Filip – Leopold Tyrmand

0

2Krąży o Leopoldzie Tyrmandzie anegdota, zresztą rozpowszechniona przez niego samego, opowiadająca o jego zaskakującym, wręcz nierealnym, spotkaniu z młodym żołnierzem Wermachtu podczas wojny, kiedy to dwudziestoparoletni Tyrmand pracował jako robotnik w Moguncji nad Renem. Do odpoczywającego nad rzeką mężczyzny nieoczekiwanie dotarły dźwięki amerykańskiego jazzu, muzyki, którą autor kochał miłością bezgraniczną. Zwabiony ciekawością ujrzał przepływającego kajakiem młodego żołnierza, który z małego, przenośnego patefonu odtwarzał muzykę, umilając sobie tym samym wycieczkę. Niemiec, zauważywszy zaciekawienie robotnika, podpłynął do brzegu, dzięki czemu między dwoma młodymi mężczyznami, tak do siebie podobnymi, a jednocześnie tak różnymi, wywiązała się ciekawa rozmowa. Oddaję głos Tyrmandowi:

Pomyśl – powiedziałem z zamierzoną, natrętną złośliwością – tu grają, na tej płycie, jeden amerykański Żyd, jeden amerykański Murzyn i jeden zamerykanizowany Polak czy Czech… I co ty na to?

Niemiec zarumienił się młodzieńczo. – Idiotyzm – rzekł dość porywczo – przestań z tym nonsensem. Myślisz, że mnie to coś obchodzi, bo ja jestem Niemcem? Bzdura… Człowieku! – zawołał – posłuchaj, co to za muzyka… jak oni grają… To jest przecież coś! – Rzucił mi linkę, przycumowałem kajak, po czym podał patefon, kasetkę z płytami i sam wyskoczył na brzeg. W kasecie znalazłem parę Ellingtonów i wspaniałego Chick Webba z Ellą Fitzgerald śpiewającą „A tisket a tasket”… Roztasowaliśmy się na trawiastym wybrzeżu, płyta następowała po płycie, pierwszy wiosenny upał dojrzewał w powietrzu, wojskowa bluza rzucona została w jedną stronę, ciemna bawełniana koszula w drugą. (…) Nie przeceniam tego epizodu. Nie pragnę sugerować doniosłości jego poznawczego czy moralnego znaczenia (…). Niech nikt nie sądzi, że proponuję jazz jako antidotum na złe, nieludzkie ideologie. Ale dostrzegam w tym zdarzeniu jakiś szorstki młodzieńczy humanizm w specyficznym stylu, na pewno bardzo piękny i na pewno nacechowany jakąś nieodłączną od samego jazzu oryginalnością.

Czytelnicy na pewno wybaczą mi ten przydługi wstęp i jeszcze dłuższy cytat. Nie ma on jednak na celu ani pobieżnego zaciekawienia czytelnika, ani pokazania miłości Tyrmanda do jazzu, ani nawet próby odniesienia się do bogatego życiorysu autora „Złego”. Opowieść ta w możliwie najbardziej skondensowanej formie pokazuje, o czym jest „Filip” – ostatnia powieść Tyrmanda wydana przez komunistyczne władze Polski przed jego emigracją.

Od razu trzeba jednak zastrzec, że „Filip” nie jest książką o jazzie ani tym bardziej o przyjaźni z wrogiem. Na dobrą sprawę nie jest to też książka o życiu przymusowego robotnika w nazistowskich Niemczech. Choć każdy z tych wątków pojawia się tutaj, a nawet gra istotną rolę. O czym więc książka wydana wreszcie w 1961 roku, po długich bataliach z komunistyczną cenzurą, traktuje? „Filip” to gloryfikacja młodości i życia. Tytułowy bohater, oczywiste alter ego autora, który wszak także podczas wojny wyjechał do Niemiec na roboty przymusowe (po zdobyciu fałszywego paszportu francuskiego), pragnie dostać się do Francji, aby tam wspierać działania armii przeciwko niemieckim okupantom. Wobec trudności z podróżami w obrębie Niemiec, a następnie dalej, za granicę, zostaje we Frankfurcie nad Menem, gdzie wdziewa kelnerski frak i usługuje w jednej z lepszych frankfurckich restauracji. Filip oczywiście, jak każdy młody człowiek w burzliwych czasach II wojny światowej, rwie się do walki, gotów poświęcić życie na ołtarzu ojczyzny, szczególnie jeśli miałby zabrać ze sobą kilku niemieckich żołnierzy. Tymczasem jednak żyje w zawieszeniu w samym środku wrogiego państwa, objada z delicji niemieckiego cywila, kantuje na żywnościowych kartkach i pluje w kawę znienawidzonemu pryncypałowi. I żyje. Chce żyć, jak każdy młody człowiek, pełną piersią. Chce całować dziewczynę (nawet Niemkę), brać ją do łóżka, chodzić po pracy z kumplami na piwo i słuchać jazzu.

Filip” nie jest co prawda wymieniany w pierwszym szeregu wśród najważniejszych książek Leopolda Tyrmanda, trudno jednak nie uznać go za książkę nie tyle udaną, co ważną. Tyrmand przelewa na papier rozterki pokolenia, które młodość i siły, a często życie, traciło na bezsensownej wojnie, wywołanej i toczonej przez zdegenerowanych notabli, wysługujących się rękami młodych. Niełatwa to powieść w odbiorze, niewygodna, stawiająca fundamentalne pytania o winę za cierpienia, a nawet odwracająca perspektywę poprzez ukazanie cywilnej ludności Frankfurtu jako pełnoprawne ofiary wojennej machiny.

Na koniec również długi cytat, tym razem z „Filipa”. I znów proszę o wyrozumiałość czytelnika, ale czyż można dobitniej i dowcipniej?

Wiesz, stary – powiedział mi chropawym głosem, gdy transportowałem go do Park Hotelu – mam stryja, ogrodnika z zawodu, który jest najmądrzejszym człowiekiem na świecie. Utrzymuje on, przyznam ci się, nie wiem dlaczego, że najnikczemniejszym rodzajem człowieka jest krytyk literacki. Zgodzisz się jednak ze mną, że łotrostwo krytyków jest niczym wobec podłości takiej małej świni, takiej kurewki, jak ta Karin.

Taka Karin, być może, o niczym nie wie – zastanowiłem się. – Jest głupia i nie ma pojęcia o własnej dolegliwości, po czym nie domyśla się nawet krzywdy, jaką wyrządza. Świństwo, które czyni, jest więc wynikiem głupoty. Nie znam się na tym zbyt dobrze, ale zdaje mi się, że z krytykami literackimi jest podobnie: wyrządzają świństwa z głupoty. Po prostu wydaje im się, że coś wiedzą.

Tytuł: Filip

Autor: Leopold Tyrmand

Liczba stron: 472

Rok wydania: 2017

Wydawnictwo: Wydawnictwo MG

Podziel się

O autorze

Karol Sus

Rocznik ‘88. Absolwent Uniwersytetu Warmińsko- Mazurskiego w Olsztynie. Wychowany na micie amerykańskiego snu. Wciąż jeszcze wierzy, że chcieć – to móc. Wolnościowiec. Kinomaniak, meloman, mól książkowy. Namiętnie czyta komiksy. Szczęśliwy mąż i ojciec.

Odpowiedz