I miejsce w konkursie „Dylematy singielki” – „Przyjaciel”

Czerwony bąbel nad górną wargą świecił się jak sukienka Natalii Portman na rozdaniu Złotych Globów. Gapiąc się z niedowierzaniem w lustro Nina zmacała go dogłębnie. Choć wiedziała, że nie powinna dotykać go wcale. Przenosiła tylko bakterie przyczyniając się do zaognienia wykwitu. Lekceważąc elementarne zalecenia higieny wcisnęła bąbel z całej siły w wargę aż kropelka przezroczystego płynu prysnęła w taflę zwierciadła. Starła ją palcem, zostawiając na lustrze białawą smugę. Bąbel wyglądał szkaradnie. Z niesmakiem przewertowała szuflady i szafki w poszukiwaniu środka na opryszczkę. Nie znalazła. Była zmuszona pójść do pracy z niechlubnym wypryskiem, który zniekształcił jej ponętne usta lokując się na granicy philtrum.

Miała wstąpić do apteki jeszcze przed pracą, ale wysiadając z samochodu wpadła prosto na szefową. Wystękała poniedziałkowe dzień dobry i pokornie weszła do budynku firmy. Zaliczyła pięciominutowe spóźnienie, które niechybnie zostanie jej zapamiętane. Usiadła za biurkiem bez porannej kawy i bez śniadania.

– Cześć Nina. Całowałaś się na mrozie?
Zapowiadał się bardzo zły dzień.
Chowała twarz w papierach, chcąc pozostać niezauważoną. Jak na złość, za jej biurkiem kłębiły się tabuny interesantów i ciekawskich oczu. Co rusz ktoś przynosił najnowszą, jedną z tych w stylu: Doda w czerwonej kurteczce, plotkę, zmuszał ją do zainteresowania się gafą znienawidzonego menedżera, niemogącego się poszczycić innymi atutami niż bliskie pokrewieństwo z szefową. Zrezygnowała nawet z pogawędki z Marcinem, który zawsze nastrajał ją optymistycznie. Gdy przechodził obok spuściła głowę i wybąkała parę zdawkowych słów. Wolała, by nie przyglądał się temu paskudztwu obok rynienki podnosowej. Choć obiektywnie rzecz ujmując pewnie nie interesowała go historia czerwonego bąbla. Nikogo nie interesowała. Nawet Ani, która słusznie spytała czy całowała się na mrozie. Ludzie byli przewrażliwieni na swoim punkcie. Pomyślała, że mimo to lepiej byłoby dla niej, gdyby jej, jakże rzadkie, seksualne przygody, kończyły się bez dowodów zbrodni. Jakoś nigdy nie zauważyła u znajomych szram na szyi, brązowawych sińców na nadgarstkach. A u niej… zawsze wszystko widać. Jak całowała się z Pawłem to przez tydzień nie zeszły jej ślady po zębach na ramieniu. A o tym, że tam były dowiedziała się od swojej siostry. Po przygodzie z Angelem męczyła się w golfach i szalach, mimo że był środek upalnego lata. Upstrzył jej cały dekolt krwistymi malinkami, nie dało się ich zakryć ani włosami ani biżuterią. Postarał się chłopak, żeby o nim nie zapomniała. A teraz to.

Wbrew rozsądkowi koniuszek wskazującego palca Niny, co chwila, zamiast na klawiaturze, lądował na wykwicie. Język co rusz zawieruszał się za granicą zębów sprawdzając czy przypadkiem intruz nie postanowił zmienić właściciela. Niestety bąbel rozgościł się na dobre na wardze i zaczynał obrastać w żółtawą skorupkę. Przeistoczył się w spieczony kawałek szarlotki z kruszonką. I postanowił zająć całą swobodną przestrzeń pomiędzy wargami a nosem. Nina klęła i macała, a szarlotka rozmnażała się zajmując kolejne milimetry philtrum i ust.
Do apteki wyszła dopiero w przerwie obiadowej. W publicznej toalecie nasmarowała wyprysk grubą warstwą zoviraxu i z politowaniem pokiwała głową nad swoim odbiciem. Zawsze zaśmiewała się z ludzi z taką górką nieroztartej maści, albo z białym plastrem na twarzy. Teraz sama była takim pożałowania godnym obiektem. A tyle razy postanawiała ograniczyć kontakty seksualne z przedstawicielami płci przeciwnej. Szczególnie te z grupy najwyższego ryzyka. Teraz na pewno się jej to uda. Przynajmniej do końca tygodnia namiętne pocałunki zostały wykluczone z programu i bąbel już się postara, by obyło się bez taryfy ulgowej dla właściciela najponętniejszych ust i najostrzejszego intelektu. Nie musiał się starać. W rzeczywistości przyszły weekend został już przeznaczony na przeczytanie Bukowskiego i Marienhofa i obejrzenie dwóch najgłośniejszych, zeszłorocznych filmów, które jakoś umknęły jej uwadze. I musiała odwiedzić siostrę. Po prostu musiała. Po drugie, właściwie, po pierwsze: ponętne usta i ostry intelekt nie trafiał się co weekend. Trafiał się zdecydowanie rzadko. Należał do grona deficytowych towarów, jak nieuczulający krem pod oczy, ciepła czapka, w której nadal wygląda się jak człowiek. To, że w ogóle się trafiał uważała za jeden z powodów, dla których ciągle warto wstawać z łóżka.

Wróciła za biurko i przyznała się, że było jej tam dobrze. Tabelki się jej nie myliły, kartki nie sklejały, nie wiało, nikt nie marudził a w lędźwiach ciągle czuła to przyjemne mrowienie. Gdy zmrużyła oczy, odchyliła głowę do tyłu i skuliła nogi to czuła nawet więcej. Zdecydowanie więcej niż było bezpiecznie czuć w otwartym biurze z przewalającymi się kolegami i ciągłym: cześć, co słychać. Uśmiechnęła się pod nosem. Gdyby nie ta cholerna opryszczka zaliczyłaby sobotnią przygodę do doskonale niezobowiązujących. Uśmiech nie schodził jej z ust. Doskonałość była taka nudna.
– Cholera
Pomyliła się w obliczeniach. I zdecydowała zrobić sobie przerwę na herbatę.
-Idziemy po pracy do kina. Masz ochotę? – W kuchni spotkała Anię i Kasię.
-Bardzo chętnie. – Nina nie opanowała sztuki odmawiania. Dzięki temu w jej życiu ciągle coś się działo. Czasami działo się zdecydowanie za dużo i zdecydowanie nie po jej myśli.
– Z kim się całowałaś?
-Po prostu zmarzłam i się nie wyspałam. W moim wypadku to zawsze wystarczy.
– No jasne.

Herbata była cudowna. Gorąca i odurzająca, wypełniała gorącem całe ciało Niny. Jeszcze jeden zeszyt i pójdzie do domu. Potem do kina. Życie było takie piękne. Rzeczywiście o czasie dokończyła rachunki. Nie pojechała do domu. Zjadła na mieście i wylądowała w czerwonym kinowym fotelu. Film był o dziwo dobry. Ciekawy scenariusz. Nieprzeintelektualizowany, nie za długi, z jasnym przesłaniem podanym w subtelnej formie. Znalazłszy się w domu Nina poczuła się czysta i nowa. Kręciło się w odpowiednim kierunku.
Passa towarzyszyła jej aż do wieczornej toalety i zaliczyła spadek o kilka punktów procentowych w kontakcie z lustrem. Bąbel na wardze osiągnął szczyt brzydoty. Porzucił wdzianko szarlotki i jawnie gnił na jej wardze. Nina zgrzytnęła zębami. Zawarczała. Ale wykwit ani myślał przestraszyć się jej srogiej miny. Przykryła go kolejną warstwą zoviraxu i położyła się do łóżka święcie przekonana, że jutro już go nie zobaczy. Zasnęła piękna i uduchowiona.

Rankiem okazało się, że bąbel ani myślał powiedzieć Ninie: „do widzenia”, całym sobą zdawał się krzyczeć: „jeszcze mnie popamiętasz”. Życie bywa brutalne, szczególnie o poranku. Z drugiej strony gdyby nie opryszczka, przyjemne wspomnienie uleciałoby szybciej. (Znajdowanie czystych kubków w brudnej kuchni należało do jej specjalności.) Tak on i jego namiętne wargi były ciągle przy niej. Stanowiły pozytywny odnośnik za każdym razem, gdy istnienie wykwitu dawało się jej we znaki. Ciekawe co robił? Lepiej pewnie nie zadawać pytań. Tacy mężczyźni mają po kilka kobiet i wszystkie traktują jak damy, i o wszystkich myślą jak o dziwkach. Nie uważała siebie za dziwkę. Uprawiała seks raz do roku. Dziwki musiały robić to częściej. Podniesienie się na duchu, tak niepodważalną argumentacją, sprawiło, że pół godziny później wkroczyła do biura pełna zapału i dobrych myśli.

Do południa szło jak po maśle: 120% normy, 2 kubki czarnej kawy bez cukru, 15 minut w cieple Marcinowego uśmiechu, 1 kontrola zadowolonej szefowej, 4 odbębnione rozmowy telefoniczne, 3 zrealizowane przelewy. Schody zaczęły się koło trzeciej. Nieoczekiwanie. Mrowiło ją w podbrzuszu. Opuściło ją skupienie, a naszły „pewne” myśli. Były natarczywe. Czuła, że robi się wilgotna, i że sobie nie ulży. Zlokalizowała swój seledynowy wibrator, leżał gotowy do akcji w pierwszej szufladzie nocnej szafki. Tak – wymieniła baterie w zeszłym tygodniu. Kołatanie w piersi przenosiło się w dół brzucha. Skrzyżowała nogi i modliła się, żeby czas się pośpieszył.
– Już przelewam.
-Już idę.
-Już się robi.
-Już wysłałam.
Tortury, jakie Nina zadawała swojemu ciału skończyły się dopiero 3 godziny później. Wparowała do domu i zanim zdążyła zdjąć kozaki była bez majtek. I było jej dobrze. Baaaardzo dobrze.

Po zaliczeniu udanego seksu miała zawsze straszną chcicę. Napadała ją wszędzie. Niespodziewanie i gwałtownie. Pragnienie było bolesne i pierwotne, paraliżowało jak usuwanie zęba bez znieczulenia. Zaczynało się gdzieś w podbrzuszu, ale obezwładniało kolana. To tam pulsowanie krwi odczuwała najintensywniej. Zwierzęca chuć zawsze przypominała jej o tym, że nie jest tylko jaźnią, lotną myślą, emocją, że ma plecy, pięty, piersi i pochwę. Seks, podobnie jak rozwolnienie i wymioty jednoczył fizyczne i psychiczne ciała Niny. Stan ten trwał około dwóch – trzech tygodni. Brandzlowała się do upadłego, aż szczypało ją w środku, piekło przy oddawaniu moczu, nachodziły ją autodestrukcyjne pomysły. Potem się jej zaczynało nudzić i odstępy między jednym a drugim aktem samo zadowalania się, zwiększały się. Nastawały tygodnie, gdy słowo seks wypadało z słownika, a majtki pozostawały niezmiennie suche. Okresy wstrzemięźliwości zaliczała do najbardziej jałowych. Bez wilgotnej waginy jej ruchy były jakieś tępe. A pomysły – brakowało jej pomysłów.

Kupiła wibrator po ustaniu znajomości z Andrzejem. Przeżyła głębokie rozczarowanie. Walczyła jak lwica o ten związek. Rozkład pociągów relacji Katowice – Kraków znała na pamięć. Przejmowała inicjatywę. Ręka drętwiała jej po nocach od trzymania telefonu, o rachunkach lepiej nie wspominać, dla uściślenia – nie byli w jednej sieci, a to jeszcze było przed złotym okresem: do wszystkich za darmo. Poświęcała się. Piła słodką herbatę z cytryną. (Nina uważała się za alter-ego człowieka z podziemia Dostojewskiego. Dobrze zaparzona, czarna herbata bez cytryny i cukru rekompensowała jej wszelkie straty i była właściwą nagrodą za osiągnięcia. Nina wyobrażała sobie życie bez prądu, wojnę, upodlenie, ale nie widziała sensu istnienia bez kubka parującej czarnej herbaty, nie koniecznie tu i teraz, ale choć w domyśle, w planie, na stole 1000km stąd.) Szła na kompromisy. Oglądała znienawidzone sitcomy zamiast europejskich klasyków. Wszystko bo wierzyła, że stanowili stuprocentowe chemiczne dopasowanie. Przyciągali się, jak dwie połówki pomarańczy.

-Kochaj się ze mną.
-Nie mogę.
-To nie boli.
-Będę tego żałował.
-Leżę tu z rozchylonymi nogami, a ty mówisz nie?
-Poczekam do ślubu.
-W życiu nie wyjdę za faceta zanim się z nim nie prześpię.
-Przykro mi.
-Jaką dasz mi gwarancję, że prześpisz się ze mną po ślubie?
-Wiem, że będę w tym dobry.
-Boisz się mnie? Boisz się kobiet?
-Nie jestem gotowy.
-Im później tym gorzej. Masturbujesz się chociaż? Nie?
-Jesteś cudowna.

To co czuła tamtej nocy i tamtego ranka, musiała czuć prostytutka oddająca się wyjątkowo paskudnemu staruchowi. Chciała go ostrzec, że mężczyźni, którzy się nie onanizują i nie uprawiają seksu zapadają na raka prostaty sześć razy częściej niż robiący to regularnie, ale ugryzła się w język. (Nina była zagorzałą fanką brytyjskich naukowców i bezużytecznej wiedzy. Wyniki ich dziwnych badań śledziła systematycznie, zapamiętywała je i lokowała w specjalnie przygotowanej do tego części mózgu, by dzielić się nimi z niepodejrzewającymi zagrożenia interlokutorami.) Załamała się fanatyzmem Andrzeja. Metal. Czarne poczucie humoru. Długowłosy. Przeklina. W glanach. Prawiczek. Po tym incydencie po raz pierwszy postanowiła, że jej nagie ciało już nie spocznie obok mężczyzny. Oczywiście złamała to postanowienie. Jak każde zresztą. Zamieniła je na: nie położy się z nikim religijnym. Jeśli nowopoznany mężczyzna wspomniał o Kościele, Bogu, obrzędach, Nina brała nogi za pas nie wnikając w szczegóły jego osobowości. Znowu udało się jej nie wdepnąć w gówno – myślała.

Wibrator, co prawda, nie mógł poszczycić się namiętnymi ustami, nie posiadał też smukłych palców wytrenowanych w muskaniu jej wrażliwego wgłębienia w okolicy kręgosłupa, ale miedzy nogami sprawował się bez zastrzeżeń. Nie miał problemów ze wzwodem. Nie kończył przed czasem. Nie upierał się przy nudnej i nieefektywnej pozycji misjonarskiej, żeby móc podziwiać blask jej oczu. I nigdy nie nazywał ją dziwką. Wcale się nie odzywał i to też było dobre. Nie musiała podzielać jego poglądów i fascynacji. Nie musiała potwierdzać, że było jej dobrze i że doszła. Doszła… ciągle nie zrozumiała w jakim celu pytają: doszłaś?

Nina zdjęła kozaki i z oblepionym wydzielinami z pochwy wibratorem ruszyła do łazienki. Rozsiadła się na muszli klozetowej jak na tronie. Patrzyła na leżącą na podłodze bieliznę i uśmiechała się. Przyszedł czas na przeanalizowanie swojego położenia. Kontemplowanie cielesności na muszli klozetowej przynosiło Ninie poczucie wewnętrznej harmonii. Naga ona, chłodna muszla i świat. Wzięła do rąk rolkę papieru toaletowego i zaczęła obracać go w dłoni. I czar prysł. To nie była zwykła rolka papieru toaletowego. Każdy listek niósł ze sobą bardzo konkretną, ekologiczną mądrość. Przyjemne odprężenie odczuwane zaraz „po” opuszczało jej ciało. Spinała się. Przeczytała, że gotując z pokrywką skraca proces o 30%, rower jest lepszy od samochodu – co zdrowe dla ciała, to zdrowe dla ziemi, dywan lepszy do paneli, bo daje uczucie ciepła, ciasto można włożyć do piecyka zanim ten nie osiągnął temperatury podanej w przepisie i zaoszczędzić na prądzie, zmywarkę trzeba ustawiać ręcznie, nie włączać przed prania. Rozwinęła całą rolkę w poszukiwaniu obliczeń ile listków papieru należy zużyć przy jednym podtarciu, aby ograniczyć wycinkę puszczy amazońskiej, ale zgodnie z przewidywaniem: o papierze ani słowa. Dowiedziała się za to jak zaoszczędzić 2 litry benzyny na 100 km i jakie okna powinna mieć. Zdenerwowana tą ekologiczną indoktrynacją urwała o trzy listki papieru więcej niż zwykle, wstała z muszli i ze złośliwą miną patrzyła jak rozmiękczony papier znika w odmętach rur kanalizacyjnych. Nawet na muszli nie można już spokojnie posiedzieć. Wszędzie ograniczenia i nakazy: i zdrowiej, i lepiej, i bezpieczniej, i wygodniej. Gówno prawda. Z wściekłością popatrzyła na paczkę papieru. Zostało jeszcze 9 całych rolek plus jedna rozbebeszona. Czekał ją miesiąc ekologicznego prania mózgu.

Weszła pod prysznic. Nieekologicznie długo stała pod gorącym strumieniem wody. Potem równie nieekologicznie zdecydowała, że nie pozwija feralnej rolki i cisnęła ją do kosza. Anarchiczny nastrój udzielał się jej przez resztę wieczoru. Chodziła nago po mieszkaniu świecąc cyckami w okna sąsiadów. Zamiast zaplanowanych kotleta i ziemniaków, skubała kwaśne jabłko i popijała je sokiem. Nie zrobiła prania, nie wyprasowała sukienki na jutro. Nie przeczytała ani strony. Nie sprawdziła poczty i nie odpowiedziała na żadną z nieodebranych rozmów. Pora snu zastała ją niebywale szczęśliwą, z przekrwionymi od zmagania się z orkami w prastarej krainie oczami i lampką czerwonego wina.
Kolejne dni upłynęły jej równie radośnie i wojowniczo. W piątkowy poranek zanosiła się śmiechem na widok bąbla znajdującego się w szczytowej formie i ani myślącego o zaniechaniu kariery. Śmiała się do łez i w ostatnim momencie przed wyjściem musiała ścierać rozmazany na policzku tusz. Już drugi raz w tygodniu spóźni się do pracy z powodu opryszczki. Mijała ulice naładowana pozytywną energią. Przekraczała próg firmy rozsiewając entuzjazm we wszystkie kąty. Jadła morele i Müsli i popijała je gorzką herbatą. Lekkości ducha musiała odpowiadać lekkość kiszek. Kiedy była zadowolona z siebie, diety i wyrzeczenia nie stanowiły dla niej problemu. Nawet wcześniejsze wstanie z łóżka, żeby zrobić staranny makijaż nie uwierało. Zastanowiwszy się nad wszystkimi skutkami przygodnego seksu z niejakim zdziwieniem przyznawała, że miał tylko pozytywny wpływ na życie. Chudła, piękniała, znikały jej zmarszczki, uśmiechała się jaśniej, we wszystkim dostrzegała wartościowe strony. Wyprysk nad górną wargą… cóż, nie można mieć wszystkiego.

Wieczorem odkryła na skrzynce mailowej wiadomość od niego.
„Nie mogę przestać o tobie myśleć.”
Pisał.

„To normalne, kiedy zaczynasz znajomość od seksu. Zaliczyłeś skok endorfin. Twój mózg zarejestrował tylko, że dostałeś orgazm. Pamięta przyjemność. Domaga się kolejnej dawki rozkoszy. Seks na pierwszej randce jest szczególnie niebezpieczny. Wkręca, omamia, ogłupia. Zaliczyłeś tylko względny seks. Przecież jak spojrzysz na to obiektywniej, to wcale nie przeżyłeś niczego ekscytującego. Ona nie była boginią. Nie stosowała trików, o których marzyłeś. Nie była ani tak giętka, ani tak doświadczona, jak chciałbyś. Po prostu było ci dobrze. Ale twój mózg zapamiętał, że konkretne ciało, konkretnej kobiety zapewni ci dawkę przyjemności. Dlatego kieruje twoje myśli w stronę tego ciała i tej kobiety. To taka sekciarska manipulacja.”
Odpisała Nina.

Prawda wyglądała nieco prozaiczniej. Wcale nie napisał: nie mogę przestać o tobie myśleć. Napisał, że dziękuje za wieczór, i że było mu dobrze, i że pozdrawia. A ona odpisała, że też było jej dobrze i też pozdrawia. Choć w głębi duszy liczyła, że będzie mogła napisać coś innego. Z drugiej strony, w ogóle nie sądziła, że się odezwie. Zaliczyła go do grona facetów: zaliczyć i spadać. Jego uprzejmość nie była udawana. Miło. Ale teraz to już definitywny koniec. Oczywiście mogłaby pociągnąć wątek. Zagadać. Posłać ciekawy link. Zaproponować spotkanie. Zdecydowała, że nie zrobi nic. Przejmowanie inicjatywy szło jej zawsze nad wyraz obiecująco. Dostawała tego, czego chciała. Ale jednocześnie odczuwała, że ma przewagę, że jest panem sytuacji, ma wszystkie asy w rękawie. Stąd dzielił ją krok od dominacji. Nie cierpiała dominować. Robiła się agresywna. Wymagała zbytecznych rzeczy. Stawiała warunki. Książkowy przykład efektu lucyfera.

Mimo to czekała. Może się jednak odezwie. Czekanie zajmowało stałe miejsce w jej umyśle. Denerwowała się otwierając pocztę. Rozczarowywała się gdy nie znajdowała wiadomości od niego. Spisała na straty tę znajomość, gdy nie poprosił o numer telefonu. Nie chciał jej poznać. Podobała mu się fizycznie. Nie chciał wiedzieć co kryje się pod skórą. A jej nie interesowała znajomość oparta wyłącznie na kontaktach płciowych. Raz można się przespać z nieznajomym. Tak w ramach eksperymentu. Za drugim razem trzeba czegoś więcej. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby się rozebrać przed mężczyzną, którego już zna i do którego nie żywi uczuć. To był tylko przygodny seks. Udany. Bez zobowiązań. Bez miłości. Tylko pasja. Nie rozpaczała nad rozlanym mlekiem. Było jej dobrze. Lepiej niż się spodziewała. Sądziła, że stan podniecenia opuści ją po kilku dniach. Poczuje ból. Pustkę. Samotność. Zmęczenie. Minął tydzień i nadal ogarniała ją euforia. Spodziewała się spadku serotoniny i poczucia własnej wartości. Bała się, że otchłań pustki za chwilę ją dopadnie. Moralność niewolników wyciągnie po nią ręce, gdy odkryje zgnito żółty wyprysk w okolicy sromu. A odkrywała, że przewartościowała swój światopogląd i doznała oczyszczenia. Wyrzuciła z umysłu setki stronic bzdur i była wolna. Silna zwierzęcym, brudnym zaspokojeniem. Mimo to czekała.

Sobota przyniosła kolejne zaskoczenie. Nie czytała i nie oglądała. Wyciągnęła z szafy tkaniny i maszynę do szycia i póki co przyglądała się im jakby liczyła na mistyczny znak. Nina była niespełnioną projektantką. Hodowała stosy posegregowanych szkiców i szablonów ubrań, które miała uszyć w przyszłości, takie same hałdy wykrojów, a nawet gotowych sukien, których nie odważyła się założyć. Zaraz po studiach zdecydowała, że znajdzie pracę na pół etatu a w wolnym czasie będzie się rozwijać w wiadomym kierunku. Plan się nie powiódł. Nie znalazła odpowiedniej pracy i marzenia oddalały się. Nie starczało jej energii i czasu, by projektować i szyć. Może zabrakło jej też odwagi. Przede wszystkim odwagi i determinacji. W końcu należała do przegranego pokolenia, które będzie harować do siedemdziesiątki za marne pieniądze, a potem nie otrzyma głodowej emerytury.

Wyciągnęła sukienkę z zielonego jedwabiu. Tę samą, którą uszyła Stuttgarcie. Kroiła ją na wymagającym froterki parkiecie na zaaranżowanym na mieszkanie-atelier poddaszu secesyjnej kamienicy. Miała trudności ze znalezieniem miejsca. Nie było nawet dwóch metrów kwadratowych wolnej podłogi. Walczyła o każdy centymetr z instalacjami Angela. Odsuwała kable, wagi, mikrofony, odważniki, grzałki, bębny z przeszłych rdzą pralek, wypalone żarówki, sprężyny, tablice rejestracyjne, szkiełka, pomiętą aluminiową folię, rozbite flakony, pudła kolorowych farb, spinki do włosów, zużyte kondomy z zaschłą zawartością, gwoździe, chromowe rurki, źle naświetlone zdjęcia przedstawiające nikogo, krzyże, z których odpadł Chrystus, metalowe śmiecie znalezione zapewne na wysypisku, a nie w mieszkaniach znajomych, jak ją nieustannie przekonywał. Czyściła miejsce pod swoją sztukę.

Nina i Angel poznali się w Krakowie, w dziś już nieistniejącej knajpie. Zaimponowała mu żywiołowością. On jej inteligencją i obyciem. Chodzili po mieście. Siedzieli w spokoju. Pili herbatę z półlitrowych filiżanek. Snuli plany na przyszłość, która wtedy wydawała się nie aż tak czarna. Wymieniali się płytami. Zaliczali wielki muzyczny rozwój. Rozmawiali o sztuce wyobrażając sobie, że są jej centralną częścią. On wrócił do Niemiec. Ona kończyła staż w Krakowie. Regularnie korespondowali. Angel przysyłał jej teksty sztuk teatralnych, które wystawiał z pomocą przyjaciół na deskach uniwersyteckiego teatru. Nina streszczała mu atmosferę krakowskich uliczek, kolory drzew i uśmiechy Japonek, które przydzielono do jej grupy. Poznała go jak nikogo przedtem. Z czarnych liter na ekranie wyczytywała emocje towarzyszące mu w każdej minucie życia. Zwierzał się jej ze strachu i obsesji. Opowiadał o zaspokajaniu pragnień tych fizycznych i tych duchowych. Duchowe wypełniała ona prowadząc go i słuchając. Nie widząc się miesiącami stali się sobie bliscy jak przyjaciele, którzy weszli do knajpki posiedzieć przy kuflu piwa i nie zamienili ani słowa, ale rozeszli spełnieni.

Wreszcie pojechała do niego. Mieszkali na dusznym poddaszu. Śniadania jedli na balkonie. Wiało i było niebezpiecznie się wychylać. Brakowało balustrady. Przytulali się do ściany, a gołe stopy wystawały im za czoło żelbetonowej konstrukcji. Ciepły wiatr wciskał się pomiędzy palce, strumienie powietrza łaskotały ich po kostkach czyniąc ich wolnymi. Robili piesze wycieczki do okolicznych zamków zagubionych w zielonej głuszy. Obliczali źle odległość i wracali o zmierzchu głodni, zmęczeni, z pęcherzami od rzemyków sandałów. Kładli się na podłodze, patrzyli w sufit, a kiedy odwracali do siebie twarze, nie mogli powstrzymać wybuchu śmiechu. Moczyli nogi w jednej misce, a potem do rana całowali się i pili lokalne czerwone wino, które trącało jabolem.
-Nie mogę zasnąć.
-Ja też nie.
-Przytul mnie.
-Naprawdę chcesz.
-Tak.

Chodzili na warsztaty do teatru tańca. Wili się na podłodze zmuszając ciało do nienaturalnych pozycji. Mieli się zatrzymywać, gdy odczują taką potrzebę. Nina nie odczuwała wcale potrzeby zatrzymania się. Chciała trwać w wiecznym tańcu. Wić się bez końca. Unosić się i opadać. Jak w narkotycznym transie. Instruktorka kilka razy przywołała ją do porządku.

-Stań, gdy zatrzymuje się muzyka.
-Muzyka ciągle płynie.
-Popatrz na innych i zatrzymaj się kiedy oni stają.
-Dobrze.
Zatrzymywała się, ale taniec już nie satysfakcjonował. Potem odgrywali nieme scenki. Mimiką i ciałem budowali emocje i zlepiali z nich światy. Szło jej dobrze. Zbyt dobrze.
-Jesteś urodzoną aktorką.
-Nie potrafię się zatrzymać w tańcu.
-Nauczysz się.
-Nie chcę. Chcę tylko tańczyć.

Po tych warsztatach między Angelem a Niną rosła bariera. Spierali się o głupstwa. To był jego pomysł i jego sposób. To on miał być aktorem. A laury zbierała ona. Podśmiewała się z niego, ale za którymś razem wykręciła się od pójścia na zajęcia. Promieniał. Odzyskał należne miejsce w hierarchii. Postanowiła, że więcej jej noga tam nie postanie. Znowu układało się dobrze. Spóźniali się na wernisaże. Przypalali kartofle. Mylili autobusy. Brakowało im pieniędzy przy kasie w sklepie, w którym zaopatrywali się codziennie. Przypieczętowali swą miłość spacerem w deszczu. Szukali domu słynnego pisarza, ale strasznie zasiekało, i nie mogli trafić pod właściwy numer, za to przemokli do suchej nitki. Wieczór zastał ich moczących zafarbowane od przemoczonych butów nogi we wspólnej misce.

Kończyło się lato. Winogrona dojrzewały na ich oczach. Zrywali je nie pytając o zgodę właścicieli winnic. Ciągnęło od dachowych okien. Nina zakładała na noc koszulę. Balkon wyściełał dywan kolorowych liści. Mimo ciągłego zarywania snu, Nina budziła się rześka i pełna pomysłów, które wdrażała w życie nie czekając jutra. Zabazgrała szkicami cały notatnik. Przepełniała ją duma. Angel zabierał się do wystawiania nowej sztuki. Zakręconej. Niejasnej. Niespójnej. (Skromnym zdaniem Niny nieśmiesznej i nielogicznej.) I dostał stypendium w pewnym egzotycznym kraju. Ucieszył się. Środki finansowe jakimi dysponowali właśnie się wyczerpały. Zdecydowali się na chwilowe rozstanie. Pozbierać myśli, skupić się na sobie, poszukać nowych dróg, zarobić trochę pieniędzy na siedzenie przy winie i rozmowy o sztuce.

Nina wróciła do Polski. Pracowała w redakcji. Zajęcie jej nie doskwierało. Nie angażowało myśli po szóstej. Miała czas, by zebrać myśli, kroić i szyć. Nie wiele, ale zawsze to czas. Z początku sumiennie i skrupulatnie wypełniała swoją wizję. Nie odpuszczała wieczorów. Nie pobłażała sobie. Nie rozpraszał jej świat na zewnątrz. I nagle poczuła się wypalona. Nie podobały się jej własne projekty. Odkładała rozmowy o swej przyszłości. Nie czuła się pewnie w gronie innych projektujących. Nie umiała się przebić. Powtarzała, że to nie jej czas, że najlepsze jeszcze przyjdzie, ale traciła wiarę. Doły dopadały ją coraz częściej. Nachodziło ją zmęczenie, skarżyła się na brak weny, na niedostatek czasu. Zniechęcała się milczeniem firm odzieżowych. Potrzebowała sukcesu – właściwie wystarczyłaby uwaga. Popadała w rozpacz. Pracowała mniej, albo wcale. Zwierzała się Angelowi z obaw i rozterek, ale dostawała za mało uwagi i za mało słów. Rzuciła się w wir życia. Ganiała po dyskotekach. Tańczyła aż zatrzymywał ją ból. Opanowywała technikę zen. Piła do granic wytrzymałości żołądka, i poza granicę również. Uczyła się japońskiego – niesystematycznie i bez zaangażowania. Chodziła po górach. Przyswoiła wszystkie przekleństwa w języku polskim i przymierzała się do angielskiego, ale ostatecznie uznała, że są zbyt ubogie leksykalnie i nie warto poświęcić im uwagi. Uczyła się pływać. Stała się bywalcem rockowych koncertów i kin studyjnych. Poznała się z twórczością Beksińskiego, Bujakowskiego, Kukowskiego, Sętowskiego, Siudmaka i paru innych. Łaziła samotnie po bulwarach wiślanych. Całowała się z byle kim. Ale nie znajdowała nikogo wartego zdjęcia bielizny.

Nie była lojalna. Nie rozumiała dylematów Angela. Pomiędzy linijkami tekstu wyczytywała, że się zmienił. Zmieniły się priorytety i tematy. Czuła, że oddalają się od siebie. Nie umiała temu zapobiec. Była obca w swoim kraju i obca w najintymniejszych zwierzeniach. Zwierzała się nie ze swoich rozterek, ale z takich, jakie powinna mieć. Zastanawiała się, czy właśnie tak objawia się wchodzenie w dorosłość. Czy teraz już czeka ich, ją, tylko gonitwa za sponsorami, promocje, telefony, bez których się obywali, ciche wieczory, liczenie zysków, stabilizacja, przed którą uciekali.

Projektowała coraz mniej. W wolnym czasie, którego z dnia na dzień ubywało, brała ołówek i szkicownik i próbowała rysować projekty, albo mięła w rękach właśnie zakupione tkaniny szukając inspiracji. Najczęściej jednak jej praca polegała na chodzeniu z kąta w kąt, wymachiwaniu kartką papieru, przysiadywaniu pod ścianą, grzebaniu w dodatkach krawieckich i parzeniu kolejnych kubków herbaty. Miewała ciągi dni, w które nie powstawało absolutnie nic. Jałowe dni zamieniały się w tygodnie, a te w jałowe miesiące. I projekty zasiedlały głowę Niny tylko, gdy patrzyła na źle skomponowane stroje mijających ją kobiet. W końcu zamknęła projekty w szafie i celebrowała szarość życia. Pogodziła się z porażką nazwaną przez nią samą brakiem talentu. Chodziła do pracy. Plotkowała. I ciągle była na bieżąco z kulturą – jedyny relikt przeszłości. Nie miała nic i o wiele nie zabiegała. Szczęśliwa młoda kobieta w tłumie. Przystosowała się. Ale nie na długo.
Angel wrócił. Nina wcześniej zdecydowała, że zostanie. Coś jednak ciągnęło ją, nęciło. Nie mogła usiedzieć na miejscu. Praca i proza życia przestały wystarczać. Złościły ją koleżanki, małomiasteczkowa mentalność, niekończące się afery, które nie zaprzątały jej wystarczająco, by rozmawiać o nich dłużej niż pięć minut. Stała się drażliwa. Wybuchała. Nie kontrolowała emocji. Nawtykała redaktorowi. Zażądała podwyżki i awansu, a gdy nie dostała ani jednego ani drugiego popędziła do domu. Spakowała przypadkowe rzeczy do przypadkowej walizki, kupiła bilet na pierwszy samolot do Angela i słuch po niej zaginął.

Pierwsze dni spędzone razem były jak letnia bryza po upalnym dniu. Ninie wydawało się, że ucisk w krtani, który dawał się jej ostatnio we znaki, zelżał. Oddychała swobodnie. Była lekka i z lekkością spoglądała w przeszłość. Nie robiła sobie wyrzutów – bo po co? Taka młoda, zawsze może popełnić błąd. I nazwała błędy zdobywaniem doświadczenia, podobnie jak wszyscy bojący się przyznać do niepowodzeń. Chłonęła miasto, ludzi, krajobrazy, idee. Po rozłące z światem sztuki nasiąkała niezdrowymi ambicjami i karkołomnymi pomysłami jak nieużywana gąbka w wilgnej łazience. Śmierdziała awangardą. Założyła ażurowy beret, sznur sztucznych pereł i czółenka w stylu retro. Kolorowy ptak, z dosztukowanymi piórkami. Jak przed rozstaniem spali na podłodze, pod cienkim kocem. Nie było im zimno. Mieli siebie. Jedli tylko dania, które dało się przyrządzić w nie więcej niż pół godziny. Pili wino i rozmawiali. Artystyczna bohema.
Po tygodniu entuzjazm zaczął przygasać.
Angel się zmienił, jak podejrzewała. Zaprosił ją na kawę i nie brakło mu pieniędzy na jej espresso. Umawiali się do galerii i gdy stawili się o oznaczonym czasie, nie musieli pocałować klamki. W szufladzie leżał spory zapas kondomów. Wyeliminował przypadkowość. Porzucił teatr. Nie ostatecznie, ale wystarczająco stanowczo, by żywić obawy, że już nikt nie wygłosi jego obrazoburczych haseł z wysokości sceny. Miał nową pasję. Instalacje. Nina nie mogła pojąć jego uniesienia. Zgrozą przejmowały ją hałdy rupieci panoszące się w mieszkaniu. Swój brak zrozumienia tłumaczyła kobiecym pragmatyzmem. W duchu powątpiewała w sens i celowość i w skuteczność oddziaływania na widza poprzez coś tak zużytego. Próbował ją udobruchać. Wytłumaczyć się. Włóczył po wystawach ze sztuka współczesną. Zachwycał się kreskami, ciapkami i nowatorskim instalacjami. Pokazywał jej super zdjęcia, na których nagie kobiety i nadzy mężczyźni taplali się w krwi ubitej świni. Skrapiali się krwią jak święconą wodą. Rozrywali członki zwierzęcia. Okładali się kawałkami ociekającego krwią mięsa. Kładli się do wnętrza świni z natchnionymi oczyma. Oczyszczali się. Całowali stułę i wieszali się na prymitywnych krzyżach ubroczeni świńską krwią.

-To dzieło sztuki.
-To ma być prowokacja?
-Ta krew, to symbol oczyszczenia. Oczyszczenia z religii, z organizacji. Czysta forma. Czysta duchowość.
– Dla mnie to prymitywna prowokacja. Nuda.
-Trzeba się wczuć. Posmakować tej krwi, tej pierwotnej energii.
-Nie widzę pierwotnej energii. Widzę znudzonych ludzi taplających się w świńskiej krwi.
– Nie rozumiesz sztuki współczesnej.
-Sztuka ma prowokować dialog. A o tym nie chce mi się gadać. Żal.
– Ta wystawa opowiada o nowym Bogu. O nowym oczyszczeniu. Nie widzisz tego uniesienia.
-Widzę tylko głupków wymazanych krwią próbujących mnie przekonać, że to interesujące.

Byli też na wystawie penisów. (Oczywiście miała jakiś doniosły tytuł, ale nie udało się jej go zapamiętać.) Coś znaczyła, niosła przesłanie. Ale jakie przesłanie niesie penis obłożony zwierzęcymi mózgami? Penis owinięty zdechłymi rybami. Penis pomalowany na czarno. Penis w pianie. Penis na kartce papieru. Penis w bliżej nieokreślonej cieczy. Penis na stole. Penis tu, penis tam. Nuda. Po takiej wystawie Ninie robiło się niedobrze na widok rozporka. A nuż rozepnie i zamiast penisa wyskoczy ptasi móżdżek albo zdechła ryba. Penisy podziałały na nią antykoncepcyjnie. Gdy wrócili do mieszkania udawała naburmuszoną i nieprzyzwoicie hałasowała w kuchni. Za wszelką cenę chciała uniknąć przytulania, łaskotek, szturchańców, całusów, wszystkiego, co w jakikolwiek sposób mogło konotować się z penisem. Tamtej nocy spali oddzielnie. Było jej zimno. Wstała wcześnie rano i zaparzyła gorącej herbaty. Siedziała na balkonie i machała gołymi stopami. Myśli swobodnie płynęły przez nią. Podniosła się i cicho ustawiała rupiecie pod jedną ścianę. Angel jeszcze spał. Wyjęła zielony jedwab, który przywiózł jej z Azji. Zmarszczyła go w dłoniach. Uwielbiała subtelne ciepło bijące od tkaniny. Gdy przymierzała się do niej z nożyczkami zrobiło się jej przykro. Ciąć coś tak doskonałego. Odsunęła sentymenty i zabrała się do pracy. Angel obudził się. Herbata wystygła. Nina klęczała na podłodze, w asyście zielonych skrawków materiału. Ledwie podniosła głowę, by bąknąć: dzień dobry. I utonęła w zieleni. Angel wyszedł. Szyła bez przerwy aż zdrętwiały jej łydki. Rozprostowała nogi. Połknęła kromkę. Szyła.

Angel wrócił późnym wieczorem. Wsunął palce w rozpuszczone loki Niny i pocałował ją w czubek głowy.
-Skończyłaś?
-Tak.
-Załóż ją.
Nina ociągała się chwilę. Odłożyła czytaną właśnie książkę i leniwie podreptała do łazienki. Stanęła przed nim zielona w wyzywająco niedbałej pozie.
-Pięknie.
Co mógł wiedzieć. Nawet nie spojrzał na sukienkę. Gapił się tylko w jej oczy. Pociągnął ją z powrotem do łazienki. Usiadła na wiklinowym krześle, a on wysypał na blat zawartość jej kosmetyczki. Odsunął z jej twarzy kosmyki włosów i nakładał podkład. Nina nie miała pojęcia, że Angel wie coś o makijażu – tym posłuszniej siedziała wydymając usta. Gdy uznał, że jest gotowa zaprowadził ją na sofę.
-Zdejmij majtki.
-Po co?
-Zdejmij.
Zdjęła.
-Usiądź.
Usiadła.
-Rozchyl uda.
Roześmiała się.
-Proszę.
Rozchyliła, a w jego dłoni pojawił się aparat fotograficzny.
-Szerzej.
-Co to ma być? Cipka w zieleni?
-Rozpraszasz mnie.
-A nie było by bardziej interesująco, gdyby zamiast zielonej sukienki skomponować waginę z natką pietruszki i brokułami?
-Rozpraszasz mnie.
-Już widzę te nagłówki: Cipka w zieleni – arcydzieło sztuki współczesnej.
-Nie mogę się skupić.
– Pokarz mi jednego normalnego faceta, który może się skupić gapiąc się prosto w otchłań pochwy. Hmmm… Ginekolog. Nie jesteś ginekologiem.
-Zamknij się!
-Ha, ha, ha…
-Przestań się śmiać. Ja próbuję pracować.
Nina skuliła nogi. Wstała z sofy i podniosła majtki z podłogi.
-Co robisz?
-Mam tego dość.
-Wracaj tu.
-Mam gdzieś twoją sztukę.

Zamknęła się w toalecie. Siedziała na muszli, wcale nie chciało się jej sikać. Po prostu siedziała gapiąc się na swoje gołe nogi. Kontemplowała stan swojego jestestwa. I zrozumiała, że dno jej duszy znajduje się tuż pod powierzchnią. Jest tak płytko, że z trudnością w tej brei utopiłaby latającą nad nią muchę. Nie ma czego rozkminiać. Nikt nie stworzy z tego traktatu filozoficznego. Nie ułoży nawet anegdoty. Parę niezdecydowanych kropel moczu zabębniło o porcelit. Nawet pęcherz był pusty. Marność. Spuściła wodę. Gdy wyszła Angel leżał na podłodze, ani drgnął na jej widok.

-Co z tobą?
-Nie tego się po tobie spodziewałem.
-A czego?
-Że będziesz współpracować. Motywować mnie. A nie ciągnąć w dół.
-Nie mam ochoty świecić gołą dupą. To wszystko.
-To sztuka.
-Nie przemawia do mnie.
-Nie próbujesz mnie zrozumieć.
-Rób co ci się podoba, ale nie zmuszaj mnie bym w to wchodziła. Mam własne poglądy na piękno.
-Z takimi poglądami do niczego nie dojdziesz.
-Nie chcę dochodzić, chcę być.

Poderwał się z ziemi. Wziął kurtkę i wyszedł. Nina została na poddaszu. Znowu ta powaga. Poważne traktowanie ciała uśmierca go. Zachowuj dystans. Dystans do seksu. Dystans do pochwy. Dystans do penisa. Co za koszmar. Nie cierpiała przerabiania tej lekcji. A odrabiała ją bez przerwy. Zmieniał się tylko mężczyzna – tak samo śmiertelnie skupiony na ciele, jak jego poprzednik. Jak oni niszczyli jej marzenie, by dawać i brać. Tak po prostu. Bez planów. Bez misji. Bez przymusu. Bez maski. Bez wynurzeń. Bez grobowej miny. Pomyślała, że wymiecie odór ich chłodu. Zaczęła sprzątać. Wszędzie znajdowała nie swoje rzeczy. Angel na parapecie, Angel na łóżku, Angel w koszu na pranie, Angel w kuchni, Angel na biurku, nieskończoność Angela w niedokończonych instalacjach zajmujących podłogi, ściany i sufit i powietrze. Przekładała rupiecie z miejsca na miejsce w poszukiwaniu czegoś swojego. Jego książka czytana przez nią, kubek po herbacie, miniaturowa kosmetyczka w łazience, trochę ubrań poskładanych w walizce, bo w szafie brakło miejsca, strzępki zielonego jedwabiu, odróbki nici. Nic więcej. Jej obecność w tym mieszkaniu była tak znikoma jak jej ostatnie wypróżnienie, jak dno jej duszy. Wystarczyłoby 5 minut, by wymazać jej bytność. Nie zapuściła korzeni. Położyła zakurzoną szmatkę na gipsowym popiersiu Beethovena. Pasowało tu tak samo jak ona. Nie sprzątała więcej. Zaparzyła herbatę i popadła w zadumę. Robiło się ciemniej i noc osiągnęła apogeum a Nina siedziała w fotelu przytulona do nikogo. Ćwiczyła się w zachowywaniu dystansu.

Angel wrócił nad ranem. Trzeźwy. Obrażony.

-Czasami nie wiem kim jesteś.
-Jestem twoją przyjaciółką.
-Wolałbym byś była moja dziewczyną.
-Chyba nie traktuję seksu wystarczająco poważnie.
-Co masz na myśli.
-Kiedy się rozbieramy, to dla ciebie jest misją.
-Chcę, by było nam dobrze.
-A ja chcę zachować dystans.
-Chcesz być tylko niezależna. Boisz się, że się podporządkujesz.
-Boję się, że za każdym razem będę musiała mieć orgazm.
-Masz coś przeciwko orgazmowi?
-Orgazm to dyktatura seksu. Wolałabym się bawić. Cieszyć się z tego, że po prostu jesteśmy razem.
-Nie zależy ci na niczym stałym. Nie tego się po tobie spodziewałem.
-I tu się różnimy, ja niczego się po tobie nie spodziewałam i jestem wdzięczna za to co osiągnęliśmy.
-Niczego nie osiągnęliśmy. Nawet nie chcesz mi pozować.
-Chcę, ale jeśli wolno się przy tym śmiać.
-Mam dość.
-O.K.

Zanim się rozwidniło spakowała się i zdążyła kupić bilet na najbliższy samolot. Trochę bezceremonialne rozstanie. Zawahała się. Szukała słów, które złagodziłyby sytuację, wpuściły smugę światła na zakurzone poddasze. Ale taplała się w kałużach myśli. W płyciznach, brudnej wody. Żadna z nich nie miała zamiaru odbijać słońca ani na ich balkonie, ani na którejś z instalacji. Myśli znowu nie były przy niej. Błądziły już po terminalu odpraw. Otwierały bagaż. Okazywały bilet. Zajmowały miejsce. Przygotowywały się do lądowania. Witały się z rodziną. Pakowały ubrania do starych szaf. Kiedy potrzebowała ich wsparcia, zależało jej na szybkiej i trafnej reakcji milkły, ulatniały się albo udawały, że biorą udział w biegu na inny niż ona sama dystans. W trudnej sytuacji mogła liczyć tylko na pustkę, na białą kartę, znak stopu. Kiedy racjonalnie zastanawiała się nad pracą umysłu, była przekonana, że nieustannie przetwarza on informacje, nie zawiesza się. W rzeczywistości jej mózg zawieszał się za każdym razem, gdy potrzebowała słów opisujących jej emocjonalne zagmatwanie. Język grzązł w gardle, brakowało śliny, a przecież jej ślinianki należały do nadpobudliwych. W głowie nie było absolutnie niczego. Doskonała, absolutna, krystaliczna, nicość. Nieprzenikniona biel. Obezwładniająca ślepota umysłu.
-Dziękuję i życzę powodzenia z tym wszystkim.
-Naprawdę chcesz tak po prostu odejść.
-Twój świat mnie przytłacza.
-Świetnie sobie radziliśmy.
-Za dużo ról, w których blado wypadłam.
-Spróbuj nowej roli. Zmień dziedzinę, którą się zajmujesz. Przyjmij pseudonim.
-Lubię nazywać rzeczy swoimi imionami. Ciebie również.
-Jesteś małostkowa.
-Tak. Do widzenia.
Angel wcale nie miał na imię Angel. Nazywał się Martin. Angelem przezwali go koledzy honorując kędziory blond włosów i pyzatą buzię. Przezwisko przylgnęło do niego tak bardzo, że wielu znajomych nie wiedziało o Martinie. On sam nigdy nie przedstawiał się inaczej niż Angel. Martin brzmiał tak pospolicie.

Nina klęczała na podłodze mnąc w dłoniach sukienkę z zielonego jedwabiu. Przytknęła ją do nosa. Wdychała nieco stęchły już zapach. Tylko lekkość i ciepło tkaniny pozostały niezmienne. Ponad rok temu przytulając się do szyby samolotu postanowiła, że się jej pozbędzie. Nie odważyła się. Zielona sukienka była najlepszą kreacją w dorobku Niny. Nigdy więcej nie założyła jej. Trzymała złożoną w szafie z nielubianymi bibelotami, których jednak nie wypadało wyrzucić do śmieci. Teraz z lubością pieściła jej szwy. Czuła wzrastające napięcie. Kłuło w dołku. Przełknęła ślinę. Przygotowała maszynę. Wyjęła przybory do szycia. Klęczała nad skrojonymi w prehistorii kawałkami materiału. Drżały jej nogi. Od incydentu z Martinem, nie uszyła absolutnie nic. Nawet nie próbowała. A teraz znowu chciała to zrobić. Cisnęło ją w jelitach – jak przed egzaminami na studiach. Musiała się wypróżnić.

Szyła. Wystraszona. Niepewna. Z trzęsącymi się jak u staruszki dłońmi. Zdawała test z psychicznej wytrzymałości. Wcale nie szło jej najlepiej. Raczej na granicy oblania. Złamała igłę, ale się nie poddała i wraz z nastaniem głuchej nocy świętowała mały, osobisty sukces. Położyła się spać wyczerpana i podniecona. Nie mogła zasnąć. Myśli o tym co i jak uszyje następnego dnia nie dawały jej spokoju.

Niedzielny ranek powitała oblizując usta. Bąbel ciągle miał się dobrze. Nie stracił blasku. Ona również. Przywołała wspomnienia zeszłego weekendu. Odchyliła głowę w ekstazie. Czekał ją cudowny dzień. Kolejny cudowny dzień. Przyrządziła sobie królewskie śniadanie. Spokojnie starczyłoby dla trzech kobiet na diecie. Ona nie musiała sobie niczego odmawiać. Ciągle była piękna i nie musiała tego nikomu udowadniać. To też była pozytywna strona niezobowiązujących relacji damsko-męskich. Brała, co było do wzięcia i odchodziła naładowana zapomnianą energią. Zjadła wszystko i popiła herbatą. Trochę cięższa usiadła przy maszynie. Ogarniała Ninę ta specyficzna radość. Sprawiała, że oczy śmiały się cicho, słonecznie. Ich śmiech wypełniał doniczki, półki, szuflady, puzderka i niósł się po pustej i szarej klatce schodowej zalewając ją światłem. Spontanicznie wybrała sukienkę do uszycia ze starego notatnika. Wcale nie tą, na którą zdecydowała się leżąc w łóżku. Zrobiła nowy szkic. Wykrój. Szło szybko w pozytywnie nerwowej atmosferze. Odrywała się tylko, by się przejść po mieszkaniu i pozbierać rozlatane koncepty i wyciszyć rozpraszające ją szczęście. Pracowała świadoma, że dawno nie było tak dobrze. Zrezygnowała dopiero, gdy skończył się czas. Popatrzyła na efekt i przez ułamek sekundy urosła w jej umyśle wątpliwość, co do jego wartości.

-Za łatwo przyszło.
-Czy coś, co łatwo przychodzi, nie może być dobre?
-Uwolnij się od stereotypów myślenia.
-Nie musisz walczyć i zdobywać.
-To jedna z rzeczy, które robisz ot tak – po prostu.
-To łatwe i proste.

W poniedziałek przekroczyła próg firmy kwitnąca. W nowo uszytej sukience – zbyt ekstrawaganckiej jak na korporacyjne zasady. Posłała wyzywające spojrzenie każdemu, kogo spotkała na swej drodze. Nie przeszkodził Ninie nawet kurczący się, ale ciągle okazały wyprysk w okolicy rynienki podnosowej. Tryskała energią.

-Przespałaś się z kimś?
-Tydzień temu.
-Średnio po półtorej tygodniu poczucie zaspokojenia wyczerpuje się i całość odbija się czkawką.
-W takim razie zostały mi jeszcze trzy dni ekstazy.
-Opłacało się?

Katarzyna Mieszkowska

15 komentarzy

  1. Bardziej erotyk niż zwykłe opowiadanie. Dylematy hmm a gdzie w tym tekście ukazane są różne dylematy singielki. Dodatkowo są pewne nieścisłości (nie udało mi się przebrnąć przez cały ten erotyk)- Opryszczkę wywołują wirusy a nie bakterie! Czy człowiek może poczuć się „nowy”? Człowiek to nie rzecz.
    Kręciło się w odpowiednim kierunku. Ale co się kręciło w odpowiednim kierunku? Tekst dobry do Playboya…

    1. Szkoda, że nie udało się przeczytać do końca opowiadania. Jeżeli poddała się Pani po pierwszej scenie erotycznej to szkoda, że zdobyła się Pani na aż tak ostrą opinię.
      Co do opryszczki i powodów jej występowania, miło, że zwróciła Pani uwagę na taki detal, ale nie jest`to tekst naukowy i sprowadzanie go do jednego błędu merytorycznego jest raczej powierzchowne.

  2. Dla mnie ten tekst jest obrzydliwy – może staromodna jestem? Czy po prostu dylematy singielki sprowadzone do niezgrabnych rozważań o fizjologii nie przemawiają do mnie? Niesmak.

    1. Mam wrażenie, że Pani również nie udało się dobrnąć do końca, gdyż fizjologia to tylko jeden z bardzo wielu pokazanych aspektów i dylematów bohaterki.
      Co do staroświeckości to mało powiedziane, obrzydliwość, fizjologia, seks to wszystko już w XIX wieku na dobre zagościło w literaturze za sprawą takich poetów jak chociażby Charles Baudelaire czy Arthur Rimbaud. Katarzynie Mieszkowskiej zdecydowanie daleko do nich w dosadności opisu. 🙂

  3. Jak dla mnie tekst znakomity. Owszem – mocny, no ale nie przekracza żadnej granicy, pod koniec jest wręcz… subtelny. Dla mnie bomba. Mówię jako konserwatysta.

  4. Nieudolna próba kopiowania ” Pamiętników Bridget Jones” wzbogacona wątkami autobiograficznymi! Jeżeli ktoś jako singiel ma tylko takie dylematy to o zgrozo!!!A opryszczką na wardze nie zarazimy się przez pocałunek no chyba ,że tutaj mamy na myśli wargi sromowe! Powodzenia!

    1. Jeżeli dobrze pamiętam tę książkę, to „Pamiętniki Bridget Jones” opowiadają historię samotnej, zakompleksionej, do bólu przeciętnej kobiety, która desperacko szuka faceta, i zostaje uwikłana w coś na kształt trójkąta miłosnego. Żaden z tych wątków nie pojawia się w tym opowiadaniu, a główna bohaterka boryka się z zupełnie innymi problemami, więc nie potrafię zrozumieć jakich podobieństw się tutaj Pani doszukuje.
      Co do wątków autobiograficznych rozumiem, że Pani zna autorkę i na tej podstawie dopatrzyła się ich w opowiadaniu.
      Tylko się można cieszyć, że dla naszych czytelniczek opryszczka nigdy nie bywa problemem w życiu. Szkoda jedynie, że tak trywialna sprawa na tyle je absorbuje, że nic więcej nie zauważają w tak długim opowiadaniu.

      1. Niczego więcej nie da się zauważyć niestety i ma Pani rację, że nie przebrnęłam do końca opowiadania ale po Pani bujnych odpowiedziach na komentarze- spróbuję przeczytać ponieważ bardzo mnie intryguje dlaczego tak zaciekle broni Pani tego opowiadania, które jest przeciętne. Każdy z czytelników ma prawo do swojego zdania i nie rozumiem dlaczego Pani tak daje się prowokować. W jednym ma Pani rację, że nie wszyscy którzy przeczytali to opowiadanie mają taką wysoką świadomość własnej seksualności jak autorka czy bohaterka, natomiast na pewno mają większą świadomość czytelniczą od …..! Również moje gratulację.

        1. Zgadzam się, że każdy ma prawo do własnego zdania, ale wypadałoby je uczciwie wygłaszać. Na przykład, jeżeli się komuś nie spodobało i nie skończył chcąc być uczciwym może albo nie ferować krytyki wcale, albo napisać po prostu: „nie podoba mi się, nie skończyłam/em”. Wszelkie dodatkowe oceny od takiej osoby są oczywiście powierzchowne, gdyż odnoszą się jedynie do bliżej niesprecyzowanego fragmentu całości.

          Bronię tego opowiadania, gdyż uważam, że jest bardzo dobre i zasługuje na podstawową uczciwość, a komentatorki tutaj posługują się czystą erystyką, czyli manipulacją w dyskusji. Nie przeczytały Panie tekstu do końca, ale piszą o nim jakby przeczytały i oceniając jedynie początek czyli fragment odnoszą się do całości, czyli nadają całości cechy fragmentu. To oczywiście manipulacja = nieuczciwość, typowa, gdy chce się coś po prostu zdyskredytować, a nie poddać rzetelnej krytyce.

          Pani porównuje to opowiadanie, do wybranej na chybił trafił, książki, która jest jednak na tyle popularna, że od razy każdy, kto nie czytał opowiadania, a wie coś o Bridget, zacznie sobie wyrabiać opinię co do treści opowiadania – następna manipulacja.

          Dodatkowo sugestia, że zna Pani autorkę i jest wtajemniczona w rzekome autobiograficzne wątki, bardzo sprytne, stawia się Pani od razu na pozycji osoby, która wie więcej niż przeciętny czytelnik, a zatem jej krytyka jest bardziej uprawniona.

          Pani pokusiła się jeszcze o następną manipulację, czyli ad personam w stosunku do mojej osoby. Sugeruje Pani jakieś uniesienie emocjonalne, gdyż „daję się prowokować”, co zawsze dyskredytuje rozmówcę. Brawo. Powtórzę tu, jeszcze raz w takim razie: Chodzi mi o podstawową uczciwość w rozmowie. Jest to dyskusja na forum publicznym i każdy może ją przeczytać, więc próbuję wyegzekwować od osób wygłaszających swoje opinie uczciwe podejście do ocenianego tekstu, oraz demaskuję manipulacje, których się Panie dopuszczają.

          Pozwolę sobie jeszcze zauważyć, że pisząc „daje się prowokować”, niestety dyskredytuje Pani swoją własną wypowiedź i wypowiedzi innych rozmówczyń, sprowadzając je właśnie do prowokacji słownych, czyli obnażając je jako zaczepki, a nie poważne opinie.

          1. Odczuwając duży niesmak przy czytaniu tego teksu udało mi się jednak dobrnąć do końca. Nie podoba mi się ten tekst i jak dla mnie jest skrzyżowaniem romansidła z erotykiem. Uważam, że w tym tekście nie ma nic, co zasługiwałoby na moją uwagę.
            Wracając do tematu bakterii i wirusów to można by porównać ten błąd do pomylenia żaby z człowiekiem (oczy i skórę mają, a reszta nie jest ważna).
            Mam wrażenie, że Pani z uporem próbuję mi wmówić, że ten tekst ma mi się podobać. Nie ważne, że ja mam inne zdanie, ale ma mi się podobać bo tak ma być.
            Wymianę myśli z Panią można porównać do walki bokserskiej. Jak tylko ktoś ma inne zdanie Pani atakuję.
            To, że udało mi się przeczytać ten tekst do końca nie zmieniło mojego zdania. Sam wstęp pokazał mi jakiego rodzaju to jest teksu. Jednak wg Pani teraz to jest niby uczciwa ocena (bo przecież przeczytałam do końca, mimo wielkich oporów i niesmaku). Z literaturą jest jak z jedzeniem- jak po pierwszych kęsach potrawa nam nie smakuję to raczej z własnej woli ją nie jemy. Jednak jak ktoś próbuję nam coś wmuszać to często kończy się to wielką niestrawnością a nawet wymiotami. Tak, że zarzut Pani o nieuczciwości uważam bezpodstawny.
            Nie sadze, żeby ktoś tu próbował manipulować. Każdy po prostu wyraża swoje zdanie wiec tak naprawdę nie rozumiem Pani kąśliwych komentarzy.
            Pozwoliłam sobie resztę komentarzy wysłać na Pani maila (nie chce żeby on był opublikowany), gdyż one bardziej dotyczą Pani niż tego tekstu .
            Jeszcze raz napiszę- tekst uważam za wulgarny, nic mi się w nim nie podoba.

  5. Tekst Katarzyny Mieszkowskiej wygrał jednogłośnie, ilość przyznanych mu punktów jest w tym przypadku znamienna, żaden inny tekst (poza tymi ocenionymi najniżej) nie otrzymał tak jednolitej punktacji.
    Pierwszą zaletą tego opowiadania jest jasna i rozwinięta fabuła. Katarzyna Mieszkowska nie tylko opowiada historię kilku dni z życia swojej bohaterki, pokazuje również pewne sytuacje z jej przeszłości tworząc bardzo spójny i rozbudowany obraz postaci.
    Następną zaletą tekstu jest sama Nina, główna bohaterka. Jej różnorakie rozterki zostały opisane w dojrzały i zdystansowany sposób. Nina jest kobietą z krwi i kości, ma problemy banalne, jak opryszczka i bardzo głęboko definiujące ją jako osobę, jak jej projektowanie.
    Trzecią zaletą jest życie głównej bohaterki, bogate i wyważone. Mieszkowska nie tworzy sztucznej, przerysowanej dychotomii: rodzina lub kariera. W życiu jej bohaterki różne rzeczy mają znaczenie. Nie ma fiksacji ani na punkcie mężczyzn, ani na punkcie swojej pracy.
    O seksie i fizjologii pisze mocno i bez wstydu, ale również bez wulgarności i pretensjonalności. Nina zawsze pozostaje fantastycznie kobieca we wszystkim co robi, a cielesność niezaprzeczalnie jest ważnym elementem życia każdej kobiety, nawet jeżeli odwrotnie niż Nina uparcie stara się ją wyprzeć ze swojej świadomości.
    Właśnie połączenie zarówno jakościowe, jak i ilościowe wszystkich tych aspektów spowodowało, że „Przyjaciela” oceniłam najwyżej ze wszystkich opowiadań.
    Autorce serdecznie gratuluję i życzę dalszych sukcesów 🙂

    1. Bez wulgaryzmu? Niezły żart… Z samą opryszczką jest więcej błędów niż tylko to, że nie bakterie a wirusy wywołują opryszczkę.Według mnie tekst pokazuję jak kobieta wraz z bielizną zmienia mężczyznę(a może to taki rodzaj prostytucji XXI wieku). Życie bohaterki jest bogate? Czyżby bogate w dylematy czy dzisiaj wybiorę Franka a jutro Janka na przygodę jednej nocy? A może zamiast Franka i Janka dla odmiany wibrator? Dylemat opwiadania- przygodny partner sexualny czy wibrator.

      1. Nadal widać, że nie czytała Pani do końca. Gratuluję eksperckiej wiedzy na temat opryszczki, większość z nas wystarczy wiedza, czy dany preparat usuwający objawy opryszczki działa, czy nie. Na temat opryszczki, jak również innych popularnych schorzeń, istnieje wiele popularnych mitów. Dla mnie szczerze powiedziawszy nie ma znaczenia, czy autorka posłużyła się nimi, gdyż w nie wierzy, czy też dlatego, że są popularne i pojawiają się w rozmowach, więc nadają realizmu dialogom. Jak już wspomniałam to nie jest praca naukowa. Jeżeli widzi Pani więcej błędów, może tym razem nie odnoszących się do jakże fascynującej opryszczki, to proszę o konkrety.

        W tym opowiadaniu nie ma zbyt wiele na temat przygodnego seksu, a tym bardziej poszukiwania przygodnego seksu i zmienianiu partnerów jak bieliznę – proszę może opowiadanie do końca przeczytać zanim rzuci Pani kolejny komentarz do treści, których nie ma!

        Prostytucja to pobieranie korzyści materialnych, ewentualnie przysług za usługi seksualne. Przygodny seks to zbliżenie seksualne dwojga ludzi, którzy się nie znają przed stosunkiem i nie mają ze sobą więcej do czynienia po nim, nie dochodzi do żadnej wymiany dóbr, czy usług, więc nie bardzo wiem o co Pani chodzi.

        Jeżeli uważa Pani scenę z wibratorem za wulgarną to przykro mi. Niemniej jest to Pani subiektywne odczucie, moim zdaniem ta scena jest napisana w bardzo wyważony sposób. Ponadto, jeżeli seks, wibratory i genitalia uważa Pani za wysoce wulgarne to podejrzewam, że dla własnego dobrego samopoczucia powinna Pani unikać tekstów o współczesnych kobietach, które nie wstydzą się i nie boją własnej seksualności.

  6. @ Ola

    Szanowna Pani, nie musi się Pani ten tekst podobać, nikomu nie musi, mimo że mi się podoba i to bardzo. Nikt Pani nie zmuszał ani nawet nie zachęcał do czytania tekstu do końca. Napisałam wręcz, że powinna Pani unikać podobnych tekstów, jeżeli Panią one zniesmaczają. Przepraszam, że nie dodałam wcześniej, iż szanuję Pani prawo do uznawania za wulgarne czego tylko Pani chce, chociaż w tej kwestii raczej nigdy nie dojdziemy do wzajemnego zrozumienia.

    Jednak dwukrotnie wypowiedziała się Pani o treści całego tekstu nie znając jej, co Pani wytknęłam. Pani nie uważa tego za nieuczciwość i manipulację, a ja tak i już uzasadniłam raz dlaczego, ale widzę, że nie dosyć jasno. Nie mam nic przeciwko temu, że Pani się ten tekst nie podoba, mam problem z osobami wygłaszającymi kategoryczne sądy o tekście, którego nie znają w całości, a wypowiadają się nie tylko o stylu tego tekstu, ale również o jego treści. Tylko w pierwszej swojej wypowiedzi zastrzegła Pani, że nie czytała całości tekstu, pozostałe Panie tego nie zrobiły wcale, a mimo opisały Panie jaka jest treść tekstu – ponieważ nie dokonane zostały żadne zastrzeżenia to w domyśle: jaka jest treść całego tekstu – a to jest manipulacja niezależnie, czy zamierzona czy też nie.

    Ani razu nie napisałam, że tekst ma się komuś podobać, bo mi się podoba. Prostowałam jedynie Pań wywody na temat treści, a później rozprawiłam się z manipulacjami w wywodach. Panie to odbierają jako próbę przymuszenia ich do zmiany zdania o opowiadaniu, nie wiem na jakiej podstawie.
    Panie pozwoliły sobie na bardzo ostre sądy, mi próbuje Pani odebrać prawo do równie stanowczej odpowiedzi.

    Polecam również zapoznanie się z błędami logicznymi oraz erystyką Schopenhauera (najprościej je znaleźć na wikipedi i w angielskiej wersji lista błędów logicznych jest bardziej rozbudowana niż w polskiej). Na początek ten który udało się Pani i innym Paniom tu popełnić:
    http://pl.wikipedia.org/wiki/B%C5%82%C4%85d_z%C5%82o%C5%BCenia

  7. Ja muszę przyznać, że z zaciekawieniem i uśmiechem czytałam ten utwór! Nie potrafię zrozumieć komentarzy moich poprzedniczek. Tekst czyta sie z dużą łatwością, sam w sobie ma on dużo dystansu i lekkości. Przedstawiona w utworze rzeczywistość nie składa się wyłącznie z konkretnych zachowań głównej bohaterki, ale jest przede wszystkim wyrazem jej wewnętrznych przeżyć, emocji, wyborów. Dla mnie właśnie ten wewnętrzny świat bohaterki stanowi o pełniejszym, bogatszym odbiorze utworu. Osobom tak mocno krytykującym utwór radzę jeszcze raz go przeczytać, tym razem ze zrozumieniem. To co z pozoru wydaje się oczywiste, w tym utworze na pewno takie nie jest!

    Z pozdrowieniami dla autorki,
    Anna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *