Gilliamesque – Terry Gilliam

gillCo siedzi w głowie Terry’ego Gilliama? Sądząc po okładce jego autobiografii, bardzo dużo bardzo… różnych rzeczy.

Historię swojego życia Gilliam otwiera odniesieniem do psychodelików. Nie swoich przełomowych animacji czy któregoś ze swoich świetnych filmów. Zamiast tego mówi o tym, że zawsze bał się wziąć LSD, tak popularnego w latach 60. To zagranie pod publiczkę ma odseparować reżysera od stereotypowego postrzegania go jako oryginała i libertyna. Tymczasem, zwłaszcza jeśli chodzi o dosyć typowe dzieciństwo i brak szczególnie pikantnych historii, z dzisiejszej perspektywy Brytyjczyk nie wydaje się ikoną kontrkultury. Nawet zmiana obywatelstwa – Gilliam urodził się w Stanach Zjednoczonych – na którą kilka lat temu się zdecydował, była podyktowana względami stricte praktycznymi. W ten sposób uchronił swoją żonę od podatku spadkowego w razie własnej śmierci.

Początkowe odniesienie do LSD to oczywiście pozerstwo, Gilliam sam doskonale zdaje sobie sprawę z własnej niepozorności i świetnie się bawi, krusząc mity dotyczące siebie samego, współpracowników czy artystów pracujących w przemyśle filmowym. Chociaż sam obdarzony jest ogromną wyobraźnią, jego doświadczanie rzeczywistości jest bardzo proste, żeby nie powiedzieć: organiczne. Jego wymyślne realizacje są osadzone bardzo głęboko w tym, co realne. Jak każdy stary pierdziel również Gilliam nie unika pewnego moralizatorstwa i utyskiwania na „dzisiejszą młodzież”. Krytykuje depersonalizację mięsa, odejście od Biblii (jako dzieła, nie zbioru wartości) czy zbytnie przywiązanie do wirtualnej rzeczywistości. Robi to jednak w uroczy sposób, nie narzucając niczego czytelnikowi, co w pewnym sensie należy pochwalić.

Jako autor, który zbudował swoją reputację na oryginalnych animacjach, Gilliam musiał przypomnieć o swoich korzeniach w autobiografii. Od ilustracji okładkowej przez te wewnątrz książki aż po jej samą organizację „Gilliamesque” to doskonały przykład paratekstu. Wedle tej teorii, autorstwa literaturoznawcy Gerarda Gennetta, cała wspomniana tu otoczka dzieła jest równie istotna jak samo dzieło. Bez niej nie może dokonać się „transakcja”, rozumiana jako przekazanie treści. Tak właśnie jest w przypadku tejże autobiografii, która już na okładce składa czytelnikowi obietnicę wniknięcia w umysł niestrudzonego wizjonera. I dotrzymuje jej właśnie dzięki swojej stronie wizualnej. Słowa to jedno, ale to wygląd tej książki, jej piękne wydanie, sytuuje ją wśród prawdziwie wyjątkowych autobiografii. Jeśli ktoś całe (artystyczne) życie porozumiewał się obrazem, to oczywiste, że w ten sam sposób musi opowiedzieć o sobie.

Tytuł: Gilliamesque: Przed-pośmiertna autobiografia

Tytuł oryginalny: Gilliamesque: A Pre-posthumous Memoir

Autor: Terry Gilliam, Ben Thompson

Przekład: Adam Czarniecki

Liczba stron: 297

Rok wydania: 2018

Wydawca: Planeta

About the author
Łukasz Muniowski
Szef działu recenzji książkowych. Doktorant w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Autor artykułów naukowych o koszykówce, grach video, serialach, gentryfikacji i literaturze. Ma trzy psy. Chciałby mieć świnię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *