Glysander

Oto Glysander – wymarła, bezludna wyspa. Mieszkańcy zniknęli. Zostawili swoje doniczki, ślimaki oblepiające porzucone butelki, domy – jeden obok drugiego, białe płoty i torebki paprykowych chipsów, piwnice pełne dżemów z brzoskwiń i truskawek.

Krzysztof Ledar od dawna nie spotkał na wyspie żywej duszy, ale co pewien czas znajduje ślady czyjejś bytności. Niedojedzone jabłka rozrzucone w sadzie trąca czubkiem patyka jak truchło węża. Czujnie rozgląda się wokół, ale nikogo nie odnajduje w pobliżu. Zbiera więc owoce, wkłada do wiklinowego kosza i unosi ze sobą. Później na plaży rozpali ognisko i jak co dzień wrzuci jabłka w płomienie. Wściekle zaskwierczą. Czyż palone jabłka nie pachną osobliwie? Gdy zmierzch powlecze morze hebanem, Ledar nabierze morskiej wody w dużą muszlę i posmakuje językiem. Wdrapie się na skalny cypel i godzinami będzie patrzeć w gwiazdy, a potem słuchać jak w morzu szumią żagle zatopionych brygantyn.

Czy długo już odtwarza ten rytuał? „Długo” jest dobrym określeniem, choć nie opisuje rzeczywistości. Rękawy jego koszuli stały się brudne, bezguzicze. Urosła mu broda. Zaczął mówić do siebie, żeby nie zapomnieć brzmienia ludzkiego głosu. Musiałby liczyć gwiazdy, żeby móc podać liczbę lat. Kiedyś to robił i prawie oszalał. Noc straciła czarną kurtynę i stała się materią chaosu. Przestrzeń pękła, a jaźń Ledara straciła oparcie i spadła jak stłuczona klepsydra w odmęt nicości. Gdy burza ucichła, zmysły zostały mu przywrócone, ale mniej spójne. Przestał czuć się w dużym stopniu sobą. Jakby coś rozszczepiło i zespoliło go na nowo, ale inaczej, z błędem. Przestał więc przywiązywać wagę do upływających dni. Zaczął cofać się w przeszłość, by zapełnić luki w pamięci. Krok po kroku odnajdywał zgubione guziki koszuli i słowa, których wydawało mu się, że już nie zdoła wymówić.

Tak dawno, że mogło się to zdarzyć w innym życiu był zwolennikiem teorii mówiącej, że wszechświat jest stały, a czas powinno się wyeliminować ze wzorów fizyki gdyż stanowi złudzenie. Istnieje tylko to, co materialne, układając się w nieskończoność konfiguracji. Wszystkie te konfiguracje istnieją jednocześnie.

„Teraz” istnieje cały czas. A „czas” nie istnieje w ogóle. Jest więc tylko teraz. Teraz. Teraz.

Rozbitek może liczyć, że ktoś go uratuje. Niestety Krzysztof Ledar nie był rozbitkiem. Pewnego dnia poszedł do swojego domu. Nie robił tego często, nie lubił. Stawał się tam jeszcze bardziej samotny i bezsilny.

Promienie słońca wpadały do środka oświetlając wyblakłą kuchenną serwetę, a jemu trudno było przypomnieć sobie twarze bliskich. Pustka wyglądała z szafek. Drobiny wspomnień unosiły się w powietrzu o ziemistym zapachu stęchlizny gdy tulił zimne przedmioty. Stopy i ręce odciskały ślady w kurzu.

W ogródku warzywnym za domem Ania pielęgnowała pomidory. Kinga asystowała. Czepiała się spódnicy matki jak rzep w sukience w grochy. Nigdy nie przestanie mieć stłuczonych kolan i kleistych rąk. Jej głos nie przestanie przypominać świergotu wróbla nawet gdy ucichnie w jego pamięci. Ania nie ściągnie gumowych rękawic, nie rzuci ich na stół w kuchni. Złote włosy zdają się wciąż błyszczeć na wietrze, a przez nie Ledar nie może zobaczyć twarzy żony ani spojrzeć jej w oczy i przekonać się, że są żywe i śmieją się do niego.

Jak zdusić łzy które wezbrały mu w gardle? Zostały tylko chwasty, dzikie róże i winorośl pnąca się po ścianie. Zerwawszy kilka liści wina, jeden włożył do ust, resztę do kieszeni, a idąc ścieżką na ganek zauważył w krzakach kolorowego pieska na kółkach. Podniósł sznurek i pociągnął zabawkę za sobą. Piekące krople ściekły mu po brodzie, a kółka szurały i terkotały. Łzy które przełknął smakowały jak winorośl – były ziemiste i gorzkie, współgrały z zapachem palonych jabłek, z szumem morza tak tęsknym jak wymawianie imion osób, których już nie ma.

Szedł zamyślony, więc nie dostrzegł niczego niezwykłego. Coś czaiło się w krzakach, podążając za nim. Nawet donośny wcześniej skwir ptaków ucichł.

Co jakiś czas znajdował kolejny, biały guzik od koszuli. Nie więcej niż jeden na raz. Przeważnie w parku, pod posągiem człowieka o ramionach uniesionych w wyzwaniu wobec samego stwórcy.

„Cieszy się z czegoś, triumfuje?” – zastanawiał się Ledar. „Tylko ten triumf jakiś niegodziwy.”

Rysy twarzy rzeźby nigdy nie były tak ostre i złowieszcze jak teraz, choć stała tu od zawsze (to znaczy odkąd pamiętał Krzysztof Ledar), pokryta brudem i śladami upływu czasu, odarta z tabliczki, pozbawiona autora i kontekstu powstania. Cokolwiek widniało na plakietce zaginęło tak samo jak mieszkańcy wyspy.

Ledar podniósł guzik i obrócił go w dłoniach. Szum eksplodował mu w uszach jazgotem pędzącego pociągu i przeciągłym gwizdem lokomotywy. Poczuł się jak krew kapiąca na umywalkę, jakby brukał czystą, nieskalaną powierzchnię. Dostał drgawek ryby rozrywanej od wewnątrz wędkarskim hakiem. Ból nie do opisania. Kapał, przedarty do połowy jak kartka. Jego część przestała czuć cokolwiek. Reszta była mięsem, wyjącym flakiem. Jazgot trwał. Ziemia obróciła się wstecz o kilka okrążeń. Coś go pchało przez zwoje jego własnego umysłu, ku temu co było i co musiał zobaczyć.

Jednocześnie uczestniczył we wszystkim i stał obok. Ledwie rozpoznał Kingę. Musiała mieć z dwanaście lat. Oczy ciemniejsze niż u dziecka, które zapamiętał i pełne urazy, mądre ponad wiek. Usta wygięte w pogardzie. Ania schudła, jej rysy były ostrzejsze w stwardniały sposób uwydatniony dodatkowo przez bladość twarzy. Nie tyle powodował to dojrzalszy wiek, raczej ciężar zmartwień. Rękę miała zimną, ale Ledara przeszył ogień, kiedy go spoliczkowała.

Awantura trwała od kilku godzin. Wrócił wieczorem, zataczając się – brudny, bełkoczący i agresywny. Wypluwał wiązki przekleństw w nieustającym, plugawym słowotoku. Prowokował tak długo, aż Ania nie wytrzymała. Powietrze zagotowało się od gniewu. Wzajemna nienawiść eskalowała aż do momentu gdy Ania uderzyła. Szarpali się, zataczając na ściany i potrącając sprzęty, potem przerażona Kinga odepchnęła ojca i odciągnęła matkę. Gdy wlokła ją za łokieć do drugiego pokoju, wyzywała Ledara od pieprzonych chujów.

Zamknęły się w środku na klucz, a on długo kopał w drzwi. Wrzeszczał obelżywe, nienormalne rzeczy. W szale tłukł talerze, a krzesłem rzucił o ścianę. Gazety, które zebrały się na komodzie rozdzierał kartka po kartce, rozrzucając naokoło, śmiejąc się szaleńczo i śpiewając do muzyki z radia: „Co ty narobiłaś głupia kurwo”.

Jazgot dawno ucichł. Ledar starł smugę krwi, która popłynęła mu z nosa. Siedział u stóp posągu skrajnie roztrzęsiony. Teraz wszystkiego żałował, ale za późno. Próbował sobie przypomnieć, kiedy jego rodzina zniknęła. Jaki był ten ostatni dzień, gdy wszystko było normalnie? Co to był za dzień? Co się stało?

Poderwał głowę.

„Cisza jest tak gęsta, czy ogłuchłem?”

Wiatr zaszumiał w liściach wierzb. Chmury nad głową Ledara przesuwały się szybko, gęste i ołowiane.

– Będzie padać – powiedział na głos.

Tego wieczoru pierwszy raz od bardzo dawna nie poszedł spać na plażę. Włamał się do pierwszego mijanego domu i zajął go bez skrupułów.

O zmierzchu, pełen niepokoju owinął się kocem i wyciągnął z zaparzonej w kubku herbaty woreczek o zapachu jeżyn. Przysunął ręce do kołyszącego się płomienia świeczki, żeby się rozgrzać. Dziwny chłód dręczył go od środka. Jakby połknął cały worek lodu, który nie chciał się roztopić.

Zadygotał spojrzawszy na blaszaną puszkę na stole. Wolałby nie odnajdywać więcej guzików, ale musiał się dowiedzieć co się stało. Niewiedza była równie zła, a może gorsza od prawdy, którą mógł poznać.

„Ty ich zabiłeś” – Ohydna myśl podpełzła bliżej. – „Psychopato”

– Nieprawda! – krzyknął rozpaczliwie.

„Będziesz umiał z tym żyć?” – szepnął złośliwy głos wewnątrz czaszki.- „Pamiętać o czymś tak potwornym?”

Chęć by się napić stała się przemożna.

„ Gdzieś, w tym wymarłym miasteczku na pewno jest alkohol. Ból na chwilę zniknie.”

– Nie chcę!

„Pragnienie stanie się silniejsze im dłużej będziesz zwlekał. Po co się powstrzymujesz? Przerwiesz gdy tylko zechcesz.”

– Pada.

„To niedaleko. Najwyżej zmokniesz, nikt od tego nie umarł. Jesteś z cukru?”

Odrzucił koc i wstał. Zacisnął pięści aż zbielały kłykcie. Twarz przeciął mu grymas. Odrzucił głowę. Zawył przeciągle, szarpiąc na sobie ubranie. Ruszył do drzwi, ale w połowie drogi zrozumiał, że jeśli teraz wyjdzie, będzie nieodwracalnie zgubiony. Przegra. Nie będzie powrotu.

„Myślisz, że w ten sposób się odkupisz? Straciłeś szansę dawno temu. Kogo chcesz prosić o przebaczenie. Ich nie ma, rozumiesz? Jesteś sam.”

– Nieważne. Zrobiłbym wszystko, żeby nigdy nie wyrządzić krzywdy ludziom, których powinienem był kochać, ale mogę jedynie uszanować ich pamięć, usiąść i trochę pomyśleć.

Głos zaniósł się gorzkim śmiechem.

Nacisnął klamkę. Owiał go straszny smród zgnilizny. Trupi odór obłaził ze ścian, spływając na wargi Ledara, wykręcając mu żołądek. Od zapachu zjełczałej zupy – gęstej, ciepłej i połykającej piwnicę, zrobiło mu się niedobrze.

Wtedy coś poruszyło się w ciemności.

„Obudziłeś coś! – szepnął struchlały głos. „Coś tu jest!”

Zastygł. W tym czasie „to” przesuwało się po deskach niczym stara taczka wyładowana makulaturą. Kawałek po kawałku. Ćmy strachu szukały ujścia w żołądku. Spazmatycznie przełknął ślinę, ale nie miał odwagi się poruszyć.

Nerwowo, w panice przeszukał kieszenie. Natrafił na zapalniczkę. Prawie ją upuścił nim zakwitł mały, chybotliwy płomyczek, dając odrobinę światła. Ciemność cofnęła się trochę, a Ledar powoli, bardzo powoli wszedł do środka.

Hałas ciężkiej taczki ustał, czając się w mroku. Ledar więc wyciągnął rękę z zapalniczką dalej przed siebie i poszedł, aż światło odsłoniło potwora.

„Nie wolno ci uciekać ani patrzeć mu w oczy. Potraktuje to jak wyzwanie.”

Zadrżał na całym ciele podczas gdy bestia miotała się w oszalałej determinacji, szarpiąc na łańcuchu.

W tym momencie zbudził się zlany potem i z oszalałym ze strachu sercem. Gdy spał świeca się dopaliła i leżał w zupełnych ciemnościach. Strach nie zniknął po przebudzeniu. Nadchodziło coś złego. Czuł to w kościach.

Wyplątał się z koca i po omacku odnalazł drogę do kuchni. Wydobył z szuflady największy nóż kuchenny. Tak uzbrojony wrócił do pokoju. Na stoliku przy oknie postawił nową świecę. Zapalił ją i zaczął kręcić się nerwowo po pokoju. Nie był pewien co dokładnie, ale coś się miało wydarzyć. Cisza wierciła w uszach. Ledar skulił się na podłodze i czuwał.

Po pewnym czasie coś usłyszał. Szelest, chrobot, może gałąź zahaczyła o szybę, może coś na kształt kroków.

„Wyspa jest bezludna. Drzwi są zamknięte. Uspokój się.”

„Skąd więc ten zgrzyt i chłód ciągnący od hallu? Słyszę kroki!”

Ledar skulił się w sobie. Kroki były coraz bliżej i bliżej. Każdy nerw krzyczał o niebezpieczeństwie. Strach zdusił mu gardło.

Wcisnął się głębiej w kąt pokoju.

„Kto to jest. Skąd się wziął?” – Zobaczył plecy intruza, tył jego głowy, czarne spodnie, buty, sweter. – „To przecież człowiek.”

– A czego się spodziewałeś? – spytał dziwnie znajomy głos. Mężczyzna odwrócił się do niego. Wargi rozciągnął mu ironiczny uśmiech.

– Posąg – wykrztusił Ledar z niedowierzaniem.

– Najwyraźniej nie tylko – rzekł tamten, siadając na kanapie.

– Myślałem, że jestem tu sam. Tak długo, długo sam.

– Nie mogłem się wcześniej pokazać. Wiązał mnie… problem, który musiałem wpierw rozwiązać, by móc sobie uciąć tę pogawędkę. Nawiasem mówiąc, po co ci nóż?

– Miałem zły sen.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Sny to tylko sny – skwitował z uśmiechem.

Ledar nie był o tym przekonany.

– Gdzie są wszyscy? – spytał z drżeniem w głosie i zacisnął mocniej palce na trzonku. – Coś się tu stało, a ja nie pamiętam. Byłeś modelem dla rzeźby w parku? Umysł płata mi figle.

– Znalazłeś klucz, który w nieodpowiednich rękach może wyrządzić niewyobrażalne szkody. Jakiś czas temu odnalazłeś go. Nie wiem jak wygląda, może zmieniać kształt, ale z jego winy jesteś w tym położeniu.

– Nie pamiętam.

– Musisz to wiedzieć! Rusz głową!

– Znalazłem tylko kilka guzików. Mam więcej dziur w pamięci niż chory na alzheimera. Ciągle coś mi się roi. Może ty też jesteś urojeniem. Nie wiem już w co wierzyć.

Ledar nie zdążył dostrzec ruchu, ale nieznajomy w jednej chwili siedział na kanapie, w drugiej był obok. – Pomyśl, debilu – pchnął Ledara na ścianę. Twarz wykrzywiała mu czysta furia. – Nie rozumiesz jakie to ważne?

– Nie pamiętam – powtórzył spokojnie.

– Jeśli chcesz sprowadzić z powrotem swoją rodzinę, znajdź klucz i oddaj mi go, a wszystko wróci na swoje miejsce. Postaraj się!

Gdy nieznajomy wyszedł, Ledar odłożył nóż. Dopijając wystygła herbatę, przytulił do piersi blaszane pudełko, w którym trzymał znalezione guziki.

Długo bił się z myślami, nie mogąc spać. W końcu zrezygnowany ubrał buty i kurtkę, zapalił naftową lampę i wyszedł na dwór. O deszczu świadczyły już tylko kałuże i chłodna wilgoć w powietrzu.

Skierował się znajomą drogą do parku, mijając puste domy i pogrążone we śnie kwiaty głogów. Ścigał go zimny sierp księżyca. Stare buty o cichych podeszwach, ledwie wydawały dźwięki. Światło lampy oświetlało skąpo karoserie porzuconych samochodów, mdło polśniewało w szklanych witrynach sklepów. Odbicie Ledara przesuwało się samotnie po szklanych powierzchniach, pojawiając się i znikając.

Zamyślony zbłądził parokrotnie w wąskich zaułkach opustoszałego miasteczka. W dzień ta droga zajęłaby mu niewiele czasu, ale w mroku wszystko wyglądało inaczej.

Drzewa w parku otoczyły go jak wielkie psy, gałęzie roztoczyły bezgwiezdną kopułę. Aleja wiła się jak rzeka, z jej prądem płynęły ławki i słupy latarń. Przyśpieszył kroku.

– Ten człowiek był bliźniaczo podobny do rzeźby.

„Całkiem oszalałeś” – prychnął złośliwy głos w głębi czaszki.

Ostatni odcinek drogi pokonał jeszcze szybciej, mimowolnie wstrzymując oddech. Posąg stał w centralnej części parku, powinien być już widoczny.

W końcu jego oczom ukazał się pusty cokół. Dokładnie tego oczekiwał, niemniej brak rzeźby nim wstrząsnął.

Powoli i z wahaniem podszedł jeszcze bliżej. Promień lampy oświetlił bryzgi krwi na brukowanym kostką chodniku. Ledar pochylił się.

– Co tu zaszło? Ten obcy nie był ranny, zauważyłbym, prawda? Więc czyja to krew? Człowieka czy zwierzęcia?

„Jest jakaś różnica?” – odparł pytaniem zgorzkniały głos. – „Na wyspie może ktoś jeszcze mieszkać.”

Ledar kiwnął głową, przyznając słuszność tej teorii i składając do kupy wszystkie poszlaki. Nie był sam. Rzeźba ożyła. Teoretycznie nie postradał zmysłów, ale działo się coś bardzo dziwnego.

Najpierw przeszył go lęk i złe przeczucie. Potem naprawdę to usłyszał i targnął nim dreszcz. Cały świat zawirował, sierp księżyca przygasł i zamigotał. Park zniknął na kilka sekund, a Ledar znalazł się w nieskończonej, bagnistej nicości własnego oddechu. Potem świdrujący i przeciągły krzyk raz jeszcze scalił przestrzeń. Niepodobny do skamlania dręczonego przez chuliganów psa, pobrzmiewał równie rozpaczliwą nutą. Ów ryk wściekłości i bólu zmusił Ledara do biegu. Gdzieś tam, w opuszczonym mieście ktoś potrzebował jego pomocy.

Kluczył między starymi kamienicami. Długi czas próbował zlokalizować miejsce, z którego dobiegał rozdzierający wrzask. Sądził nawet, że jest bardzo blisko, ale kiedy odgłos ucichł jak ucięty nożem, cisza kompletnie go zdezorientowała. Nie wiedział już gdzie dalej iść. Okoliczne domy wyglądały na niezamieszkałe, w zwartych szeregach ciemnych i zamkniętych na głucho okien nie znalazł wskazówki ani ruchu zwiastującego czyjąkolwiek obecność. Zdyszany i zrezygnowany przysiadł na krawężniku. Właśnie wtedy serce zabiło mu mocniej, bo obok pojemnika na odpadki zobaczył guzik z czterema dużymi oczkami do przewleczenia nici. Zdusił instynktowny lęk oraz niechęć i uchwycił mocno w palcach kawałek plastiku.

Ból eksplodował i zgiął go w pół. Wrażenie obdzierania. Ręce i nogi zabębniły o chodnik w spazmach. Kilka razy uderzył się w tył głowy. Gwizd wwiercił się w głąb mózgu wydzierając z gardła krzyk po krzyku.

Ściany wirowały w gęstych oparach. Pomyślał, że wpadł do jeziora i płynie z otwartymi oczami. Wszystko szumiało i kołysało się. Głuche, dziwnie stłumione dźwięki i kolory drażniły. Był gdzieś blisko dna z palcami żółtymi od papierosów i drżącymi od potrzeby picia. We krwi płynęło mu aż nadto wódki, ale w głowie tkwiło przekonanie, że za mało. Jednocześnie lekki i ociężały. Coś jak wata w mózgu spowalniała mu myśli, spychała je na nienormalny tor.

Kuchenne ściany wybrzuszyły się. Wzory na firance przybrały demoniczne kształty, śmiejąc z niego. Gadał z radiem. Niewiele mu zostało ponadto.

– Nic nie mam. Wszystko mi zabrałaś. Spieprzyłaś mi życie, jebana kurwo. Nawet dziecko nastawiłaś przeciwko mnie! Dziwka pierdolona.

Ściany zafalowały drwiąco. Radio grało nieporuszone.

Poczuł taką wściekłość, że musiał po prostu coś…

Na parapecie otwartego w kuchni okna przysiadł gołąb. Ledar w porywie dziwnego impulsu, złapał ptaka i skręcił mu kark. Odciął łeb kuchennym nożem, a resztę ugotował.

Może Ania usłyszała dziwne odgłosy, dość, że weszła do kuchni i omiotła to wszystko wylęknionym wzrokiem – ucięty łeb i krew, pióra na podłodze, garnek na gazie. Zastygła zdjęta obrzydzeniem z powodu tego co zrobił, nie dowierzając. Gdy się opanowała, bez słowa włożyła rękawicę i podeszła zabrać garnek.

– Nie tknij tego, kurwo! – warknął i odepchnął ją. – Bo cię oparzę. Wyjebię cię przez okno jak śmiecia!

Jazgot dobiegł końca.

Ledar zwymiotował na chodnik. Z wytrzeszczonymi oczami leżał na ulicy. Nie mógł zaczerpnąć tchu, bo dławił go szloch i chociaż żołądek miał już pusty, ale jeszcze, na samą myśl o tym wszystkim szarpały nim torsje. Minuty mijały a on trząsł się jak w febrze. Tknęła go pełna strachu myśl czy zjadł tego gołębia, czy nie? Nie potrafił sobie przypomnieć. Może Ania jednak zabrała mu garnek. Była bardzo odważna. On na jej miejscu dawno by się załamał.

Przez pewien czas błąkał się po mieście zupełnie bez światła. Było mu wszystko jedno dokąd idzie. Życie nie miało sensu. Nie miało go kiedyś i tym bardziej nie miało teraz. Za co świat tak go karał?

„Dalej, użalaj się nad sobą. Powinieneś sobie wypić, to był długi i ciężki dzień.”

Odrzucił głowę i wybuchnął płaczliwym śmiechem. Pragnienie pojawiło się natychmiast.

Działał szybko. Nie chciał się namyślać. Wybił szybę i znalazł się w środku obcego domu. Szkło zachrzęściło pod butami. Odgarnął firanę i ruszył na poszukiwania. Nie było w salonie. W kuchni też nie. W żadnej z szafek, którą przetrząsnął. Same stare soki. Kartony z mlekiem. Pojemniki na kawę i herbatę. Paczki pierników i delicji. Przeterminowana żywność. Cukier. Ani grama wódeczki.

I wtedy usłyszał głuchy łomot dobiegający z piwnicy. Zaalarmowany wyszedł na korytarz i stanął przed drzwiami. Ukłuło go wrażenie deja vu, ale mimo to nacisnął klamkę.

Zignorował zgniły, słodkawy smród i wszedł do środka w krąg palącej się lampy. Tak jak we śnie, na łańcuchu uwiązany był stwór, którego ciało stanowiło mieszankę czarnych łusek i kolców. Oczy bestii były zielone i zadziwiająco ludzkie. Z niezliczonych ran i skaleczeń sączyła się krew i ropa.

– Czekałem na ciebie – mężczyzna, ten sam który odwiedził go wcześniej tego wieczoru, uśmiechnął się z satysfakcją i otarł ostrze w nogawkę spodni.

– Dlaczego to robisz? – spytał Ledar. – Uwolnij go!

– Tkwiłem uwięziony nazbyt wiele czasu przez to bydle. W rzeźbie, rozumiesz? Spróbuj sobie wyobrazić jak to jest być rzeźbą. Stać w bezludnym parku dziś, jutro, pojutrze, po kres czasu. Aż w końcu zdołałem się wyzwolić. On chętnie zamknąłby mnie znowu, ale niedoczekanie. Mam prawo do drobnej zemsty.

– Nie, nie masz prawa – zaprzeczył cicho Ledar.

– Mówiłeś coś? – spytał drwiąco nieznajomy.

– Powiedziałem, że nie masz prawa! – Powtórzył, robiąc ruch w kierunku potwora.

Nieznajomy zatarasował mu drogę, ostrzegawczo unosząc nóż. Pod wpływem morderczego wzroku tego człowieka, Ledar zapragnął się wycofać, ale siłą woli pozostał na miejscu.

Błysk ostrza.

Uskoczył w porę, ale obcy zamachnął się po raz wtóry. Nie dało się uniknąć zranienia, można było jednak spróbować obrócić tę sytuację na korzyść. Próbował tak długo, uchylając się i doskakując, aż złapał tamtego za rękę i pchnął na ścianę. Tłukł jego nadgarstkiem aż nieznajomy upuścił nóż, wtedy schylił się po niego błyskawicznie i równie szybko wbił w brzuch nieznajomego.

Cofnął się przerażony, z krwią tętniącą w uszach.

„Nie powinno pójść tak łatwo, tak beznamiętnie. Wbić komuś nóż w ciało, to nie jest nic.”

Ale obcy nawet nie drgnął. Podszedł do Ledara i trzasnął go pięścią w twarz. Stał prosto jak struna, uśmiechając się z politowaniem. Z rany nie spłynęła jedna kropla czerwieni.

– Głupcze! Jak ty nic nie rozumiesz. Jestem człowiekiem w jeszcze mniejszym stopniu niż ten tutaj – wskazał potwora. – Nie pojmujesz nawet sytuacji, w jakiej się znalazłeś. Jak myślisz, skąd się tu wziąłeś?

– Tu, w tej piwnicy?

– Na wyspie, idioto!

– Mieszkałem tutaj zawsze.

– Bzdura! – Prychnął nieznajomy. – Myślałeś, że to ludzie stąd zniknęli, ale w rzeczywistości ty opuściłeś swój świat i zjawiłeś się tutaj. Tym samym naruszyłeś kruchą równowagę tego miejsca, przynosząc swoje guziki, problemy i wspomnienia. Przebudziłem się, bo zrozumiałem, że skoro potrafiłeś przeniknąć z prawdziwego świata tutaj, możliwe musi być też przejście w drugą stronę. A teraz nawet Strażnik mnie nie powstrzyma.

– Kim jesteś? – Wykrztusił Ledar, a głos zadrżał mu mimowolnie.

– Nazywali mnie różnymi imionami. Ty możesz nazywać mnie Radem. Cienie pełzają u moich stóp. Tak będą pełzać ludzie, gdy do nich zejdę.

– Nic ci nie powiem.

– Nie musisz. Dasz mi klucz, a to wszystko czego potrzebuję. – Wyciągnął coś z kieszeni i położył na wyciągniętej dłoni.

Jak dziwnie wyglądał z trzonkiem noża wciąż sterczącym z brzucha i tym guzikiem, który próbował mi podać, a którego ja nie chciałem za żadne skarby.

Radem wyczuł to, bo nagle przyskoczył agresywnie i przycisnął guzik do mojej twarzy, a gdy jak zwykle gwizd rozdarł mnie na części, osunął się wraz ze mną, towarzysząc mi jak zły cień. Byłem kałużą w której przeglądał się deszcz, uderzając we mnie kropla po kropli. On był deszczem. Kap, kap, kap…

Szary poranek wdarł się do pokoju, rozmywając kontury mebli. Cisza sunęła po parkiecie. Dwustukilowa tancerka. Jej fałdy kołysały się w ciężkiej głowie Ledara. Całym sobą czuł rezonans pustych, głuchych ścian. Jakby jakiś czas temu coś tu krzyknęło albo potłukło się. Dźwięk ucichł, ale struna, która go wydała wciąż wibrowała, wprawiała mu dłonie w dziwne drżenie, którego nie mógł opanować. Zwlókł się z łóżka. Zieleń ścian nabrała chorobliwej barwy.

W całym domu było pusto. Dopiero na drzwiach wyjściowych, gdy miał już wychodzić, zobaczył kartkę.

„Wciąż mówiłeś, że ci uprzykrzamy życie i że się wyprowadzisz. Powtarzałeś to dziewięć lat. Dziewięć lat awantur i wyzwisk, a ja czekałam, że coś się zmieni. Było coraz gorzej, ale mówiłam sobie, że nie jest aż tak źle, że to przejściowe i wytrzymam, bo nie pozwolę się wypędzić z własnego domu. Dałabym radę psychicznie, ale Kinga jest jeszcze dzieckiem, wrażliwym dzieckiem. Dlaczego ma płakać w swoim pokoju, trzaskać drzwiami i wybuchać? Ma w sobie zbyt wiele agresji i złości. Boję się o nią. Powiedziałeś, że oszalała, gdy w trakcie naszej kłótni wybiła okno. Myślę że to za wiele dla niej, że jest bliska załamania. Dlatego odchodzimy. Będzie mi ciężko, bo nie zarabiam dość, żeby bez twoich pieniędzy utrzymać nas obie, ale musimy dać sobie jakoś radę. Przede wszystkim, gdy wyjdziemy z tego domu w końcu znajdziemy spokój, może nawet będziemy szczęśliwe.”

– Nie mają dokąd pójść. Wrócą, na pewno wrócą wieczorem. Ania jest jak swoja babcia. Pozbyła się męża. Mają to we krwi w tej rodzinie.

Przez pewien czas włóczył się po okolicy. Kupił tanie wina i poszedł do kolegów na działki. Pili przy ognisku. Zmarzł i trochę wytrzeźwiał. Wieczorem wrócił do domu z butelką wódki i siatką grzybów, które posiekał i wrzucił na patelnię razem z mięsem znalezionym w lodówce.

Sam nie wiedział kiedy zmógł go sen.

Gryzący dym wypełniał kuchnię, a Ledar wciąż spał. Sen robił się coraz cięższy.

Śnił, że znalazł się na pięknej wyspie, a w nowym domu znów były z nim Ania i mała Kinga. Siedzieli we trójkę w rzęsiście oświetlonej kuchni. Pachniało aromatem waniliowym i orzechami. Ania ucierała ciasto w pomarańczowej misce. Kinga śpiewała piosenkę o ślimaku, zerkając w małe lusterko oprawione w różową ramkę z plastiku. Czesał jej włosy tak delikatnie jak umiał, choć ręce miał wielkie i nieporadne. Zwykle robiła to Ania, potem splatała warkocze dziecka, a grzywkę podpinała kolorowymi spinkami. Kazała mu czesać, bo to powstrzymywało ojca i dziewczynkę od wkładania palców do miski i podjadania surowego ciasta.

– Mamo – mała przerwała na moment śpiewanie. Majtając nogami, zwróciła się do Ani. – Tata lepiej czesze, ty szarpiesz.

Ania pogroziła córce palcem, mrugnęła figlarnie do Ledara i wróciła do mieszania słodkiej, czekoladowej masy.

Kap. Kap. Kap.

Wola Radema kazała mu opaść niżej i dalej, do wspomnienia gdy ocknął się na plaży.

Nie wiedział kim jest, ale wiedział, że śnił mu się dziwny sen, który zniknął z nastaniem dnia. Tęsknił za rodziną. Ogarnęło go uczucie rozpaczy. Przytulił do piersi małe lusterko w plastikowej ramce. Wstał i zaczął wchodzić do morza. Szedł aż woda go nakryła.

Kap. Kap. Wola Radema pchała go wciąż dalej.

Znowu ocknął się na plaży. Leżał na piasku, nie mając siły się podnieść.

– Chcę wrócić i odzyskać rodzinę.

– Zgubiłeś lusterko gdy wszedłeś do morza.– Radem roześmiał się, podchodząc z pogardliwym grymasem. – Utonęło, a ty straciłeś jedyną szansę powrotu do rzeczywistości. Jesteś gównem.

– Nie! – zacisnął pięści.

– Nic nie wartym śmieciem – wycharczał Radem.

– Nieprawda! – Ledar rzucił się na niego z pięściami, w każdy cios kładąc całą rozpacz i desperację.

– Przez ciebie idioto utknęliśmy tu obaj! – Radem dźgnął go nożem w brzuch.

Ledar cofnął się przerażony, z krwią tętniącą w uszach. „Nie powinien zrobić tego tak łatwo i beznamiętnie”, pomyślał. „Wbić komuś nóż w ciało, to nie jest nic.”

– Nie jestem śmieciem – szepnął, nie dbając czy tamten usłyszy. Zacisnął ręce na trzonku noża i wyszarpnął. Śmiech Radema zastygł dopiero gdy ostrze rozcięło mu twarz.

Istota utkana z czarnych łusek i kolców pojawiła się, lśniąc zielenią morskiej toni. Światło wypłynęło mu z oczu, pochłonęło krwawiącego Ledara i pełen furii wrzask Radema. Szum fal przyszedł i odszedł, zacierając ślady stóp na piasku.

Gryzący dym wypełniał kuchnię. Ledar ocknął się i zaniósł spazmatycznym kaszlem. Mrużąc oczy, po omacku dobrnął do okna, otworzył je na oścież i zaczerpnął powietrza. W głowie trochę mu się rozjaśniło. Włożył rękawicę kuchenną i wrzucił zwęglony, przypalony garnek do zlewu, obwicie zalewając go wodą. Zgasił gaz i przez chwilę zastanawiał się, co by było gdyby ogniem zajęła się cała kuchnia. Prawie się udusił.

„Miałem taki dziwny sen…”

Otrząsnął się i poszedł do łazienki, tam ściągnął ubranie i przez chwilę stał w strumieniu lodowatej wody.

„Tak długo byłem na wyspie.”

Zakręcił wodę, owinął się ręcznikiem i spojrzał w lustro.

„Dziwnie mi bez brody”, pomyślał i w tej samej chwili uświadomił sobie, że ktoś od dłuższego czasu dobija się do drzwi. Poszedł otworzyć.

Na progu mieszkania stał sąsiad spod dziesiątki. Starszy gość o surowej twarzy. Zmierzył Ledara pogardliwie od stóp do głów i bez dalszych wstępów, wybuchnął: – Pali się u pana czy co? Jesteś pan nieodpowiedzialny! Najpierw krzyki i awantury, że spać nie można, a teraz dymu pełno, spalenizny. Ja mam astmę! Pomyśl pan czasem o innych lokatorach, nie mieszkasz pan tu sam!

Ledar spojrzał na niego szeroko rozwartymi oczami i nagle wybuchnął śmiechem.

– Nie jestem sam – wykrztusił. – Nie jestem sam!

Sąsiad skrzywił się wyraźnie skonsternowany i łypnął jak na szaleńca. Najwyraźniej nie zamierzał dłużej dyskutować z szaleńcem.

– Następnym razem policję wezwę i straż pożarną! – huknął na odchodne. Obróciwszy się na pięcie, zszedł po schodach burcząc epitety i z oburzeniem trzasnął drzwiami swojego mieszkania.

Ledar stał dalej na progu. Uśmiechał się sam do siebie i do odgłosów z sąsiednich mieszkań. Nie mógł się nacieszyć swojskimi dźwiękami rozkładanych na stole talerzy i sztućców, kakofonią z telewizorów, a przede wszystkim przytłumionymi echami rozmów.

– Odzyskam moją rodzinę – pomyślał na głos. – Pokażę im, że się zmieniłem.

Już miał wejść do przedpokoju, ale spojrzeniem zawadził o guzik na wycieraczce. Ze strachu serce zakołatało mu jak oszalałe.

– To tylko guzik – wymruczał, próbując się uspokoić. – Tu jest prawdziwy świat, tamten był snem.

Wzdragał się jednak dotknąć małego przedmiotu ręką, odnalazł więc w szafie chusteczkę, owinął guzik w kawałek materiału, a potem ukrył go w starej puszce po herbacie na dnie kuchennego kredensu.

– Przysięgam. Już nigdy nie będę sam!

Barbara Maturska

 

About the author
Barbara Maturska
Publikowała w Esensji (nr 07 (CIX), "Sznur Inanny") i Qfancie (#19, "Sordino"), wcześniej umieszczała też teksty na portalu literackim Fabrica Librorum ("Owad w bursztynie", "Powrót do Tanhai"). Na co dzień miota się, próbując dorwać trochę czasu i inspiracji. Lubi Pascala Brucknera, Javiera Mariasa i Martę Tomaszewską.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *