„Globalne Pasmo” – Warren Ellis

„Globalne Pasmo”
Scenariusz: Warren Ellis
Rysunki: Garry Leach, Glenn Fabry, Liam Sharp, Steve Dillon, Roy Allan Martinez, Jon J. Muth, David Lloyd, Simon Bisley, Chris Sprouse, Karl Story, Lee Bermejo, Tomm Coker, Jason Pearson, Gene Ha

Próbowałaś właśnie wypełznąć z jednego snu i wpełznąć w następny, kiedy dźwięk telefonu brutalnie wybił cię z rytmu. Głos w słuchawce wyłonił się z cieni i bezceremonialnie przedstawił jako Globalne Pasmo. Te dwa słowa zadziałały na ciebie jak kopniak w brzuch. Gdyby twój fundamentalny sprzeciw wobec każdego społeczeństwa, w którym obowiązują zasady narzucone z góry, w tej chwili mógł się zmaterializować i przyjąć ludzkie ciało, uśmiechnąłby się do ciebie. W półprzytomności umysłu i rzedniejącym mroku zakładasz kurtkę i wybiegasz z mieszkania. Świat właśnie dźwiga się do pionu po upojnej nocy. Głos w słuchawce obiecuje ci życie rozpędzone do szaleństwa, po czym oświadcza, że bomba wybuchnie za dwadzieścia minut i to ty musisz się tym zająć. Nie znasz się na bombach, jesteś parkourzystką. Jeszcze wczoraj miałaś inne plany na dzisiaj, ale biegniesz i nie masz teraz żadnej innej drogi przed sobą – prócz tej w górę. Witaj w przedpiekle.

Podobnie zaczyna się jedno z dwunastu opowiadań, zawartych w albumie „Globalne Pasmo”. Globalne Pasmo to tajna sieć specjalnych agentów, dowodzona przez charyzmatyczną Mirandę Zero. Jest to organizacja o zasięgu ogólnokrajowym, która nie jest wierna żadnemu rządowi, prezydentowi czy kościołowi. Scenarzysta, Warren Ellis już zaskarbił sobie powszechne uznanie wśród czytelników na całym świecie takimi pozycjami jak „Planetary” czy legendarne cyberpunkowe „Transmetropolitan”. Stał się czarodziejem reportażowego SF dla dorosłych, więc dobrze wie, jak zahipnotyzować czytelnika, żeby ten przeżył mocny, apokaliptyczny odlot.

„Globalne Pasmo” jest soczyste, pełne brudu i hektolitrów krwi. Totalne futurystyczne pandemonium. Mamy tu obłąkanych terrorystów z bombami wirusowymi Ebola, które mają zniszczyć Londyn, niekonwencjonalne eksperymenty z dawno zapomnianymi i źle działającymi cyborgami z czasów zimnej wojny, programy komputerowe, które zamieniają ludzi w zombie. To tak, jakby John McClane spotkał Johna Wicka i razem poszli zrobić „Mission Impossible” w świecie „Blade Runnera”. Historie w panelach zieją więc ogniem. Sztuką jest prowadzenie inteligentnej konwersacji w ferworze walki, więc dialogi utykają, jakby zostały postrzelone w nogę. Są jak strzały oddane ślepymi nabojami. Krewkie i szorstkie. Powinny spodobać się chłopcom z technikum. Chociaż komiks zdecydowanie nie jest skierowany do młodszego czytelnika.

Poszczególne nowelki są jak bijatyki w ringu „jeden na jeden” i nie kończą się na podbitym oku. Szarpią nerwy, pojawiają się w gorączce i odchodzą w konwulsjach. Zbroczeni nie swoją krwią agenci Globalnego Pasma wykonują swoją czarną robotę. Tak czarną, że nawet opinia publiczna nic o niej nie wie. Biegną na ratunek szalonemu światu z dymiącą lufą broni w ręku, skaczą przez stosy trupów, a gniew fermentuje w ich żyłach. Nie mają nawet czasu, by spojrzeć śmierci w oczy. Nie mają czasu, by spojrzeć w lustro, czy przypadkiem odbicie nie prosi o rozwagę, nie próbuje wynegocjować warunków, na jakich mogą się wypisać, wycofać. Kruszą się kości, krew wrze, jacyś ludzie gdzieś płaczą z bezsilności. Ziemia jest pełna piekła. Koniec teledysku. Na koniec wszyscy opuchnięci, bezsilni i znużeni palą trawkę. Na telebimie wyświetla się twarz prezentera, mówiącego z uśmiechem o wojnie na Dalekim Wschodzie.

Każde z opowiadań zilustrowane jest przez innego artystę. Są to najgorętsze nazwiska w amerykańskim „komiksowie”. Pierwszoligowi rysownicy: Garry Leach, Glenn Fabry, Steve Dillon, David Lloyd i Jon Muth obronili się i wyszli z jatki cało, jednak po takich nazwiskach spodziewałem się czegoś więcej. Wyjątek stanowi Simon Bisley, potwierdzając, że nadal jest „królem obciętych kończyn i wylewających się wnętrzności”.

Niestety, historie rozgrywające się w komiksie są zbyt powierzchowne, bym mógł się w pełni w nie zaangażować. Ten komiks to serial, który chce nam opowiedzieć zbyt wiele, a poszczególne jego odcinki przelatują przez nas. Agenci wchodzą do budynku, zabijają złych ludzi. I nagle koniec. Żadnego poczucia zagrożenia i wstrzymania oddechu. Historie toczą się zbyt szybko, a niektóre potrafią zaciekawić, „chodzącymi” czarnymi dziurami, bionicznymi potworami czy harpunami kinetycznymi. Żadna z nich nie miała szansy „odetchnąć głębiej”, z powodu braku ciągłości. Tak jakby były wstępnymi szkicami. I może takie miały być. Zwrotne i doznaniowe. Uderzają i biegną dalej. Jak te wielkie, krzyczące, tabloidowe nagłówki , plotki i newsy z bulwarowych stron na portalach w Internecie.

Piotr Burzyński

About the author
Piotr Burzyński
Piotr Burzyński Urodzony w Bielsku-Białej. Ukończył Liceum Plastyczne w Jarosławiu i Wydział Pedagogiczno-Artystyczny Uniwersytetu Rzeszowskiego na specjalizacji grafika/linoryt. Rysuje komiksy, grafiki, ilustracje. Inspiracji szuka w czeskiej literaturze, w szalonej kresce Moebiusa i w czerwonych oczach węża Nidhogg'a, w kinie lat 90-tych, w nocach na ziemi Jima Jarmusch'a, w "Silent Treatment" The Roots i w tej ciemnej przestrzeni pomiędzy gwiazdami. Fb: SwietlikBurzynskiArt

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *