I miejsce w konkursie „Śledztwo w rękach amatora” – Rymowica

Proboszcz Pagórek spojrzał w niebo. Po nocnej burzy, takiej od której, jak mówią tutejsze baby, krowy przestają się cielić, nie pozostało nawet wspomnienie. I gdyby nie wilgotna trawa i strącone zawiązki owoców w sadzie, nikt nie uwierzyłby w nocne wyładowania oraz pioruny bombardujące transformator. Ksiądz przeżegnał się nabożnie, nałożył misiurkę i właśnie zamierzał wejść do pasieki, gdy za plecami usłyszał rozpaczliwy głosik:
– Pse ksindza probosca, pse ksindza probosca! – rozczochrany malec, cały w ukłonach, zbliżył się z należytą czcią. Jego wielkie, wystraszone, czarne oczy znamionowały wzburzenie.

– A co tam Jasiu? – zapytał dobrodusznie proboszcz, rozpoznając w chłopaczku najmłodszego z Pyrdusiowych.
– Cuś się tatulowi stało! Mamusia kazali biegać po ksindza probosca. Bo widać, że cuś niedobrego w tatula wlazło – wysapał malec.
– Gdzie?
– A u nos, za stodołom!

Pagórek machnął tylko ręką i ruszył w stronę obejścia Pyrdusia. Kiedy zbliżył się do stodoły, ujrzał babę Pyrdusia trwożliwie wyglądającą zza węgła. Na widok księżowskiej sutanny szepnęła „pochwalony” i odetchnęła z ulgą. Proboszcz wyjrzał ponad jej głową i aż podniósł misiurę z oczu.
Za stodołą, w rozchełstanej koszuli w kratę, roboczych portkach i gumiakach, oparty o widły stał Wincenty Pyrduś, chłop rosły i ogorzały, znany z małomówności. Wpatrywał się niewidzącym,  rozmarzonym wzrokiem w kupę gnoju, a po jego twarzy błąkał się tajemniczy i melancholijny uśmiech.

– Niech dobrodziej zaczeka, pewnikiem zarozki zacznie nadawać – mruknęła Pyrdusiowa. – Od godziny coś mu się porobiło, cięgiem stoi i w gnój się gapi, i goda. Ale po jakimu on goda?!

Wincenty jakby coś usłyszał, bo odwrócił się leniwie w stronę żony i proboszcza. Na widok tego ostatniego (nadal w misiurze na twarzy), westchnął, skupił się na leżącym nawozie i głosem donośnym i natchnionym wydeklamował:

Błędny rycerz przemierzając Poddębice
Nazbyt nisko opuścił przyłbicę
Zawęził tym pole widzenia
Do okolic strzemienia
Więc koń pier…, pardon, kopnął go w potylicę
*
Komendant Ochotniczej Straży Pożarnej, Bubiełło, w galowym mundurze, z podwiniętą prawą nogawką spodni, jechał na swym wysłużonym składaku marki „Czajka” do gminy, gdzie decydować się miały losy nowej motopompy. W rytmie miarowego poskrzypywania nieoliwionego łańcucha błądził myślami przy składzie drugiej roty, ale czuł się jakiś nieswój. Początkowo sądził, że to niewypita przed snem setka swojskiej była powodem jego niepokoju. Jednak zaraz przypomniał sobie, że przecież zdarzało mu się nie pić… Ot, choćby w zeszłym roku w Wielkim Poście nie napił się ani kropelki. Co prawda cały ten czas przeleżał poparzony w szpitalu, ale fakt pozostawał faktem…

Uczucie niepokoju wzmogło się, gdy Bubiełło dojechał do strugi. Poczuł nagle jakąś wewnętrzną siłę, która kazała mu zsiąść z roweru. Nie, to nie było parcie na pęcherz. Komendant porzucił jednoślad i jak zahipnotyzowany zsunął się w stronę strumienia. Zatrzymał się nad brzegiem, usiadł na omszałym kamieniu i zastygł wpatrzony gdzieś w dal…

W tej pozycji zobaczył go proboszcz, gdy z podkasaną sutanną i misiurką pod pachą biegł do szkoły, bowiem zasiedziawszy się za stodołą Pyrdusia, zapomniał, że za kilka minut musi rozpocząć katechezę dzieci pierwszokomunijnych. Ksiądz zatrzymał się zaniepokojony widokiem Bubiełły. Komendant machinalnie podrapał się w gołą łydkę, nie odwracając wzroku od tego, w co był wpatrzony. Po czym z jego ust dobiegło jakieś niewyraźne ni to bulgotanie, ni to westchnienie. Proboszcz stanął za nim i usiłował podążyć za spojrzeniem komendanta, ale ze zdziwieniem skonstatował, że wzrok strażaka zogniskowany jest na kępie olszyn porastających brzeg strumienia. Pagórek delikatnie postukał komendanta w ramię. Żadnej reakcji. Powtórzył zabieg nieco silniej. Bubiełło opędził się ręką i zaczął powoli, w zamyśleniu i podniośle recytować:

Kto mi powie, że strażaki
To są chłopy bez wigoru
Temu wnet wypruję flaki
Przy kapliczce koło dworu

Zamilkł, lecz po chwili mruknął pod nosem, że to zbyt sadystyczny repertuar i rozpoczął od nowa:

Kto mi powie, że strażacy
To są chłopcy bez humoru
Temu z miejsca dam po glacy
Przy kapliczce obok dworu
*
Kapliczka, którą bez wątpienia miał na myśli komendant Bubiełło, stała tuż za bramą wjazdową prowadzącą do dawnej siedziby rodowej Kurdasów. Parterowy dworek, zamieniony przez komunistów na posterunek milicji, zajmowały obecnie pomieszczenia szkoły. Proboszcz z szacunkiem skłonił głowę i w tej samej chwili rozdzwonił się jego telefon komórkowy. Telefonowała sekretarka ze szkoły.

– Niech ksiądz proboszcz przychodzi jak najprędzej… – wyszeptała do słuchawki. – Coś dziwnego stało się panu nauczycielowi, a ja jestem w tej chwili sama z tymi wszystkimi dziećmi… – głos jej się załamał.

Proboszcz przyspieszył kroku. Obszedł ostrożnie dworek i zaraz usłyszał harmider, jaki powodowała pozbawiona opieki dziatwa szkolna. Podkradł się pod okna pracowni, w której powinna mieć lekcje druga klasa i ostrożnie zajrzał do środka. Dzieciaki rzucały w siebie, czym popadło, przekrzykiwały się i ze śmiechem wskazywały na tablicę. Kilkoro z nich filmowało coś zapamiętale przy użyciu telefonów komórkowych. Pagórek irracjonalnie pomyślał, że zazwyczaj to raczej młodzież prowokuje jakąś drakę w czasie lekcji, aby wyprowadzić z nerwów nauczyciela, a następnie szybciutko sfilmować jego reakcję i filmik umieścić w necie. Sam był świadkiem, jak zasłużony dziennikarz radiowy wraz z gronem specjalistów teoretyków debatował nad zachowaniem podłego pedagoga. Ale żeby dziewięciolatki…?

Po chwili zorientował się, co stanowi obiekty filmowania. Kilku malców skierowało swe telefony w stronę rysunku na tablicy przedstawiającego bez wątpienia nauczyciela. Chuderlawy osobnik o końskiej bródce ubrany (Bogu dzięki) jedynie w skromny listek figowy patrzył łakomym wzrokiem na napis Podwyszka w osiwjaće. Druga grupka maluchów rejestrowała żywego, choć dziwnie zastygłego i nieruchomego, nauczyciela, pana magistra Giez-Kobylińskiego, który z rękami wspartymi o parapet ostatniego okna patrzył bez mrugnięcia powiek gdzieś w dal i, jak się wydawało, bezgłośnie poruszał wargami.

Proboszcz zbliżył się do niego. Nauczyciel nie zareagował i coś wyszeptał. Ksiądz nadstawił ucha, usiłując przebić się słuchem przez hałas.

Lepiej ślady mieć po kwasie
Niż angielski w drugiej klasie
Przerwał, ale po chwili uzupełnił:
Lepiej zrobić debet w banku
Niż być w szkole o poranku

Pauza, i znowu:

Lepiej dostać nagłej czkawki
Niż wyjaśniać sens przydawki
*
Nad wsią zapadła wiosenna noc. Księżycowa poświata oświetlała pejzaż za oknem pokoju księdza Pagórka. Proboszcz wstał z klęcznika i zapatrzył się w widok, który od tylu lat zapewniał mu ukojenie przed snem. Cmentarz. Cichy, spokojny i monumentalny, nabierający po zmroku jeszcze większej siły oddziaływania na ludzkie zmysły, ukazując kres ambicji i dążeń.

– Co się stało tym chłopom? – zapytał na głos sam siebie. – W co oni tak się wpatrywali? Co za gadulec ich opętał?

Nagle zamarł. Po drugiej stronie drogi tuż za cmentarnym murem poruszył się jakiś cień. Proboszcz przywarł nosem do szyby. Cień tymczasem przesadził ogrodzenie i zniknął po drugiej stronie. Pagórek nie zdążył jeszcze na dobre wyartykułować swej dezaprobaty, gdy w polu jego widzenia zamajaczyła niewyraźna postać posuwająca się ukradkiem wzdłuż muru. Ksiądz zamierzał otworzyć okno i zawołać cokolwiek do nocnego wędrowcy, ale nie zdążył. Postać zwinnie przeskoczyła na cmentarz. Po niespełna minucie z przeciwnej strony nadszedł jeszcze jeden osobnik i również wtargnął za mur.

– O nie, nie! – powiedział do siebie proboszcz, aby zaopatrzyć się nieco w odwagę. I choć zabrzmiało to nieco piskliwie, powtórzył: – O nie, nie! Nie w tej parafii!

Zbiegł na dół, pospiesznie zebrał kilka rzeczy. W przedpokoju zerknął w lustro i poprawił nakrycie głowy, po czym sięgnął do szafki na buty. Po pięciu minutach stał pod murem cmentarnym i patrzył w oświetlone nocną lampką okno pokoju, z którego dostrzegł intruzów. Światło służyć miało jako punkt orientacyjny dla oszacowania, w którym miejscu te diabelskie indywidua przeniknęły na teren cmentarza.

Ksiądz Pagórek znalazł mniej więcej ten punkt. No tak, mur był tu odłupany i nieco niższy. Proboszcz mruknął pod nosem Alleluja i naprzód, wdrapał się na ogrodzenie, a następnie zsunął na drugą stronę. Ból, jaki poczuł w kroczu, na chwilę odebrał mu oddech. Dopiero po dłuższej przerwie zorientował się, że siedzi okrakiem na pionowej płycie pomnika. Gdy już doszedł do siebie, spróbował wzrokiem odnaleźć ludzi, którym nocą zachciewa się wchodzić na cmentarz. Nic nie dostrzegł. Żadnego światła, ognika zapalonego papierosa czy błysku zapałki. Kilkanaście metrów przed nim majaczyła niewyraźnie bryła rodowego grobowca Kurdasów. Proboszcz uspokoił oddech i zaczął nasłuchiwać. Wydało mu się, że od strony mauzoleum doleciał go jakiś odgłos. Jakby ktoś się potknął. Po chwili coś skrzypnęło. Pagórek odczekał kilka sekund i ostrożnie włączył latarkę. Snop światła skierował w dół pod nogi i powoli, starając się kryć za płytami nagrobków, ruszył w stronę grobowca.

Gdy tam dotarł, dostrzegł, iż metalowe drzwi są uchylone. Wahał się tylko przez chwilę, potem jednym zdecydowanym ruchem je otworzył i znalazł się w środku. Był tu już przed kilku laty razem z konserwatorem zabytków i wiedział, że znajdzie się w pustym pomieszczeniu o tynkowanych ścianach, na których przymocowano mosiężne tablice z inskrypcjami dotyczącymi danych co do pochówku kolejnych z rodu Kurdasów. Same krypty zostały wiele lat temu zamurowane. Pomieszczenie więc, w którym się teraz znalazł proboszcz, powinno być puste. I było. Jednak ksiądz pamiętał także, iż  klucz do grobowca znajdował się w kancelarii i był tam na pewno tego wieczora. Kto zatem otworzył monument i gdzie się teraz znajduje?

Pagórek metodycznie przeczesywał światłem latarki każdy zakamarek grobowca. Na podłodze nie było żadnych śladów, natomiast jego uwagę przykuły tablice. A właściwie jedna z nich. Proboszcz ze zdziwieniem zobaczył, że jest wykonana z innego materiału niż pozostałe. Przyjrzał się jej uważniej. Nie, to był ten sam stop, ale tablica była po prostu wyczyszczona.  Napis głosił, że w krypcie pochowany jest Hieronim Onufry Kurdas, który zmarł A.D. 1895.

Ksiądz, nie zastanawiając się, zaczął obmacywać płytę. Był przekonany, że jej stan musi w jakiś sposób wiązać się z wizytą intruzów. Może to loch otwierany odpowiednią kombinacją liter lub cyfr? Dotknął po kolei wszystkich liter w imieniu Hieronim. Nic. To samo powtórzył z Onufrym. Bez skutku. Przeszedł do nazwiska i ku swojemu zdumieniu poczuł po naciśnięciu litery „r”, że ta jakby nieco się zapadła, a jednocześnie dał się słyszeć dyskretny, metaliczny szczęk. Proboszcz gorączkowo zaczął dotykać cyfr. Żadnego rezultatu. Wrócił do liter i rozpoczął czynności palpacyjne w odwrotnej kolejności. Dotykając „y” znów poczuł to samo co przy „r” . A zatem hasło! Wyraz zaczynający się od „ry”? Rozwiązanie nasunęło się samo. Rym! Proboszcz Pagórek puknął się w głowę. Jasne, wystarczyło przyjrzeć się dokładniej płycie. Pod datą śmierci, niewielkimi wprawdzie literami, ale jednak, widniał napis Sługa Kaliope. Ten Hieronim Onufry był poetą…

Ksiądz przeżegnał się i nacisnął literę „m” w imieniu Hieronim. Rozległ się szczęk, a następnie fragment ściany odsunął się w prawo, ukazując  wejście do czegoś, co przypominało bardzo wąską klatkę schodową. Pagórek poświecił w głąb latarką. Wąskie schodki zakręcały i ginęły gdzieś w dole. Po lewej stronie na wysokości twarzy proboszcza znajdowała się dźwignia służąca zapewne do otwierania przejścia od wewnątrz. Jednak ksiądz jeszcze nie zaryzykował wejścia. Wyjął telefon komórkowy, przesłał wiadomość o miejscu swego pobytu i sposobie otwierania krypty na skrzynkę e-mail szkoły. Wiedział, że rano sekretarka skrupulatnie przegląda pocztę. A jeżeli uda mu się wywinąć cało z tej eskapady, wówczas zdąży wykasować wiadomość. Machinalnie spojrzał na wyświetloną godzinę. Za pięć dwunasta. Godzina duchów tuż tuż – pomyślał i wszedł na stopnie.

Gdy dotarł do jedenastego, usłyszał, jak w górze zasuwa się ściana. Mimo woli wzdrygnął się, ale teraz nie było już odwrotu. W tunelu, który wciąż zakręcając, prowadził w dół, nie czuć było zaduchu. Musiała tu funkcjonować jakąś naturalna wentylacja, bo proboszcz mimo ekwipunku i strachu czuł się rześki. Doliczył trzydziestu dziewięciu stopni, gdy usłyszał niewyraźne głosy. Wyłączył latarkę i z mocno bijącym sercem, po omacku, zaczął pokonywać ostatnie schody.

Dotarł do załomu muru. Głosy stały się wyraźniejsze. Proboszcz ujrzał migotliwe blaski pełzające po ścianach. Rozpakował sprzęt, który wziął ze sobą i ostrożnie wychylił się zza węgła. Był w niskiej, łukowo sklepionej krypcie o ceglanych ścianach z położonym centralnie katafalkiem. W pomieszczeniu oświetlonym przez kilka nagrobkowych zniczy znajdowali się trzej mężczyźni, których czynności wprawiły proboszcza w osłupienie.

Na katafalku, zamiast trumny, w pozycji zasadniczej z dumnie zadartą kozią bródką, stał magister Giez-Kobyliński. Ubrany w czarne, obcisłe dżinsy i koszulkę bokserkę, gestem amerykańskiego marines salutował do odkrytej głowy i jednostajnie powtarzał wpatrzony w komendanta Bubiełłę:

– O, komendancie, mój komendancie! O, komendancie, mój komendancie!

Jednak adresat zdawał się nie dostrzegać tej wyraźnej atencji. Siedząc na wieku trumny, zapatrzony w jakiś stary, oprawny w skórę wolumin, najwyraźniej nie mógł oderwać wzroku od jego treści. Proboszcz dostrzegł, iż strażak nie ma na sobie tradycyjnego munduru. To znaczy góry od munduru. Zastąpił ja czarnym podkoszulkiem z napisem Ogniu, krocz za mną!

Trzeci z obecnych w krypcie mężczyzn, Wincenty Pyrduś, siedział rozwalony w otwartej trumnie i akompaniując sobie na harmoszce, rzewnie nucił nieco zmodyfikowany refren znanego niegdyś przeboju:

Jestem wieśniakiem,
w porzo chłopakiem
Mów mi Vincent

Księdza zaniepokoiły dwie sprawy: profanacja zwłok i dziwny tatuaż na wątłym bicepsie Gza-Kobylińskiego. Co prawda, odetchnął na widok stojącej na trumnie flaszki, ale okazało się, iż jest to odetchnięcie przedwczesne. Butelka opatrzona czarną kartką przy bliższym kontakcie okazała się zawierać autentyczną whiskey Jack Daniels. A to już było naprawdę niepokojące.

Ksiądz Pagórek ostrożnie zbliżył się do recytującego swoją mantrę nauczyciela i z uwagą przyjrzał się tatuażowi. Uff, to nie był symbol okultystyczny, tylko układający się w zdanie napis: I hate school. Pozostała zatem jeszcze kwestia zwłok. Proboszcz obszedł cale pomieszczenie i dopiero teraz nieco się uspokoił. Nic nie wskazywało na to, aby doczesne szczątki hrabiego Hieronima Onufrego kiedykolwiek spoczęły w tym pomieszczeniu.

– O Święty Walenty, Święty Walenty, patronie nieszczęśliwych na umyśle – westchnął, wyjmując z ręki komendanta inkunabuł. – Trzeba będzie do kurii po egzorcystę dzwonić. Opętało chłopów, jak nic opętało.

I rzeczywiście ich opętało. Bo któż przy zdrowych zmysłach nie zareagowałby na widok proboszcza przystrojonego w czarny, moherowy beret zsunięty zawadiacko na bakier i z twarzą przyczernioną pastą do butów? Kogóż nie poruszyłby jego ekwipunek: przewieszona przez pierś taśma z małymi podręcznymi kropidłami, na plecach kołczan z ogromnym kropidłem mszalnym i przytroczone do pasa cztery świece oraz wielki srebrny krucyfiks w wyciągniętej dłoni?
*
Nie udało się księdzu zasnąć tej nocy. Do rana czytał księgę, od której uwolnił komendanta. Były to zapiski owego Hieronima Onufrego Kurdasa, człowieka biegłego w piśmie, a przy tym zawziętego etnografa lokalnego folkloru. Dziełko zawierało odręcznie spisane  relacje mieszkańców dotyczące historii oraz kultury obszarów należących do włości Kurdasów. Przytaczało też podania i wierzenia ludowe, od których księdzu włosy stawały dęba.

Około piątej nad ranem proboszcz Pagórek natrafił w zapiskach na fragment, który go zaintrygował. Otóż autor przywoływał relację jakiegoś anonimowego siedemnastowiecznego kronikarza, który wspominał tutejszego chłopa opętanego przez demona. Chłop ów, ni z tego, ni z owego, zaczął nagle przemawiać mową wiązaną i to w sposób na tyle niezwykły, że jedno z jego wystąpień odnotowano:

Gdy zaś niewiastę w me łoże złożę
Nie myś-li że z miejscać oną chędożę
Ja zacnego Kupido na świadka przyzywam
Że pierwej ją poezyją rozckliwiam

Ten incydent nie był jednostkowy. Hieronim Onufry podaje kolejny przykład, tym razem dotyczący wieku osiemnastego. Pewien parobek, którego imienia współcześni nie odnotowali, pracujący w stajniach Kurdasów, kopnięty przez Atamana, jabłkowitego wierzchowca z białą strzałką nad prawym okiem, zaczął nagle rymować. Uprosił nawet miejscowego felczera i ten zanotował jedno z owych dzieł. Sprawa była autentyczna, bowiem ów tekst zapamiętał dziad Hieronima i przytaczał go wnukowi z pamięci:

Stary osieł zwany Kłapouchem
Ma poważny problem z słuchem
Co zwyczajowo bywa dość  uderzające
Gdy przychodzi płacić w karczmie „Pod zającem”

Wydarzenia te, według Hieronima, spowodowały powstanie lokalnej bajdy o demonie spadającym na tutejszych chłopów i nakazującym im rymować. Ma to miejsce raz na jeden wiek. Jednak Hieronim, przeżywszy przecież znaczną część wieku dziewiętnastego, nigdy nie był świadkiem działalności demona, któremu nawet dano imię: Rymowica.

Proboszcz Pagórek wrócił do początku księgi, gdzie Kurdas wykaligrafował: Wiersze młodzieńcze. Spojrzał na pierwszy z nich:

Wzbić się mocarnymi skrzydła nad iluzyj padół

Sercem uczuć i  pokonać  tę siłę co przyciąga na dół…

Dalej nie musiał czytać, wiedział, kogo to w wieku dziewiętnastym dopadła Rymowica: biedny Hieronim Onufry, sługa Kaliope… Należało teraz poszukać jakiejś wzmianki o działalności demona w dwudziestym stuleciu.

Proboszcz zaparzył sobie mocnej kawy, potarł nieogolony podbródek, poczochrał się po głowie i podreptał do kancelarii. Wyciągnął kronikę parafialną  i właściwie od razu znalazł to, czego szukał. W roku 1950 wklejono tam wycięty z Trybuny Ludu artykuł zatytułowany Ludowy poeta w ministerstwie, pod którym ktoś odręcznie dopisał I Bogu niech będą dzięki!!! Bohaterem tekstu był niejaki Waciakowski, kierownik tutejszego PGR-u, krzewiciel walki z obszarnictwem i kułactwem. Zasłynął jako twórca nośnych haseł propagandowych w stylu:

Mój oręż to kosa, brona i pług
A imperialista to najgorszy wróg!

*
– Chłopy, zamiast pracować i zajmować się rodziną, klecą te rymowane dyrdymały – mówił do siebie proboszcz wpatrzony w pasiekę. – Może to i ta Rymowica, może i nie? Jak zadzwonię po egzorcystę, to się zaraz dziennikarze zlecą. Zaczną szukać, przepytywać. A tu spokojna, wiejska parafia… Nie, nie… Trzeba załatwić to samemu. Tylko jak? Dlaczego padło akurat na tych trzech? Przecież nic ich nie łączy… – zamyślił się.

Nagle coś sobie uświadomił. Wydało mu się, iż znalazł wspólny mianownik dla trzech wczorajszych przypadków. Ten dziwny stupor, to puste spojrzenie pozornie bez celu, pozornie niewidzące, a jednak… Proboszcz pospiesznie naszkicował przybliżoną mapkę wioski. Następnie ustawił postacie Pyrdusia, komendanta i nauczyciela w miejscach, w których ich zastał i przy pomocy strzałek narysował kierunki ich zapatrzenia. Okazało się, że wszystkie przecinają się w jednym miejscu na mapie – obok proboszczowskiej pasieki. Ksiądz przyjął pewien oczywisty margines błędu, ale o pomyłce nie mogło być mowy. Wszedł do pasieki, rozejrzał się uważnie. Jedynym miejscem, które wchodziło w rachubę, był stojący tuż za płotem transformator.

– To by mogło się zgadzać – mruknął w zamyśleniu Pagórek. – Z cmentarza ma nawet niedaleko. Wyskoczy co parę dziesiątków lat z krypty Hieronima, zasadzi się na jakiegoś tutejszego kmiecia. Stąd taki cug w tym grobowcu, musi to diabelstwo którędyś wyłazić. Później opęta, ściągnie chłopinę na dół  i zmusza do rymowania. Jak już się nażre tych wszystkich aa, bb czy tam innych, włazi do pustej trumny i śpi jak niedźwiedź w barci. Może i nie trzeba będzie po egzorcystę dzwonić?

Proboszcz wrócił do siebie, znalazł kilka książek poświęconych poezji z gatunku raczej lekkiej. Okazało się, że w XXI wieku chłopi propagowali limeryki, moskaliki i lepieje. Ksiądz przestudiował kilku klasyków, zaopatrzył się w kombinerki i stanął przed transformatorem. Kłódka już dawno się komuś przydała, więc proboszcz przy pomocy obcęgów odwinął stalowy drut służący jako zamknięcie urządzenia i otworzył  drzwiczki.

Wewnątrz znajdowały się jakieś druty, po których wesoło przeskoczyło kilka iskier. Wyglądało to raczej niegroźnie. Naraz duchowny dostrzegł zielonkawą mgiełkę formującą się w kształt elipsy. Proboszcz skojarzył ją sobie z okiem. Chciał mu się przyjrzeć, ale w tej samej chwili zielonkawa poświata wystrzeliła i Pagórek poczuł łagodne uderzenie w czoło. Jednocześnie jego wzrok zogniskował się w jednym, nieokreślonym punkcie. Po sekundzie ksiądz usłyszał swój własny głos. Jednak miał świadomość, iż to nie jest wypowiadana przez niego myśl, a on sam służy jedynie jako swoisty przekaźnik, by nie rzec medium, jakieś zewnętrznej sile:

Kto mi powie, że z proboszcza
To zwyczajny kawał łotra
Temu wbiję ze dwa ostrza
W kruchcie u świętego …

Siła przerwała i czekała, aż Pagórek dokończy. Proboszcz uczuł, że może myśleć samodzielnie. – Aha – skonstatował – zaczęła od moskalika i to w dodatku wazeliniarskiego. Znów poczuł uderzenie i  usłyszał własny głos:

Kto mi powie, że z proboszcza
To zwyczajny kawał łotra
Temu wbiję ze dwa ostrza
W kruchcie u świętego …

– Hieronima – wykrztusił ksiądz.

W transformatorze coś jakby się zagotowało, następnie zielona poświata przybrała intensywną niebieską barwę i po raz kolejny wystrzeliła. Tym razem trafiła proboszcza w skroń. Pagórek wymamrotał:

Lepiej zostać infułatem
Niż mieć do czynienia z …

– Polityką – wyjąkał pierwsze, co mu przyszło na myśl. Oprócz oczywiście rymu.
Zwoje w transformatorowej skrzyni stały się krwiście czerwone, a następne uderzenie trafiło księdza w podbródek z taką siłą, że upadł na plecy. Rymowica przygwoździła go do ziemi.

Mickiewicz
Czuł chroniczny wstręt do dziewic
Coś tam wprawdzie o Grażynie i Zosi wspominał
Ale chętniej paryskie panie …

– Diabli nadali – pomyślał z przerażeniem proboszcz. – Bydlę zaatakowało biografiołem. Jak to się rymowało?
– Gościł… – wyszeptał ostatkiem sił i zemdlał.

Ocknął się pod transformatorem. Słońce powoli zachodziło. Proboszcz podniósł się, otrzepał sutannę i przyjrzał urządzeniu. Nic, żadnej poświaty, żadnego oka. – Wygrałem – pomyślał z ulgą. Bał się bowiem egzorcystów.

*
Minęło kilka dni. Proboszcz pielił grządki, gdy za plecami usłyszał znajomy głosik:
– Pse ksindza probosca, pse ksindza probosca! – sapał Jasio Pyrduś. – Cuś się matuli porobiło! Tatuś kazali biegać po ksindza probosca. Bo widać, że cuś niedobrego w matulę wlazło!
– Gdzie konkretnie?
– A u nos, za stodołom!

Zza stodoły Pyrdusiów dolatywała muzyka, którą za czasów młodości księdza nazywano pościelówą. Wincenty Pyrduś stał przerażony i gestem wskazywał coś proboszczowi. Ten wychylił się. Najpierw zobaczył dwumetrową rurę PCV, pięćdziesiątkę, pomalowaną na srebrno i wpuszczoną pionowo w wiadro z betonem. Na rurze, w samej tylko barchanowej halce, w rytm muzyki wyginała się baba Pyrdusia.

Jarosław Andrasiewicz

6 komentarzy

  1. Napisalem:

    Wystarczy napisać opowiadanie o ojcu Mateuszu i 1 miejsce mamy zapewnione, ech. Dwa pozostałe opowiadania zdecydowanie lepsze. A tak fajnie się zapowiadaliście.

    1. Nikt nie usuwa żadnych komentarzy, więc proszę niech się Pan nie denerwuje. Komentatorzy są rozpoznawani poprzez podany adres e-mail (tak funkcjonuje WordPress). Pierwszy komentarz z danego adresu e-mail jest zawsze przekazywany do moderacji, w ten sposób wychwytujemy spamerów i boty zaśmiecające komentarze złośliwymi linkami. Później już wszystkie komentarze od danego komentatora publikują się natychmiast, bez moderacji.
      Podał Pan inny adres e-mail (co od razu widać po zmianie awatarka) i komentarz trafił z automatu do moderacji. Teraz, jak widać, już jest.

  2. „Rymowica” to jedno z dwóch opowiadań, które moim zdaniem zasłużyły na pierwsze miejsce. Zabrakło mi w nim jednak właśnie śledztwa. Tekst napisany jest fajnym stylem, widać, że autor ma koncepcję i konsekwentnie swój pomysł realizuje. Ale, jak wspomniałem, brakowało mi tego śledztwa (nie znaczy, że go tam nie ma! Ale mało, mało…), natomiast poczucie humoru autora trafiło zdecydowanie w mój gust. Tekst rozpoczęty z rozmachem, wciągający a później nieco rozczarowujący. No i puenta – niezła, ale nie kopiąca. Ale moim zdaniem – obroniła się.
    No i oczywiście poziom – wysoki, choć nie brak błędów. Na przykład nagminne mylenie dywiza z półpauzą, które mnie strasznie irytuje, bo świadczy o przyzwyczajeniu autora do edytora tekstu i odpuszczeniu korekty.
    Generalnie – jeden z dwóch równorzędnych tekstów, którym zwycięstwo się należało, choć ja akurat optowałem za „Szeryfem z Erind”. Jednakże główna nagroda w konkursie należy się całkowicie zasłużenie.
    Gratulacje!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *