Fantastyka na przekór stereotypom, czyli wywiad z Mileną Wójtowicz

0

Milena Wójtowicz debiutowała opowiadaniem Bardzo czarna dziura, opublikowanym w 2001 roku w Esencji. Rok później jej Wielka wyprawa małej Żaby pojawiła się na łamach Science Fiction. Swoją pierwszą powieść, Podatek, pisała w czasie sesji egzaminacyjnej, w ramach ucieczki od nauki. Ta produktywna prokrastynacja opłaciła się – Podatek został wydany w 2005 roku w Fabryce Słów. Teraz autorka ma na swoim koncie imponującą liczbę opowiadań i kilka zabawnych, przewrotnych powieści – Załatwiaczkę, dwie części Wrót i Post scriptum, wydane już w Jaguarze, gdzie ukazuje się także wznowienie Wrót. Jej znakiem firmowym jest niepowtarzalny humor, zaradne bohaterki i łączenie magii z prozą życia, co w jej wykonaniu stanowi wybuchową mieszankę. Krótko opisując Wójtowicz jako osobę, można pokusić się o stwierdzenie, że dobrze jej z oczu patrzy. Jest sympatyczna, ciepła, szybko skraca dystans i rozmawia jak ze starym znajomym. Po drodze na wywiad czytelnicy gratulowali jej Post scriptum, łapali się jeszcze na autografy i wyznawali, że podczas lektury „obśmiewali się jak norki”. A jeśli jeszcze wspomnieć, że po wywiadzie Milena Wójtowicz szybko przeszła do chwalenia się zdjęciami swojego psa, to chyba powie czytelnikom wszystko, co muszą o niej wiedzieć. Wójtowicz jest kimś, kogo warto poznać – przynajmniej za pośrednictwem jej twórczości.

44167967_310721969709212_1788473898732355584_n

Po dziesięciu latach wracasz na rynek literacki, wydając Post scriptum w Jaguarze. Czy można mówić o wtórnym debiucie?

Zdecydowanie tak, bo znowu czuję się jak debiutantka. Pisanie Post scriptum niosło ze sobą wiele obaw. Martwiłam się, czy jeszcze potrafię pisać, czy czytelnicy mnie pamiętają. To wielka przyjemność dowiedzieć się, że czekali na kolejne książki. Najlepszą motywacją do pisania jest, kiedy ktoś ci mówi, że czytał książkę w autobusie i śmiał się tak bardzo, że współpasażerowie patrzyli na niego jak na wariata.

Przez te dziesięć lat odbiór fantastyki bardzo się zmienił, widać to szczególnie na konwentach. Dawniej mieściliśmy się w jednym budynku, teraz zagarniamy całe miasta. Konwent współcześnie przypomina to, co kiedyś widzieliśmy tylko w Internecie czy telewizji jako relacje z ComicConu. Wracając na rynek, przeżyłam szok jakościowy, właśnie na konwentowych spotkaniach z czytelnikami. I szok ilościowy, bo konwenty przyciągają też coraz więcej ludzi.

Zwiększyła się też rola Internetu i mediów społecznościowych. Podoba mi się ten bezpośredni kontakt z czytelnikami na fan page’u i dostęp do ich opinii, do recenzji. Nie trzeba już czekać na konwent, żeby poznać reakcje odbiorców, ale można spotkać się z nimi codziennie w sieci. Ruszyłam więc z fan page’em i mam nadzieję nadgonić fandom.

Post scriptum jest też tekstem fanowskim. Główni bohaterowie nałogowo oglądają seriale i naśladują zachowania ulubionych postaci, detektywów i łowców potworów. Też jesteś fanką i dałaś temu ujście w tekście?

Jestem fanką Nie z tego świata, szczególnie początkowych sezonów. Team Dean! W ogóle lubię popkulturę. Wyrastamy na popkulturze. Odniesienia, cytaty i powiedzonka z różnych tytułów stały się formą komunikacji. Nawet ten okrzyk, który wzniosłam przed chwilą, stał się bardziej rozpoznawalny wśród większej liczby ludzi, niż byłby jeszcze kilka lat temu. Oswajamy popkulturę, bycie fanem nie jest już takim hermetycznym zajęciem. Odniesienia popkulturowe zadomowiły się też w codziennym języku. Niektórzy posługują się cytatami z Nie z tego świata, inni z kabaretów. Myślę, że to wniknięcie popkultury w codzienność daje szerokie pole do zabawy. Ułatwia też pisanie. Nie muszę już stwarzać całej mitologii łowców potworów, mogę włożyć w usta postaci zaczepne „Czy ty uważasz się za jakąś Buffy?” i każdy będzie wiedział, o co chodzi. To zadomowienie się popkultury przekłada się na ekonomię pisania i bardzo mi się to podoba.

O Post Scriptum też dowiedziałam się za pośrednictwem szeptanego marketingu w fandomie. Ktoś w poście wspomniał, że ukazała się powieść o aseksualnym inkubie, że mamy wreszcie ciekawą, nieszablonową reprezentację. I bardzo się to ludziom spodobało.

Tu powinna pojawić się uwaga, że to wielki spoiler, w końcu ta nienormatywna tożsamość bohatera nie bez powodu jest ukrywana przez połowę powieści. Post scriptum jest dla mnie książką o akceptacji i o wsparciu, między ludźmi i nieludźmi, między samymi nieludźmi. O tym, że przyjmujemy siebie nawzajem takimi, jacy jesteśmy, akceptujemy siebie nawzajem i się przyjaźnimy. Więc Sabinka jest socjopatką, której trzeba uzupełniać pierniczki, żeby nie odgryzła nikomu głowy. Jej najlepsza przyjaciółka, człowiek w stu procentach, biega za nią z łopatą i zakopuje zwłoki. I to jest prawdziwa babska przyjaźń.

Piotr jest postacią pełną sprzeczności. Jako psycholog doradza innym, jak sobie radzić z traumą, ale z własną sobie nie radzi, właśnie dlatego, że nie akceptuje części siebie. Chociaż może łatwiej jest zaakceptować w okresie dorastania to, że czasem się komuś flaczki wypruje, niż to, że kogoś się w sobie rozkocha na śmierć. Dla każdego coś innego stanowi większy problem albo jest łatwiejsze do zaakceptowania, jeśli chodzi o to, kim się jest. Ta nienormatywność to problem dla Piotra, ale nie dla innych osób z jego otoczenia. Czy o niej wiedzą, czy nie, on jest dla nich Piotrusiem. Większym problemem może być dla nich wszechobecny zapach lawendowych świeczek, które coach wciąż pali.

44147554_2226494250962950_449683509682896896_n

Masz też plany na kontynuację Post scriptum i podobno ma to być skrzyżowanie paranormal romance z ochroną środowiska.

Drugi tom będzie nazywał się Vice versa, pojawi się w 2019 roku i śpieszę uspokoić – Piotruś nie będzie romansował. Nie interesują go romanse.Pierwotny plan zakładał paranormal romance i ochronę środowiska, ale nieco się zmienił w trakcie pisania. To również będzie powieść o autoakceptacji, ale bardziej pod kątem tego, co się dzieje, kiedy nie jesteśmy w stanie się kontrolować. Pojawią się Sabina i Piotr oraz nowa bohaterka, która pokazała się już na samym końcu Post scriptum. Na pierwszy plan pchają się też Marysia z Ludmiłą. Planowałam, że będzie to powieść młodzieżowa, ale wychodzi młodzieżówka dla sześćdziesięciolatków, dla młodych duchem. Marysia i Ludmiła mają niesamowitą charyzmę i zgarniają dla siebie znaczną część powieści. Dlatego będą odgrywały znacznie większą rolę w drugim tomie.

Weźmy również pod uwagę, że ten romans paranormalny piszę ja, co oznacza, że wykonanie będzie specyficzne. Związki Sabinki już sugerują, że nie będzie to typowe. Lubię łamać nie tylko konwencje literackie, ale też stereotypy. Dlatego Sabina może przyjaźnić się ze swoimi byłymi. To, że oboje nie sprawdzili się w romantycznym związku, nie znaczy, że automatycznie muszą przekreślić wszystko, co ich łączyło. Bardzo lubię stereotypy, bo można z nich żartować. Stereotyp czy uprzedzenie to dla mnie taka straszna rzecz, która włóczy się za człowiekiem, siedzi mu w głowie i zniekształca postrzeganie. Możemy nie znać danej osoby, która wpisuje się w jakiś stereotyp, lecz już mieć opinię na jej temat. W ten sposób krzywdzimy nie tylko innych, ale też siebie samych – narzucamy pogląd, zanim damy sobie świadome prawo do podjęcia decyzji co do pewnych kwestii. Zanim wyjdziemy z kołyski, już mamy opinie – jako mieszkańcy miasta czy wsi, jako Polacy, jako kobiety bądź mężczyźni. Moja znajoma zawsze kroiła parówki, zanim wrzuciła je do garnka, i nie wiedziała dlaczego, poza tym, że tak robiła jej mama. Kiedy spytała rodzicielki, czemu to robi, dowiedziała się, że po prostu jej garnek był za mały.I ta metafora doskonale oddaje nasz sposób myślenia. Często coś kroimy albo zmniejszamy, bo tak robili wszyscy przed nami i to jedyny powód, nie patrzymy nawet na rozmiar naszego metaforycznego garnka. Tradycje są piękne, jeśli przyjmuje się je refleksyjnie, a nie jako powtarzanie czegoś samą siłą rozpędu.

44258741_1493102654158174_4585784028442918912_n

Po dziesięciu latach na rynek wróciły też Wrota – wydane w Jaguarze, z nową okładką. Wrota to wspaniały przykład gry z konwencją fantastyki. Jak się czujesz, wracając do tej serii, i czy w końcu pojawi się kontynuacja?

Drugi tom Wrót ukaże się w 2019 roku, podobnie jak trzeci, chyba najbardziej wyczekiwany. We wznowionym drugim tomie wprowadzę drobne zmiany. Nie fabularne, ale czuję, że mam szansę zrobić z tego lepszą książkę i chcę z tego skorzystać. Przez to pisanie trzeciego tomu trwa trochę w zawieszeniu. Inaczej patrzy się po latach na to, co się napisało. Wrota dały mi poczucie, że nie dokończyłam czegoś w swoim życiu, że zawiodłam czytelników, więc cieszę się, że mogę to wreszcie uporządkować. Nie zmieniam zakończenia, które zaplanowałam już dziesięć lat temu. Wracam do tej serii ze świeżym zapałem.

Wrota powstały wskutek odczuwanej przeze mnie irytacji na schematy. I to irytacji głęboko we mnie zakorzenionej, bo pierwsze starcie z szablonami to była złość, że księżniczki w bajkach są blondynkami, kiedy ja jestem brunetką. Już jako czterolatka czułam się w pewnym stopniu niereprezentowana. Nasuwającym się rozwiązaniem było to, że powinnam się przefarbować, ale lubię swoje włosy takie, jakie są. Stąd już było blisko do dalszego grania na schematach. Jeśli księżniczka może być brunetką, to równie dobrze może być też czarownicą. Poza tym w życiu nigdy nie jest tak jak w bajce, nie ma klarownego podziału na białe i czarne, dobre i złe. Nie istnieje tylko jedna perspektywa. Sam pomysł na Wrota wziął się z eksperymentu myślowego: co jeśli książę w bajce swój magiczny miecz otrzyma nie od czarodziejki, tylko od czarownicy? I jak sama czarownica widzi siebie w tej historii? Salianka jest księżniczką, jest Pierwszą Rady, jest Strażniczką Wrót, ale dopiero odnajduje się w tych rolach i nie czuje się żadną z tych osób, ani pokrzywdzoną księżniczką, ani straszną czarownicą. Najbardziej chciałaby, żeby wszyscy zostawili ją w spokoju. To też opowieść o konfrontowaniu marzeń z rzeczywistością. Salianka może chcieć, żeby pojawił się książę na białym koniu, ale kiedy już się pojawia, zaczynają się kłopoty. Marzenia spełniają się przewrotnie, nie dostajemy dokładnie tego, co byśmy chcieli.

Wrota to też książka o tym, jak bardzo oczekiwania potrafią skrzywdzić ludzi. I Salianka i Gawarek żyją pod presją oczekiwań innych. Gawarek nawet gorzej to znosi. Ma zostać bohaterem, więc nim zostanie i pokaże tym wszystkim, którzy w niego wątpili. Każde z nich na swój sposób próbuje naprawić rzeczywistość, a ta im się opiera. I to jest bardzo życiowe. Nie można pełnić wszystkich narzucanych nam ról – członka rodziny, pracownika – i być we wszystkim dobrym. I tak powstaje bardzo realistyczna bajka. Krajobraz może być bajkowy i magiczny, ale ta elementarna niezgoda na etykietki i trudność z odnalezieniem się w świecie to problem po prostu ludzki, bez względu na to, czy jest się królewną, biznesmenem czy studentem.

Presja społecznych oczekiwań to problem kobiet, a Salianka to dobra ilustracja dla wielu problemów poruszanych przez ruchy feministyczne. Czy Wrota są z założenia prokobiece?

Z założenia grają na schematach bajek, a to ma swoje konsekwencje. Piszę takie książki, jakie bym chciała czytać, i kreuję takie bohaterki, jakie lubię. Nie znoszę, kiedy postać kobieca jest tylko ozdobnikiem i nic nie robi. Piszę je tak, jak sama żyję – nie czekam,aż ktoś zrobi coś za mnie. Potrafię złapać karton z książkami i dźwigać, mniejsza o to, że potem bolą mnie plecy. Lubię więc bohaterki, które nie oglądają się na innych, tylko robią to, co musi zostać zrobione. Jest to też niestety filozofia życiowa wszystkich moich bohaterek. Niestety, bo przez to mogą wydawać się monotonne. Moją próbą napisania niezaradnej postaci kobiecej była Małgosia z Załatwiaczki, ale obawiam się, że wyszła mi charakterna kobieta w słabej sytuacji.

Twoje bohaterki są przede wszystkim wyraziste. Załatwiaczka też jest powieścią feministyczną. Czy kobieta z założenia nie jest załatwiaczką?

Załatwiaczkę pisałam z nastawieniem nie tyle feministycznym, ile jako ilustrację tezy, że Polak potrafi. Szczególnie na obczyźnie. To opowieść o specyficznej mentalności: wszystko się da załatwić, zawsze damy sobie radę, wykombinujemy coś, jak nie drzwiami, to oknem. I to jest załatwianie. A Załatwiaczka to idealna ilustracja takiego podejścia.

Twoje powieści – Podatek, Załatwiaczka, Post scriptum – pokazują drugie dno rzeczywistości. Nie tyle wtargnięcie fantastycznego do świata szarej rzeczywistości, ile napaść naszej codzienności na to, co magiczne, bo wróżki i elfy też muszą płacić podatki. Skąd pomysł na takie odwrócenie porządków?

Lubię fantastykę bliską rzeczywistości. Dlatego preferuję urban fantasy, najlepiej polskie, bo Ameryka jest dla nas równie odległa jak Atlantyda. Moment, w którym rusałki zakończą korowód i wchodzi szara rzeczywistość, jest dla mnie magiczny w tym znaczeniu, że jest pełen możliwości. Może rusałki też potrzebują dachu nad głową, zmywarki, może płacą rachunki? Kiedy tworzymy społeczeństwo, wiążą się z tym określone elementy. Magiczne stworzenia żyjące w ludzkim społeczeństwie mają dwie opcje – albo, jak u Anety Jadowskiej, żyją równolegle do nas, albo się z nami integrują i przed nami chowają. Ta druga opcja nie jest łatwa, bo każdy ma PESEL. ZUS znajdzie cię nawet w zaczarowanym lesie.

W najbliższej przyszłości ukażą się aż trzy Twoje książki, z czego tylko jedna jest podrasowanym wznowieniem. To bardzo dużo, co nasuwa pytanie o warsztat pracy. Jak podchodzisz do pisania i skąd bierzesz pomysły?

Pomysły zbieram cały czas. Mam ogólny zarys książki i z reguły wiem, czego chcę, ale wiele dodaję już podczas pisania, tekst cały ewoluuje i się zmienia. Najczęściej robię notatki w telefonie albo robię zdjęcia. Preferuję pisanie liniowe, bo w ten sposób mam wgląd we własne postępy. Czasami z konieczności tekst zmienia się w potwora Frankensteina, połatanego z różnych fragmentów. Ma się wtedy fragmenty kilku rozdziałów, kilka napisanych w całości, a kilku nie ma się w ogóle. Najważniejsze jest, że wiem, do czego zmierzam.

Piszę w modelu organizacyjnym. Nie mogę sobie pozwolić na czekanie na inspirację czy nastrój do pisania, bo obowiązują mnie terminy. Nie mogę też pisać do oporu, jeśli taki nastrój się pojawi, bo następnego dnia idę rano do pracy. Więc mam w arkuszu rozpisaną liczbę znaków do napisania danego dnia, tygodnia, miesiąca. Mam też wkalkulowane opóźnienie, bo lubię mieć plany awaryjne. Jest to też wymuszone stylem życia. Mam pracę, rodzinę, psa, czasem chciałabym porobić coś innego niż pisanie, chociażby poczytać. W efekcie zostaje akurat czasu na pracę nad książką. Uczę się też wiele w trakcie pisania, nauczyłam się sporo przy Wrotach. Dlatego też każda powieść z uniwersum Brzeskiego będzie zamkniętą całością.

Czy jest coś, co chciałabyś powiedzieć swoim czytelnikom?

Dziękuję, że o mnie pamiętaliście. Dziękuję osobom, które nie znały moich książek, za to, że sięgnęły po Post scriptum. Mam nadzieję, że kontynuacja też Wam się spodoba. I do szybkiego przeczytania.

43951226_1180937875390196_2496979911563018240_n

Podziel się

O autorze

Aldona Kobus

(ur. 1988) – absolwentka kulturoznawstwa na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, doktorka literaturoznawstwa. Autorka "Fandomu. Fanowskich modeli odbioru" (2018) i szeregu analiz poświęconych popkulturze. Prowadzi badania z zakresu kultury popularnej i fan studies. Entuzjastka, autorka i tłumaczka fanfiction.

Odpowiedz