny, chusteczka higieniczna złożona podwójnie, w końcu ten sam plaster, bo innego już nie ma.

     Stoję posłusznie obok i starając się nie opierać o betonowy słup, co mogłoby być poczytane za nadmierne spoufalanie się z otoczeniem, rozmyślam. Myślę o tym, że kłócić zaczęliśmy się dopiero wtedy, kiedy postanowiliśmy dzielić ze sobą łóżko. Dopóki się nie kochaliśmy, żyliśmy w idealnej, platonicznej zgodzie. Może seks uwalnia z ludzi ukrytą agresję? Może wybudza wewnętrzne pragnienie cielesnej napaści? Moje myśli krążą wokół tematu, blaski i cienie się przeplatają, sakrum sprowadzam do profanum i na odwrót, może niepotrzebnie. Tymczasem dwie łzy, które opadły na kamienną płytę, przestają żyć własnym życiem; słońce jest niemiłosierne. Po chwili wyparowują z cichym, ledwie słyszalnym sykiem. A jednak Ada pozostawiła po sobie coś w tym kraju. Nawet jeśli to mają być śladowe ilości wyprodukowanego przez jej ciało chlorku sodu i białka, które ktoś zaraz podepta.W końcu podnosi się i podaje mi ten plecak.
A więc zawieszenie broni. Poranna kłótnia rozmywa się w drgającym powietrzu jak te łzy, jak smużka papierosowego dymu. Dźwigając dwa plecaki, staram się jeszcze objąć Adę, ale odsuwa się.
– Gorąco – mruczy.
Ayasofya.
Byłem przygotowany; wiedziałem, że jej zewnętrzna szata, jak ciało, jak skóra na człowieku, nie odpowiada wnętrzu. Że na zewnątrz to tylko kamienie, szarość i czerwień zlewające się w niezbyt przyjemnym dla oka zestawie kolorystycznym. Kopuła na kopule i jeszcze jedna kopuła, chaos jak jarmarku. Zdjęcia nigdy nie przedstawiają prawdy. Nie potrafią uchwycić meritum. Umyka im rzeczywistość. W żadnym przewodniku nie napisali, że cztery smukłe minarety bez pardonu dziurawią niebo. Że z tych miejsc – jak przez łyżkę cedzakową – sączy się świetlistość niebiańska.
Jestem malutki, taki malutki w obliczu tego, co widzę, że marność nad marnościami. Czuję zapach kadzideł, rozszerzają mi się źrenice, ciało zaczyna reagować na zmieniające się jak w kalejdoskopie otoczenie.
Ada wiąże sobie na wilgotnej od potu głowie chustę i wiem, że boli ją ta obtarta pięta, mnie też boli – mentalnie.
Dobrze, że istnieją wieczory, że jest ten czas przejściowy, a nie z dnia w sekundę noc i z nocy dzień, człowiek nie jest przygotowany na takie ekstrawagancje. Dlatego kiedy weszliśmy do środka, nagle nasze ciała zaprotestowały; chłód przyprawił o gęsią skórkę, pory przestały produkować pot, pęcherzyki płucne się skurczyły i oddech spłycił, źrenice rozszerzyły się jeszcze bardziej, próbując wspomnienie światłości upalnego dnia zamienić na ciemność obecnej chwili. Od nagłego światła można się uchronić okularami przeciwsłonecznymi. Ale jak uchronić się od nagłej ciemności?
Stoimy u bram, u wejścia, w narteksie, w progu i nagle czuję szczupłą dłoń Ady wciskającą się w moją. Odwzajemniam uścisk, wiem, że przeżywa.
To jak uderzenie. Bliskie spotkanie pierwszego stopnia. Oszołomienie.
Nie sposób ogarnąć wzrokiem i rozumem.
Boża Mądrość. A jak pojęli ją ludzie? Musieli pojąć, bo przecież bez tego ani jedna tessera, ani jeden ciąg kamieni, ani jedna kolumienka…
Czuję miętę. Może wydzielają ten zapach nasze przerażone ogromem i przesycone zachwytem ciała, to ta herbata Ada cayi wypita rano. Od kiedy usłyszałem tę nazwę, nazwę na cześć mojej Ady, nie piłem już nic innego. A teraz emanowaliśmy miętowym zapachem oboje, ta mięta wychodziła z nas, bo przeżywaliśmy silne emocje.
Tu, w środku, trochę zielono jak w głębi morza, trochę niebiesko jak w głębi firmamentu. Złoto i światło.
Czasem, kiedy się usiądzie w pokoju w odpowiedniej odległości od okna i pod odpowiednim kątem do promieni słonecznych, to nagle powietrze traci pierwotną przejrzystość. Wtedy widzi się to całe zamieszanie, które, niewidoczne dla oczu, w przestrzeni nieustanie się dzieje. Wirujące mikrocząsteczki kurzu, opadająca powoli rzęsa, strzępki nici, drobnoustroje, te wszystkie Aspergillus, Legionella pneumophilia, Cladosporium i Fusarium. Pyłki kwiatów i zanieczyszczenia. Strzępki świata. Odrzutki.
To nic, to wszystko nic.
Tutaj, w rozległych smugach świetlnych wiodących z górnych szklanych świetlików po samą posadzkę jak schody- wiruje cały wszechświat. Tu morza i oceany błękitno-zielonych mozaik, tu lądy kamieni, marmurów. Gwiazdy i księżyce, zduplikowane, strójplikowane, zwielokrotnione, mnożące się, mnożące, błyszczące, świetliste.
Od środka kopuła jak od środka człowiek – zaskoczenie. Naos oflankowany żebrami. Trudno zrobić krok w przód, trudno wejść i podnieść oczy, onieśmiela jakieś obce sakrum, nie nasze, nie do końca zrozumiałe. Wielki cherubin patrzy na mnie ciemnym okiem, tak- że opuszczam wzrok.
Ludzie wokół- chodzą, szepczą, uśmiechają się, oglądają, zachwycają, głowy kręcą się w prawo i w lewo. My ani kroku w przód. Totalne onieśmielenie. Mam ochotę usiąść w kącie i przesiedzieć dwa dni, dwie noce.
Napatrzeć się.
Nasączyć, nasycić, nasmakować.
Trochę uspokoić oszalałe zmysły. Wzrok się powoli przyzwyczaja, ale mózg się nie potrafi.
A tymczasem mozaiki tętnią własnym życiem, zmieniają się w zależności od pory dnia, zasnuwa je cień, to znów światło oświetla jak na scenie i błyszczy wszystko, i rozsiewa blask, i emituje własne, wewnętrzne boskie światło.
Dlaczego człowiek chodzi sobie swobodnie po świecie, wszystko jest takie swojskie, znane, trochę brzydkie, trochę ładne, trywialne, a tu nagle znajdzie się w takim miejscu i zamiera? Mam ochotę rzucić wszystko i tu zamieszkać, rozbić sobie namiot na emporze, niebieski, żeby się wtopić w otoczenie, i tu żyć. Jak teraz wrócić do swojego codziennego życia? Jak oddalić od siebie pokusę tego miejsca?
Zderzyłem się z nieznaną kulturą, z wolnością wyobrażeń, z myślą przedwieczną. Świat zawirował, a ja poczułem się, jakbym stał wewnątrz globusa, w samym centrum istnienia, w sednie ziemi i życia.

     Wyszliśmy na zewnątrz, to było jak cios obuchem w odsłonięte, niezakryte nawet najmniejszym tatuażem miejsce na ciele. Adę od razu zaczęła boleć pięta, pulsując od nagłego wzrostu ciśnienia krwi, mnie łzawiły oczy od gwałtownego zetknięcia się z żywym światłem. Było gorąco, byliśmy głodni, spragnieni wody, spragnieni siebie, nagle tysiąc różnych potrzeb strącających wolność ducha. Myślę, że tak mógł się poczuć Adam i idąca za nim Ewa tuż po opuszczeniu Edenu. Może byliśmy bliżej tamtej pary niż kiedykolwiek, albowiem właśnie przechodził obok nas mężczyzna z wielkim żółtym wężem oplecionym wokół szyi i rozpostartych ramion. Ada mimowolnie się odsunęła, stając za mną. Wrodzona ofidiofobia. Spletliśmy ręce i nie pozwalając spleść się myślom, bo każde przeżywało jeszcze minioną wizytę na nowo, ruszyliśmy ulicą.
Pomyślałem, że wspomnienia rozpłyną się z biegiem czasu i pozacierają. Ale wystarczyło spojrzeć w oczy Ady, mówiła o ich kolorze, że są niebiesko-zielone, dla mnie zawsze były one morskie. A teraz wzbogaciłem się o pewność, że one były jak te mozaiki w Ayasofyi. I szmaragdowe, i szafirowe, i miejscami błękitne, i butelkowo zielone, i z plamką turkusu, i z plamką złota, i lapis lazuli. Jak wycięty fragment z oklejonej tesserami ściany, z którego ktoś zrobił kolorystyczny miks, dodając po kropli kolejnego barwnika. A potem tę mieszankę umieścił wokół źrenic     Ady.
Chyba jestem szczęściarzem. Biednym Adamem wypędzonym z raju, ale…
Gwałtowne szarpnięcie, gdzieś po lewej pisk Ady, sekundowe zaskoczenie i nagła ulga w okolicy barków i pleców. A potem widok oddalających się mężczyzn w czerni, z naszymi plecakami o poprzecinanych szelkach.
Patrzyliśmy na siebie bez słowa, wmurowani.
W kieszeni miałem paczkę papierosów, dwa grosze polskie i pierścionek zaręczynowy dla Ady.
Ona w kieszeni miała pomięte opakowanie po plastrach.

Podziel się

O autorze

Diana Mahmud

Odpowiedz