Eve

0

No language can express the power, and beauty, and heroism, and majesty of a mother’s love.  It shrinks not where man cowers, and grows stronger where man faints, and over wastes of worldly fortunes sends the radiance of its quenchless fidelity like a star. 
~Edwin Hubbell Chapin

Dzwonek.

Delikatny, dźwięczny odgłos, nic więcej. Rozpoczyna swój marsz i pełznie ulicami, wkradając się podstępnie w najskrytsze zakamarki. Z początku jest ciekawski, niegroźny. Gdy upływa odpowiednia ilość czasu, jego subtelne tony podrywają się raptownie w brutalnym narastaniu, jego głód pochłania coraz więcej, aż staje się nie do wytrzymania i zalewa moje uszy rytmicznymi łomotami, które rozbrzmiewają w każdym fragmencie mojego ciała. Wtedy nadchodzi. Dźwięki gwałtownie szarpią moim ciałem niczym elektryczna salwa.

To jedyny sposób, by obudzić moje zmorzone głębokim snem kończyny. Nasze mózgi nie są w stanie same oswobodzić się z tego stanu, popadają w zbyt silny letarg, by powstać o własnych siłach. Dzwonek odzywa się codziennie o tej samej porze i powołuje do życia nas wszystkich. Ot, codzienność. Otwieram oczy, ożywiona i pełna wigoru.

Moje ciało nie ma koloru. Jest białe jak alabaster i płaskie. Sutki są jedynie bladym zarysem. Narządy płciowe praktycznie zniknęły, pozostał tylko skromny wzgórek w kształcie gruszki. Nie mamy też włosów, rzęs ani koloru oczu. Są białe. Słyszałam kiedyś z opowieści, że w dawnych czasach biel oznaczała niewinność. Co za bzdura – dziś symbolizuje władzę.

Wychodzę z komory i wkładam prostą szatę do kolan. Materiał jest solidny i trwały, służy mi od kilku lat. Liczy się funkcjonalność, nie sentyment. Sentyment? To słowo podobno znika ze słowników, powinnam się do wyzbyć. Moja skóra. Uwielbiam jej dotyk, rozkosznie szorstki i nieco chropowaty, choć czasem nie mam takiego czucia w palcach, jakbym chciała. Potrzebujemy dużej ilości odżywczych olejków, bo jest tak delikatna, że łatwo ulega zranieniu. Podobno przy małym skaleczeniu możemy się wykrwawić. A, potrzebuję jeszcze tylko łyku tlenu z aparatu. Moje płuca pęcznieją od jego dawki jak gąbki. Powietrze na zewnątrz jest dziś wyjątkowo duszne. Gotowa, czekam na otwarcie drzwi, moich wrót, i wychodzę na ulicę.

Zastanawiam się często z mieszaniną ciekawości i obrzydzenia, jak ludzie mogli kiedyś żyć na ziemi, w brudzie i zanieczyszczeniu. Nasze miejsce jest tu – w górze. Pamiętam z lekcji nauki, że ziemia stała się niemożliwa do zamieszkania, więc ludzie w swoich genialnych umysłach stworzyli plan ratunku i postanowili budować wieże. Najmozolniejsze okazały się podwaliny, które nie potrafiły wytrzymać ciężaru rosnących pięter; wieże upadały jedna za drugą w deszczu odłamków i dusznego, kamiennego pyłu. Prace trwały nadal i nie brano nawet pod uwagę możliwości porażki. Podwaliny stawały się mocniejsze i wytrzymalsze, aż zdołały unieść na swoich barkach świetlaną przyszłość ludzkości. Budowle zaczęły rosnąć. Przewyższały jakiekolwiek wieżowce, spoglądając na nie z góry z pogardą, wznosiły się i wznosiły coraz wyżej, tak, jak rosła potęga technologii, którą doskonaliliśmy, aby pozostawić chmury daleko pod sobą. Potem zaczęto je ze sobą łączyć potężnymi żeliwnymi konstrukcjami, aby stworzyć nowe podłoże, po którym można by stąpać. I tak wieże rozkwitały jak kwiaty, łącząc swoje ramiona, i rzucały cień na ziemię daleko w dole. Podniebne miasta stworzyły nową glebę, nową planetę, której nie trzeba szukać w kosmosie. Białe ulice i domy uformowały nowe metropolie, gigantyczne konstrukcje wzniosły nas tam, gdzie zawsze się kierowaliśmy – do nieba. Ci, którzy mieli pieniądze przenieśli się do Skylust, naszej globalnej metropolii. Słabsi zostali na dole i tam pewnie zginęli dawno temu.

Ekran z codziennymi informacjami mówi, że w nocy zamordowano człowieka na ulicy nieopodal mojego domu. Usunięto ślady krwi. Takie wypadki zdarzają się najczęściej raz w miesiącu. Należy pochwalić lokalne władze za szybką reakcję. Widzę też informację, że niedługo nadejdą nowe wybory. Rada Najbogatszych wybierze nowego prezydenta. Koduję te wiadomości w mojej głowie, zadowolona, że świat idzie do przodu swoim rytmem, niezmiennie kierując się ku olśniewającej przyszłości.

Skylust stopniowo zmieniło ludzi. Wysokość i bliskość ze słońcem pozbawiła nas włosów, koloru skóry i innych, zupełnie niepotrzebnych elementów ciała. Surowce, woda, technologia zajęła się tym wszystkim. Genetycy odkryli tajemnicę tworzenia zarodków. Rodzimy się w zaawansowanych zakładach, tam zajmują się nami opiekunowie. Lubimy nazywać ich ciociami albo wujkami, z czystego przyzwyczajenia po odległych czasach. Zmierzam właśnie do mojej opiekunki. Utrzymałyśmy kontakt nawet, gdy ukończyłam studia i zaczęłam niezależne życie.

Ulice Skylust nie zmieniły się od lat. Horyzont jest nieskończony, wypełniony kwitnącym słońcem, które rozlewa się wokół nas jak farba na płótnie. Błękitna kopuła roztacza się codziennie nad nami jak ochronna zasłona. Wieczność nieba przestała być niepojęta, to równina, a my jesteśmy jej jeźdźcami; jest krystaliczną kulą, a my jej mieszkańcami. Ziemię w dole oplotły gęste sznury mgły. Jej widok zaniknął już w pamięci nawet najstarszych i ten fakt został uznany za pozytywny. Trzeba wyzbyć się wszelkich korzeni, aby dać początek nowej cywilizacji. Codziennie cieszymy oczy widokiem tytanów technologii, wznoszonych z białego szkła. Wieżowce. Są naszymi własnymi górami i szczytami, które lśnią jak złoża diamentów, oświetlone chwałą słońca. Potrafią układać się w kształty trójkątnych wież, wygiętych rogów albo pierścieni niczym gigantyczne figury geometryczne, doskonałe w swoim projekcie i wykonaniu. Nie ma zwierząt, owadów. Głos natury to cisza nieba i cyfrowe dźwięki wysyłane przez programy komputerowe.

Jesteśmy wreszcie my, drobne postaci spieszące labiryntem budynków. Twórcy. Władcy podniebnego dysku.

Słońce dźga moje oczy i wywołuje gęsią skórkę. Jestem przyzwyczajona do takiej reakcji. Tracę czucie w palcach u rąk i nóg, co utrudnia nieco chodzenie, lecz w tym pomagają mi buty ze specjalnymi, elektrycznymi wkładkami. Fala duchoty przenika mnie, czuję, jak na skórze kwitną szybko niewidoczne plamy, które parzą. Jest dziś wyjątkowo gorąco.

Docieram do domu mojej opiekunki. Białe ogrodzenie okala perfekcyjny, olśniewający dom ze szkła, a także ogród. Nie przesiadujemy w swoich ogrodach, nie ma w nich nawet ziemi, jest jedynie pusty, biały plac, przydają się jednak ze względu na efekt estetyczny. To sztuka.

Kiedy zamykam za sobą furtkę, drzwi do domu rozsuwają się ze świstem. Przyspieszam kroku. Ciotka czeka na mnie w korytarzu z wyciągniętym aparatem tlenowym. Potykam się prawie na stopniach i sięgam do niej, wygłodniale chwytając łyk tlenu. Muszę pamiętać, by kupić środki pobudzające, które zmuszają organizm do zwiększonej pracy.

– Ogromnie dziś duszno – wita mnie, odbierając ode mnie aparat. – Sama nie ruszam się dziś nigdzie bez maski.

– Ta nowość? Słyszałam, że skutecznie chroni skórę twarzy przed słońcem.

– Powinna być skuteczniejsza, jeśli chcesz znać moje zdanie. Muszę wstrzyknąć sobie do oczu nową dawkę mojego leku, bo słabiej ostatnio widzę.

– Myślałaś o przeszczepie?

– Zaczekam jeszcze, te zastrzyki są naprawdę dobre.

Przechodzimy do salonu. Na stoliku leży komputerowy panel z najnowszymi statystykami. Statystyki i wykresy okazały się przełomem w dziennikarstwie; szybko przekazują czyste fakty bez zbędnego komentarza. Ciotka siada i nalewa mi koktajlu energetycznego w ciemnym, brunatnym kolorze. Stukamy się szklankami. Ciotka jest szersza w biodrach ode mnie i ma grube łydki. Na jej głowie zaczynają pojawiać się brązowe plamy. Powinna coś z tym zrobić, niedługo ludzie na ulicy będą wytykać ją sobie palcami. Jakakolwiek zmiana koloru na naszej skórze świadczy o niższości względem pozostałych i należy to skrzętnie zakrywać, choć przyznam skromnie, że moje ciało nigdy nie miało owych skłonności. Panuje niepisana zasada, by dbać o swój wygląd i czynić go nieskazitelnym, to coś w rodzaju odpowiedzialności każdego mieszkańca Skylust. Jesteśmy żywymi dowodami na potęgę ludzką.

– Powiedz mi – zagaduje mnie po dłuższej rozmowie, obracając szklanką w dłoni, by napój nie zgęstniał. – Myślałaś może o partnerze?

Unoszę brwi i sięgam po szklankę. Ciotka macha ręką, jakby próbując się usprawiedliwić. Jej spojrzenie błądzi po suficie, co, muszę wyznać, alarmuje mnie. Zawsze należy patrzeć rozmówcy w oczy.

– Tak, wiem, że to przestarzałe, mieć partnera, ale czasem może warto pójść za tradycją.

– W jakim celu?

– Choćby dla bezpieczeństwa finansowego. Tak się składa, że znalazłam dla ciebie idealnego kandydata…

– Nie prosiłam cię o to, ciociu.

W jej bladych oczach błyska coś, czego nie potrafię zinterpretować. Odstawiam szklankę. Szkło dudni głucho o blat. Nie lubię, gdy nie mogę czegoś zrozumieć. Kiełkuje we mnie dziwne uczucie, irytujący dyskomfort. Oddech grzęźnie mi gdzieś w gardle, czuję, że pod wpływem emocji moje płuca znów zaczynają się zapadać. Niedługo jeszcze raz będzie mi potrzebny tlen.

– Czy powinnam o czymś wiedzieć? – pytam słabo.

Ciotka uśmiecha się szeroko, sztuczne, tak jak zawsze. To niedorzeczne, rozmawiamy od dobrego kwadransu, a teraz dociera do mnie, że potrzebuję wyjść i znaleźć się z daleka od niej. Wewnętrzne napięcie każe mi zacisnąć palce na oparciach fotela. Moje ciało tężeje.

– Pozwól, że ci wytłumaczę…

Nie tłumaczy niczego. Obie wstrzymujemy oddech, kiedy cały dom drży w posadach. Szklanki dygoczą i tańczą na stoliku. Panel zsuwa się i spada na ziemię. Ekran mruga żałośnie, pęknięcie rozrasta się jak pnącze. Wymieniamy przerażone spojrzenia. Skylust nigdy nie doświadczyło trzęsienia ziemi.

Szok tak wstrząsa naszymi ciałami, że nagła fala słabości powala nas na miękki, biały dywan jak kukły. Zbieramy w sobie resztki sił i z krzykiem wpełzamy pod stolik, podczas gdy cała ulica jęczy zawodzeniem stalowych podpór, mostów i rusztowań, dygocząc jak fantasmagoria, jak rozedrgany, nierealny obraz. Wielkie maszyny wydają z siebie przeciągły krzyk protestu. Ludzie padają na kolana, szukając schronienia. Ich oczy stają się wielkie ze zdumienia, tak wielkie, że mogłyby pochłonąć całą twarz. To apokalipsa, mówi przerażona myśl obijająca się słabo o ściany mojego umysłu. Chwytam się za piersi gwałtownie, czując wewnątrz, jak moje płuca w przypływie paniki zapadają się stopniowo. Rozglądam się desperacko za aparatem tlenowym, ale nie widzę go nigdzie. Moje myśli giną w paraliżującym ryku. Wszystko staje się nierzeczywiste, moja świadomość wypiera to, co widzą oczy, gdy okazuje się, że nie jestem w stanie ujarzmić wydarzeń logiką własnego myślenia.

Nadchodzi niewidzialna burza, która chwyta w swoje szpony drobne przedmioty z ulic i porywa w gorączkowy wir. Czuję się jak w koszmarze, którego dawno nie śniłam. Mój umysł nie jest w stanie zaakceptować tego, co się dzieje, tej rysy na powierzchni idealnego świata. A potem poły potężnego wiatru rozdzierają się jak kurtyna i przepuszczają wielki statek. Maszyna sunie nad naszymi głowami jak balon, leniwie i z ociąganiem, a potem pochyla się dziobem w dół, by wylądować. Przechodnie uciekają, usuwając się z drogi. Moje bębenki i głowę rozsadza ból. Cisza Skylust jest miażdżona przez niewyobrażalne wycie silnika, który ryczy jak walący się budynek. Statek wydaje się zbudowany z luster, odbija widok wykrzywionych ze strachu ludzkich twarzy i pogrążonych w chaosie ulic, jakby z okrutną przyjemnością nagrywał widok rozpadającego się porządku. Unosi się kilka metrów nad ziemią i chybocze, szarpany wiatrem. Ze środka wyłaniają się cztery sylwetki, zmierzające prosto do domu ciotki. Obie wciąż kryjemy się pod stolikiem, kiedy wchodzą do salonu. Mają na sobie czarne kaftany zapięte po szyję, które łopoczą na wietrze. Nikt z nas dotychczas nie stroił się w żadne kolory, nie znamy odcieni poza tymi generowanymi przed komputery. Nasz wzrok odzwyczaił się od nich na tyle, że moje oczy pieką boleśnie.

Jeden z mężczyzn nosi srebrną broszkę na piersi, widzę ją nawet z daleka, bo błyszczy figlarnie jak miniaturowa latarnia. Mężczyzna podchodzi i pochyla się nad stolikiem, posyłając nam ciepły uśmiech. Nie potrafię oderwać od niego wzroku. Ma pociągłą, niewinną twarz o idealnych rysach, pełne policzki, zadarty nos i krzaczaste brwi. Wypełniał go zastrzyk siły, determinacji i rozkazu, którego nie można zlekceważyć. Ledwo chwytam oddech. Moje płuca jęczą w agonii. Patrzą na mnie duże, brązowe oczy. Jego tęczówki mają kolor!

– Ty musisz być moją przyszłą żoną – wita mnie, wyciągając dłoń. – Czy przejdziemy od razu do rzeczy?

Nie potrafię się nawet poruszyć, więc chwyta mnie delikatnie za nadgarstek i podnosi. Jego dotyk jest ciepły. Przeszywa mnie dreszcz. Nie rozumiem.

– A moja zapłata?

Ciotka wyskakuje spod stolika, zmobilizowana nagle perspektywą nagrody. Jeden z mężczyzn podaje swojemu przywódcy srebrną kartę. Ciężko mi w to uwierzyć. Karty to jedna z form płatności, którą się posługujemy, a ta jest warta niebotyczną sumę pieniędzy.

– Sprzedałaś mnie?

Ciotka spogląda na mnie, jakbym nie miała pojęcia o życiu, i przyciska swoją nagrodę do piersi. Jak nazwać myśli, które kotłują się w mojej głowie? Nigdy nie przywiązujemy się do naszych opiekunów, to prawda, ja jednak odwiedzałam ją regularnie od kilku lat, wierząc, że tak nakazuje przyzwoitość… Nigdy nie zastanawiałam się, co to takiego. Gardzę teraz swoją słabością, ale jest za późno.

Patrzę błagalnie na mężczyznę. Na wierzchu jego otwartej dłoni czekają dwie złote obrączki. Prawdziwe złoto parzy znów moje gałki oczne. Kłujący ból rozrywa moją czaszkę. Nim mogę zaprotestować, gdy jedna wsuwa się na mój palec jak węzeł albo krępujące kajdany.

Tak wygląda ceremonia moich zaślubin. Mężczyzna zakłada swoją obrączkę i splata nasze dłonie. Kiedy pyta, czy zostanę jego żoną, a jego głos ginie gdzieś wśród szumu statku na zewnątrz, mamroczę tylko coś na wzór „tak”, choć zupełnie nie potrafię zrozumieć, skąd ten prymitywny gest. Oboje wiemy, że nie mam wyboru. Jego podwładni otaczają mnie. Przed odejściem słyszę jeszcze wyraźnie słowa ciotki.

– Słyszałam, co chcesz zrobić. Matki już nie istnieją.

Mój mąż odwraca się, by obdarzyć ją spokojnym, złowróżbnym uśmiechem.

– Przekonamy się.

Wyprowadzają mnie i sadzają we wnętrzu statku. Podniesiono alarm, odpowiednie służby ruszyły już do drogi, ogromne ekrany wyświetlają pierwsze, zatrważające statystyki. Ten dzień wstrząśnie rynkiem, który był stabilny od tylu lat. Moje życie zmienia się w ciągu kilku szybkich minut. Zmierzam teraz ku odległym zakątkom Skylust, gdzie mieści się rezydencja mojego męża.

Tak wyglądał pierwszy dzień rewolucji.

* * *

Chcę krzyczeć, wyrywać się, biec. Zamiast tego moje usta są nieme. Umysł budzi się dzięki codziennemu dzwonieniu, ale odkrywam, że moje kończyny są zbyt słabe i zwiotczałe, by posłuchać moich rozpaczliwych rozkazów. Z nozdrzy wydobywa się ledwo słyszalny oddech. Płuca muszą być zapadnięte, jak pozbawiony wody, wyschnięty owoc. Ciało ugina się dopiero po dłuższym oczekiwaniu. Mogę poruszyć powiekami.

Leżę w otwartej komorze. Nad sobą dostrzegam ruch. Ogarnia mnie wolna, słodka jak miód muzyka, którą mój zmysł słuchu odbiera w oszołomieniem i konsternacją. Nigdy nie słyszałam muzyki. Dziwaczne urządzenie obraca zwisającymi ze sznurków figurkami kolorowych planet. Barwne kule płyną w powietrzu jak statki. Szybko zaciskam powieki. Kolory znowu częstują moje oczy porcją ostrego bólu. Muzyka owija się wokół mnie coraz bardziej, wypełnia komorę, w której leżę, zanurza mnie w niej, aż tonę. To niebywałe, ale moje ciało zdaje się nią nasiąkać, aż czuję, że wzbierają we mnie nowe siły. Drżę niekontrolowanie, zlękniona. Nie znam tych doznań.

– To stare urządzenie, używane kiedyś przez ludzi. Ta muzyka nazywała się kołysanką.

Mój mąż siedzi na krześle i obserwuje mnie. Brązowe oczy są tak silne, ich odcień tak intensywny, że czuję się jak w transie i czuję się zmuszona patrzeć w nie mimo bólu.

– Kołysanka? O czym ty mówisz? Tamte dni to starożytność.

Wodzi za mną wzrokiem, kiedy wychodzę z komory, szykując się do drzwi. Jego pierś unosi się i opada miarowo. Ten spokój doprowadza mnie do szału i fali zazdrości.

– Czytałem to w starych książkach.

Przyciskam guzik kilka razy, ale drzwi nie reagują. Jestem w więzieniu.

– Co to ma znaczyć? Chcę, żebyś mnie wypuścił!

– To niemożliwe. Jesteś teraz moją żoną.

– Dlaczego ja? Po co jestem ci potrzebna? – krzyczę z pretensją, co kosztuje mnie nieznośnym ukłuciem w klatce piersiowej.

Wtedy uświadamiam sobie, że go poznaję. Wygląda teraz zupełnie inaczej w kolorowych oczach i czarnym jak smoła ubraniu. Jeden z członków Rady Najbogatszych zabrał go kiedyś z zakładu, w którym rodzą się ludzie, i wychował na swojego spadkobiercę. Sprawiał wiele problemów, gdy był młody. Założył własną korporację, która stała się poważną konkurencją dla „ojca”. Zawsze krytykowano go za radykalne poglądy, ale nikt nigdy nie posuwał się dalej w oskarżeniach. Jest bogaty, może wszystko. Do tego stopnia, że wywołał rewolucję. Co dzieje się teraz w Skylust? Moja wyobraźnia boi się na to odpowiedzieć.

– Poślubiłem cię ze względu na twoją profesję. Zajmujesz się płynami odżywczymi? Masz wielu klientów, tworzysz dla nich specjalne mieszanki, układasz ich diety. Chcę, byś zajęła się kimś, kto również jest mieszkańcem tego domu, ale bez używania znanych nam substancji.

– Bez naszych receptur? A jak inaczej to sobie wyobrażasz?

Zaczyna wiercić się na krześle. Splata ręce na podołku. Jego odznaka na piersi patrzy na mnie oskarżycielsko. Coraz trudniej jest mi oddychać. Opieram się o ścianę, a z mojego gardła wydobywa się rzężenie. Muszę przyznać, choć przychodzi mi to z trudnością, że jest coś niezwykłego, może nawet naturalnego w jego ruchach. Czuję zazdrość i wyższość jednocześnie. To ja jestem idealnym człowiekiem, nie on.

– Powiedz mi, co wiesz o matkach?

Kręcę głową nieobecnie, skupiając się na swoim bólu.

– Nie wiem nic.

Spuszcza wzrok, jakby spodziewał się takiej odpowiedzi.

– Matki istniały w dawnych czasach, zanim powstało Skylust. Ludzie mieszkali wtedy na ziemi. Kobieta i mężczyzna tworzyli prawdziwy, uświęcony związek. Kiedy się do siebie zbliżali, kobieta zachodziła w ciążę. W jej ciele rozwijało się nowe życie, chowała je pod własnym sercem. A kiedy nadszedł czas i dziecko wychodziło na świat, matka opiekowała się nim. Była z nim zawsze, stanowiła nieodzowną część jego życia. Byli też oczywiście ojcowie, z którymi matki tworzyły razem rodzinę.

– Obce ciało we wnętrzu kobiety? To obrzydliwe! – oburzam się.

Spogląda na mnie smutno i budzi tym samym we mnie coś na wzór poczucia winy. Mój oddech tym razem świszczy. Jestem zawstydzona i wściekła na myśl, że wszystkie moje słabości są przed nim obnażone, jakbym była obiektem na sprzedaż, który oceniał. Potrzebuję silnej dawki płynów odżywczych, ale moja własna receptura jest teraz w domu. Próbuję myśleć szybko i metodycznie, ale jest mi tak słabo, że łatwiej mi jest zakopać moją świadomość w chwilowym półśnie. Jego oczy każą mi jednak usiąść, a ja jestem posłuszna wbrew własnej woli. Studiuję rysy jego twarzy. Nigdy nie używałam słowa „piękno”, ale teraz czuję, że mogę je nazwać pięknymi.

– Matki były miłością całego świata. Były opoką, zdolne zaniechać wszelkich konfliktów. Miłość matki to największa siła na świecie.

– Matki to legendy. Nie, to już nie legendy, to mity – bełkoczę.

Wstaje i podaje mi swoje ramię. W jednej chwili znika mój wstyd, a zastępuje go poczucie wywyższenia. Jestem żoną tego przywódcy…który pragnie obalić tak drogi mi świat. Porzucam jakiekolwiek próby zapanowania nad burzą gryzących się we mnie skrajnych uczuć.

– Chodź. Poznasz ją.

Patrzę na niego z niedowierzaniem. Zapominam nawet o bólu, moje ciało zaczyna przechodzić w stan obojętnego znieczulenia. Pozwalam mu się wyprowadzić z pokoju. Nie potrafię oprzeć się ciekawości.

Kryształowe ściany rezydencji stapiają się ze sobą w półkolistym suficie jak fale dwóch wodospadów, które pochylają się ku sobie czule i łączą, unieruchomione na zawsze. Promienie słońca przebijają się przez pomarszczony kryształ w postaci błędnych, złotych kałuży światła. Plamy skaczą po suficie, odbijając się od ścian jak piłki, i zsyłają na dół deszcze drobnych pyłków świetlnych. Idziemy korytarzem. Mój mąż jest troskliwy, podtrzymuje mnie za rękę, bym nie straciła równowagi. Jestem zła na niego i na siebie, że potrzebuję czyjejś pomocy. Jest o wiele wyższy ode mnie, ma stanowczy, przyciągający wyraz twarzy. Jest dla mnie jak nie z tego świata.

Schodzimy powoli po schodach, do głównego holu. Rezydencja jest gigantyczna, oddycha harmonijną ciszą pustkowia, na którym się znajduje. Widzę swoje odbicie w płytkach na podłodze. Jestem cieniem w porównaniu z nim, zniewolona i wiotka. Stawiam kroki jedynie dzięki sile jego ramion, które prowadzą mnie w znanym tylko jemu kierunku. Ciekawość walczy we mnie na przemian z gniewem, uległością i odrzuceniem.

Zatrzymuję się gwałtownie. On wie, dlaczego, uśmiecha się. Słyszę śmiech. Czysty, wesoły śmiech, rozchodzący się po korytarzach. Dosięga i mnie, czuję, jak wsadza niewidzialną rękę w moją pierś i porusza serce, sprawia, że zapadam w osobliwy stan. To nie do przyjęcia. Moje oczy wypełniają się czymś mokrym, jakbym rozpływała się w oślizgłą, ohydną kałużę. Co się dzieje?

On ciągnie mnie dalej. Wkraczamy do holu. Ocieram dziwne krople spływające mi po policzkach. Widzę kilku podwładnych mojego męża. Poruszają się dziwacznie, ich usta wykrzywiają się. Nie są to zwykłe, sztuczne uśmiechy, które my przyklejamy na nasze twarze, ale coś zupełnie szczerego, wypływającego z ich wnętrz pod wpływem impulsu. Impulsy są niebezpieczne, orzekła Rada Najbogatszych, należy je kontrolować, dzwoni mi w głowie mechaniczny głos. Nie rozumiem. Rozstępują się, słysząc, jak nadchodzimy. Gdy odkrywają przed nami, kto był ich towarzyszem zabawy, nie mogę dłużej wytrzymać.

Padam na kolana, krzyczę. Złote, migotliwe iskry kontynuujące swoje swawole na kryształowym sklepieniu obserwują mnie obojętnie. Moje dłonie trzęsą się. Czuję jeszcze więcej płynu napływającego mi do oczu. Moje serce zaczyna bić tak szybko i z takim ożywieniem, jakiego nie doświadczyłam od początku mojej egzystencji. To zawał, niedługo stracę przytomność. Walenie jest tak mocne, że znowu czuję ból. To koniec, jestem już na krawędzi. Dopada mnie agonia i nic nie jest w stanie mnie uleczyć.

Mój mąż bierze mnie w ramiona. Jego ciepły dotyk rozlewa się po mojej skórze w chwilowym ukojeniu.

– Nie bój się.

Nie potrafię otworzyć oczu. Boję się. On ujmuje moją twarz w dłonie. Palce muskają moje policzki. Odruchowo chcę przełknąć ślinę, ale gardło mam suche i ściśnięte. Wiem, że jeśli uchylę powieki znowu poddam się jego rozkazowi.

Tymczasem śmiech urywa się. Rezydencja zamiera w radosnym oczekiwaniu, zalegająca tu cisza jest jak miękki koc, który tuli z uczuciem wszelkie dźwięki. Na korytarzu daje się tylko słyszeć echo moich łkań.

– Spójrz. Poznaj Eve.

Wydaję z siebie długie jęknięcie. Mój umysł ledwo utrzymuje kontakt z rzeczywistością. Czuję się jak w śnie. To nie może być prawda. Jestem pewna, że znajduję się na krawędzi szaleństwa, moje myśli zlewają się ze sobą i kotłują gorączkowo. Mrugam niekontrolowanie, moje palce drgają.

Nie wiem, ile czasu minęło, nim decyduję się stawić czoło nieuniknionemu. Otwieram oczy. Z początku rozmazany obraz zaczyna się wyostrzać. Jej postać jarzy się, a może to złudzenie. Ona jest jak słońce pełne kolorów. To wytwór mojej wyobraźni, nie może istnieć. Spoczywa na mnie jej wzrok, dotyka mnie, obnaża. Czuję się tak żałosna. Jej potęga onieśmiela mnie. Jest pełna…życia. Ma długie do ramion mahoniowe włosy, które pachną, pobudzają mój zmysł węchu jak zardzewiałą maszynę. Te włosy płyną, chcę zanurzyć w nich ręce. Przekrzywia głowę. Drganie ogarnia teraz całe moje ciało. Kolor jej skóry jest przyjemnie różowy. Musi być upajająco gładka w dotyku. Na dłoniach widnieją pulsujące żwawo żyły. Nie ma obuwia. Nosi na sobie jedynie znoszoną szatę, która wydaje się tak niegodna jej pięknego ciała. Widzę kształt pełnych piersi. Czuję ukłucie zazdrości. Wydatne usta posyłają mi przyjazne powitanie. Moja wargi krzyczą, łaknąc tego rubinowego koloru. Jej oczy przeszywają mnie spazmem strachu i podziwu. Tęczówki są wypełnione intensywną, płonącą zielenią, która rzuca na kolana, pieści zmysły w sposób, który mnie onieśmiela. Mimo bólu wpatruję się w nie. Nie potrafię inaczej.

Mój mąż podnosi mnie. Trzymam się go kurczowo. Chcę się cofnąć, ale nie pozwala mi. Ona zbliża się do nas.

– Jestem Eve – głos rozbrzmiewa w holu jak kojący zapach perfum.

– To matka – mówi mój mąż ze wzruszoną dumą.

Eve uśmiecha się szerzej. Zęby są białe, tworzą idealną linię uśmiechu. Rozchylam usta i pozwalam, by jej zapach wlał się do mojego wnętrza jak cenny płyn. Nerwy podrygają jak w tańcu.

– Byłam – mówi smutno Eve. – Miałam dziecko tam, na dole. Ale straciłam je, gdy zabrały je wielkie zwierzęta… – spuszcza głowę, owładnięta na chwilę wspomnieniami, a potem podnosi wzrok i znów jest promieniująca, oślepia mnie. – Zawsze myśleliśmy, że te wieże stworzył Bóg. Nie wiedzieliśmy, że zbudowali je ludzie. Pomogę wam, jak tylko potrafię.

Wyrywam się mu wreszcie i zataczam się w stronę pokoju. Muszę schować się w komorze. Wszystko we mnie wrzeje. Nie mogę znieść tego ognia, który rozpaliła we mnie jednym subtelnym uśmiechem, jednym mrugnięciem długich rzęs. Płonę. Ja, odrzucona przez naturę, rozpaczliwy cień dawnego człowieka. Ona jest matką. Co to znaczy? Matka to ciepło, które zaraża mnie aż po koniuszki palców. Chcę uciec od pragnienia, by paść w jej ramiona i pozwolić, by pogładziła mnie po nagiej czaszce i zabrała wszystkie troski. Może to właśnie znaczy matka. Nie wiem. Znowu doświadczam wilgoci w oczach, tym razem nie potrafię jej powstrzymać. Goni mnie jej aksamitny głos. Wstydzę się tego uczucia. Jestem samowystarczalna, należę do ludzi, którzy stworzyli Skylust.

Świadomość, że już nigdy nie ugaszę tego pożaru rozdziera mnie od środka.

* * *

W pokoju znów otula mnie melodia kołysanki i cisze mruczenie komory, w której leżę. Powietrze jest skażone jej obecnością, nie zdołam od tego uciec. Czerpię garściami z tych chwil spokoju, które szybko mnie opuszczą, ale przynajmniej jestem tu bezpieczna na jakiś czas.

Wiedziałam, że przyjdzie. Mój mąż puka, a potem zagląda do pokoju. Podnoszę głowę. Nie mam ochoty opuszczać komory, to moje ostatnie schronienie w tym więzieniu.

– Kiedy poczujesz się lepiej, zejdź na dół. Eve cię potrzebuje – obwieszcza.

Zaciskam zęby ze złości.

– Nie będzie mnie jakiś czas. Miasto mobilizuje siły wojskowe. Czas na pierwsze starcia – spogląda na mnie wyczekująco, badając moją reakcję, a potem zamyka drzwi. – Do widzenia.

– Mam nadzieję, że ci się nie uda! – krzyczę wściekła i słyszę, jak zbiega po schodach pospiesznie.

Spojrzenie jego brązowych oczu prześladuje mnie jak widmo. Jest mną zawiedziony. Jak on śmie?

Na korytarzu dudnią kroki, szeleszczą płaszcze, laserowe pistolety uderzają o siebie zgodnie w wojennym hymnie. Wstaję. Widzę przez sufit wykrzywiony kształt wielkiego statku niczym klęczący przy rezydencji potwór, który otwiera paszczę, połyka rzekę żołnierzy, by oddalić się w stronę nieskończonego nieba. Wkrótce pozostaje po nim tylko wzburzone zawodzenia wiatru. Tarcza słońca niezmiennie pochyla się na kanwie przestworu błękitu. Samotność nigdy nie wydawała mi się tak uderzająca, wroga i obca. Przełykam ślinę. Strach ściska mi gardło. Podchodzę do okna i widzę kilku żołnierzy patrolujących rezydencję. To znaczy, że…

– Halo?

Podskakuję z przerażenia i chwytam się za pierś. Nie wierzę, że moje płuca potrafią jeszcze w ogóle funkcjonować. Jej głos płynie ku mnie przez długie korytarze i ociera się o drzwi do pokoju, szepcząc kusząco, bym go wpuściła. Sięgam po aparat i posilam się łykiem tlenu. Nie mogę wiecznie od niej uciekać.

Posilona nagłym zastrzykiem odwagi wychodzę ze stanowczym wyrazem twarzy. Mam w sobie na tyle godności, by sobie z nią poradzić do czasu, aż rewolucja mojego męża zostanie zduszona, a wtedy wszystko wróci do normy. Trzymam się poręczy, schodząc po schodach. Jestem w końcu żoną właściciela, co czyni mnie panią domu.

Ona czeka na mnie na dole. Lekka jak nieziemska istota, kołysze się na bosych stopach i uśmiecha do mnie nieśmiało, przekrzywiając głowę. Trzepocze zasłoną rzęs. Unikam zajrzenia w toń jadeitowych oczu.

– Jestem głodna, ale nie do końca wiem, jak… – zaciska usta nieśmiało. – Jestem tu obca. Pomyślałam, że mi pomożesz i że lepiej się poznamy.

– Którędy do kuchni?

Jej uśmiech gaśnie powoli. Wskazuje mi kierunek ręką. Idę pierwsza, maszerując sztywno jak żołnierz, choć kosztuje mnie to wiele wysiłku. Gdy ją mijam, pojedyncze kosmyki jej włosów wychylają się i muskają moje ramię. Nie potrafię wymazać z głowy widoku czerwonych ust. Walczę ze sobą, by się nie odwrócić. Może jestem zbyt oschła? Słyszę za sobą jej kroki. Ciągnie mnie ku sobie, ale opieram się. Ogarnia mnie paniczny strach, że ją zraniłam.

Wchodzę do kuchni, wielkiego pomieszczenia z rzędami zamrażarek i lodówek ustawionych wzdłuż ścian, które huczą we wzmożonej pracy. Nabity żarówkami sufit zsyła na srebrne sprzęty złotą łunę, pośrodku zaś czeka kwadratowy stół z białego marmuru. Odruchowo parskam śmiechem. Marmur to straszny przeżytek, podobno wycofali go z użytku dawno temu. Zaglądam do zamrażarki. Przepastne wnętrza maszyny wypychają po brzegi plastikowe butle z nalepkami informującymi o składzie płynów. Wyciągam kilka i stawiam na blacie, zadowolona, że mogę rzucić się w wir pracy i poddać się uporządkowanym czynnościom, które z łatwością kontroluję. Eve wkrada się do kuchni w ślad za mną. To niedorzeczne. W jej obecności czuję się tak niedoświadczona, drobna. Ona emanuje wiedzą, podważając każdy mój ruch, moją decyzję. Matka, słyszę wciąż w myślach.

– Dlaczego żyjecie w takim świecie? – pyta cicho.

– Nasz świat jest piękny.

Opiera się o blat naprzeciw mnie, ale ja uporczywie skupiam się na swoim zajęciu. Eve jest jak pulsująca plama żywych kolorów na tle białego, smutnego otoczenia, która rozprasza moją uwagę. To bijące serce w krainie nicości, a nicość to Skylust.

Kręcę głową. Nieprawda.

– Dlaczego się mnie boisz?

Patrzę jej prosto w twarz i kolana uginają się pode mną. Nie próbuję już walczyć. Jej oczy to zielona studnia, każde mi mówić prawdę.

– Bo jesteś tym, czego ludzkość szuka, ale tak naprawdę utraciła dawno temu. Ja jestem…przezroczysta. Ty masz życie.

– Och, kochanie, nie płacz.

Okrąża blat i spieszy w moją stronę. Widzę każdy ruch jej mięśni. To zupełnie nieznany mi gest. Prostuje ręce i wyciąga do mnie otwarte dłonie, zapraszając do ciepłego zaułka swojej troskliwej piersi. Poczułabym zdrowe uderzenia jej serca, rytm całej ziemi, której nigdy nie ujrzałam tam, na dole. Jak to jest, urodzić się z ciała kobiety, dzieląc z nią wszystko?

Udaje mi się zrobić dwa kroki do tyłu.

– Proszę, nie.

Jej ręce nie muskają nawet moich ramion. Palce zastygają w powietrzu, emanujące kojącym ciepłem, którego boję się zasmakować. Cofa się.

– Co powiedziałaś? – pytam, wskazując krople, które wędrują po moich policzkach. – To ma imię?

Eve uśmiecha się zachęcająco.

– To łzy. Każdy płacze, ze szczęścia albo smutku.

Wstydzę się jak dziecko, ale jej uśmiech zastępuje słowa, gładzi mnie po policzku i mówi, że wszystko dobrze. Rozchylam usta, by wciągnąć trochę więcej powietrza, którym przecież oddycha także i ona. Bolą mnie stawy, nie wspominając o oczach i wewnętrznych narządach, domagających się wojowniczo płynów odżywczych. Nawiedza mnie myśl, czym byłabym bez nich i przeszywa mnie dreszcz.

– Mam coś dla ciebie.

Wsadza rękę do lodówki za jej plecami i wyciąga coś. Natychmiast mrużę oczy. Trzyma w obu dłoniach okrągłą kulę w soczystym, jasnym kolorze. Ma przyjemny zapach. Nagle przykładam rękę do ust. Do mojej jamy ustnej napływa jakiś płyn. Przełykam go. Eve wybucha śmiechem na ten widok, śmiechem cudownym jak dzwoneczki.

– Ślinka ci cieknie. Jesteś głodna!

– Co to?

Wyciąga kulę.

– Pomarańcza.

Matka. Powtarzam to słowo w myślach tak długo, aż zapuszcza korzenie w ogrodzie moich wspomnień.

* * *

Nie przychodzę do Eve następnego dnia ani kolejnego. Wtedy w kuchni nieco niezdarnie, ale z determinacją przygotowałam jej posiłek z wielokolorowych wytworów, które nazwała owocami. Moje palce pachniały ich twardą skórką tak intensywnie, nieco kwaśno i orzeźwiająco, że wdychałam je, aż nozdrza zaprotestowały ze zmęczeniem. Mimowolnie słuchałam słów wylewających się spomiędzy jej pełnych ust, ośmieliłam się zadać kilka pytań, a ponad wszystko słuchałam jej z taką uwagą, jakbym nie potrzebowała niczego innego w życiu. Owoce rosną w ziemi, a ziemia jest w dole, uwięziona w paszczy mgły. Ziemia to ciemna maź, która rodzi owoce i warzywa potrzebne do przeżycia. Staram się to rozumieć do teraz, ale ciężko jest pojąć coś, co w moim świecie nie istnieje.

W nocy dręczą mnie obrazy. Koszmary podobno dotykają tylko tych, którzy nie są przystosowani do życia w Skylust, a co za tym idzie, nie zasługują na bycie jego obywatelem. W śnie całe Skylust waliło się w posadach, wieże pękały jak naczynia i rozpadały się, rozpraszając mgłę owijającą ziemię. Ja byłam bezpieczna tutaj. Ludzie przyszli, krzyczeli, że zdradziłam i zasługuję na śmierć. Za każdym razem budzę się z krzykiem na ustach. Zrozumiałam owej nocy, że wyrzekam się Skylust za każdym razem, gdy łaknę matczynego dotyku Eve. Lojalność jest moją ostatnią deską ratunku.

Unikam Eve, jak tylko mogę. Gdy w rezydencji zapada cisza, biegnę do kuchni i przyrządzam jej koktajle z pomarańczy, kiwi, truskawek i melona, wzbogacając je o kilka odżywczych składników. Nie odważyłabym się dać jej którejś z naszych mieszanek. Kieruje mną jakiś wewnętrzny rozkaz, który mówi, że nie mogę skazić Eve naszym pożywieniem.

Żołnierze zaglądają czasem do środka rezydencji, sprawdzając, czy zachowuję się według oczekiwań mojego męża, lecz tak naprawdę mało się mną interesują. Ich spojrzenia szukają Eve jak w gorączce, a gdy ją odnajdują, mężczyźni oddychają z ulgą i uśmiechają się. Brzydzę się nimi.

Po wypełnieniu moich obowiązków zamykam się w swoim pokoju i czekam na przyjście zmroku. Wtedy staję się jej cieniem. Wychodzę na korytarz i przytulam się do okna, by śledzić jej wędrówki wokół rezydencji. Stała się moim uzależnieniem. Nie mogę znaleźć się zbyt daleko od niej, jak dziecko szukające ręki dorosłego. Rozmawia ze strażnikami. Nie boją się jej, przeciwnie. Mówią do niej, mówią cały czas, a z ich ust wylewają się potoki trosk i myśli. Eve słucha, kiwając głową, wchłania ich strach i oddaje w zamian ukojenie. Potem dotyka ich ramion pokrzepiająco, a oni zostają oczyszczeni. Chcę, by mnie też przemieniła i wzbraniam się przed tym jednocześnie. Nie poznaję samej siebie. Rozsądek bije się z nowo przebudzoną ja, która chce doświadczyć piękna rozdawanego przez kolorową Eve. Dlatego snuję się za nią jak żebrak, ale nigdy się nie zbliżam. Czuję tę wewnętrzną bitwę tak mocno, że jestem na skraju przepaści, która pochłonie mnie w nicość szaleństwa.

Którejś nocy budzę się bez codziennego dzwonienia. Tym razem w moich snach gościła Eve. Nie opierałam się. Przytulała mnie. Zaczęły rosnąć mi włosy, miałam kolor skóry i czułam się tak wspaniale i zdrowo. Byłam taka, jaka powinnam być. Kiedy po przebudzeniu rozumiem, że to nie rzeczywistość, atakują mnie dreszcze i gęsia skórka. Znowu płaczę. Chcę krzyczeć. Mrok jest tak wrogi, a ja jestem sama, naga, pusta. Tęsknię za nią. Kołyszę się w przód i w tył, duszona szalem rozpaczy. Nie mogę nawet oddychać, powietrze wydaje się nie docierać do płuc. Nic nie znaczy praca, pieniądze, cały, idiotyczny świat. Chcę tylko jednego. Rozglądam się wokół siebie. Wszystko osnuwają cienie. Niedługo mnie pożrą. Wyskakuję z komory i wybiegam z pokoju.

Jest. Całkiem, jakby czuła, że cierpię. Stoi na końcu korytarza. Krawędź szaty obsunęła się z jej ramienia, odsłaniając kawałek ciepłego ciała. Opieram się z trudem o drzwi i ściskam za serce. Chcę do niej iść. Muszę, bo inaczej umrę. Matka to wszystko, czego brakowało mi zawsze w życiu. Eve, barwny ptak trzepoczący skrzydłami, rozprasza mroki mojego smutku. Nie podchodzi do mnie. Wie, że nie jestem gotowa, ale jest ze mną. Upewnia się, że wracam do pokoju, a potem dopiero sama kładzie się spać.

Przez cały następny dzień nie wychodzę z komory. Słodki jad wyniszcza mnie od środka. W mojej głowie kiełkuje jedna myśl jak szczyt góry, który zasłania cały horyzont. Ten jeden, niepozorny zarodek wyżera ze mnie resztki tego, co uznawałam za człowieczeństwo, następnie rośnie wbrew mojej woli i tka w środku ohydną sieć, która, jeśli nie uczynię tego, czego żąda, zmiażdży mnie bezlitośnie.

Nie ma sensu się opierać. Zwijam się w komorze jak robak, zasłaniając uszy przed złotą melodią, której jednocześnie potrzebuję. Kiedy znowu nadchodzi noc, podnoszę się, moje rozumowanie staje się nagle jasne i klarowne. Owa myśl doprowadza mnie do jednego, prostego wniosku – rozwiązania zdolnego mnie uratować. Poddaję się jej jak lalka prowadzona na sznurkach.

Uczucia wrzą we mnie, czuję ogień na całej skórze, lecz myślę, że w rzeczywistości to wściekłość. Strącam ze stołu pomarańczę, która zatacza koło na posadzce i powraca do mnie. Wpatruję się w nią, dysząc szybko. W ciemności wydaje się jarzyć okrągłą, pomarańczową łuną. Muszę to zakończyć.

Rezydencja jest cicha. Przemykam korytarzem, śledzona przez własny, wąski cień. Zakradam się do kuchni, lodowata posadzka razi moje bose stopy. Wyciągam z szuflady upragniony przedmiot, porażona na moment jego oszałamiającym błyskiem i wracam. Za kryształowymi ścianami rezydencji majaczą widma patrolujących żołnierzy. Nie widzą mnie. Wbiegam na korytarz i otwieram wszystkie drzwi po kolei. Biegnę na następne piętro. Otwieram. Jest.

Podchodzę bliżej. Łóżko jest osłonięte muślinowym baldachimem, chroniącym śpiącą Eve jak kokon. Jej włosy słają poduszkę kaskadą ciemnych kosmyków. Usta, lekko rozchylone, są nabrzmiałe jak owoc. Rozchylam zasłonę i pochylam się nad nią. Zapach upaja mnie. Jej powieki się nieruchome, zwieńczone wachlarzem rzęs. Patrzę z zafascynowaniem, jak bierze wyważone łyki powietrza. Ja nigdy nie śpię tak błogo.

Zaciskam palce. Widzę krew płynącą żywo w jej ciele i chcę poczuć jej smak w ustach. Mam gorączkę, płonę. Unoszę rękę, w której zaciskam nóż. Stal przecina ciemność. Eve śni dalej, czeka. Jestem gotowa do ciosu.

Drzwi otwierają się gwałtownie. Mój mąż wpada do środka. Wystarczy mu jedno krótkie spojrzenie, po którym rzuca się w moją stronę. Wyrzuca mi nóż z ręki i odciąga na bok. Eve zrywa się z łóżka. Krzyczę.

Wywleka mnie na korytarz. Wyrywam się, bezskutecznie, uderzona falą słabości. Mój oddech słabnie w jego uścisku.

– Dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś? – potrząsa mną okrutnie, jego twarz rozmywa się przede mną i jedyne, co mnie prześladuje to brązowe oczy i złość, że ja ich nie mam i jestem gorsza, tylko pod-człowiek.

– Zostaw! Nie mogę tak dłużej! Nie wytrzymam!

Przestaje na chwilę i wpatruje się we mnie. Nachyla się i przyciska wargi do moich. Zalewa mnie fala gorąca, onieśmielającego pożądania. Odsuwam głowę, zaskoczona.

– Co ty wyprawiasz? Puść mnie!

– Proszę!

Jej głos przedziera się przez nasze krzyki jak błyskawica. Oboje zastygamy w bezruchu. Eve stoi w drzwiach. Ma wzburzone włosy. Zieleń oczu zamyka mnie znowu w swoim zaklętym uścisku. Eve obsuwa się na kolana. Mój mąż odsuwa się ode mnie, by zrobić jej miejsce.

– Już dobrze. Nie bój się. Jesteś piękna.

– Nie jestem – łkam.

– Ależ tak. Wszystko będzie dobrze.

Kręcę głową, ale tym razem nie uciekam. Ona się zbliża.

– Przestań zaprzeczać – uśmiecha się. – i zacznij wierzyć.

– Nie potrafię wierzyć. Jestem cieniem.

Eve kręci głową delikatnie. Wyciąga ręce. Trzęsę się. Jeśli tego nie zrobię, umrę z tęsknoty. Czołgam się do niej.

– Matko…

Eve wzdycha z ulgą. Szklista zasłona okala jej oczy.

– Tak. Mogę być twoją matką.

Sięga ku mnie niecierpliwie i chwyta w ramiona. Zanurzam twarz w jej włosach, ocieram skórę o gładkie kosmyki, nasycam węch świeżą wonią. Jej uścisk wypala się na zawsze na moim wiotkim ciele. Biorę łyki jej ciepła. Teraz jest już tylko ulga. Teraz jestem bezpieczna. Matka uchroni mnie od zła. Matki robią tak od zawsze. Nie są już mitem ani legendą, one powstały z popiołów zapomnienia silniejsze niż kiedykolwiek.

Eve jest częścią mnie i tak pozostanie. Dzieli się ze mną swoim życiem, obdarza swoim światłem. Jestem pełna kolorów. Płaczę.

Melodyjny głos nakłada na moją skórę nową warstwę, która sprawi, że nigdy nie będę sama. Eve ozdabia mnie.

Patrzy na mnie i wyciera łzy z twarzy.

– Och, spójrz! Twoje oczy!

– Co takiego?

Eve patrzy na mojego męża, który potwierdza skinieniem głowy. Na chwilę spoglądamy na siebie. Uśmiecha się. Obrączki błyszczą na naszych palcach.

– Jaki mam kolor? – pytam Eve.

– Są niebieskie. Niebieskie jak niebo, kochanie.

Śmieję się i padam jej znów w ramiona.

Mój mąż obraca się napięcie, zaalarmowany. Szybkie kroki wydzierają z moich rąk ten cenny moment. Żołnierz wbiega po schodach i salutuje mojemu mężowi, przerażenie ścina jego twarz.

– Generale! Wojsko Skylust kieruje się tutaj. Zmobilizowali wszystkie siły.

Obie patrzymy na mojego męża, obejmując się instynktownie jeszcze mocniej. Zaciska usta w zaciętym wyrazie. Mrok nocy wślizguje się na jego oblicze, przyprawiając go o ponure spojrzenie oczu. Ale widzę, że nie ma zamiaru się poddać. Kiedy spogląda wprost na mnie, rozumiem, że na zawsze pozostanę jego żoną.

– Musimy was stąd zabrać. Pójdziecie podziemnym tunelem – patrzy znacząco na swojego podwładnego. – Zaprowadź je.

– A ty? – pyta Eve, jej zielone oczy wielkie jak monety.

Mój mąż prostuje się dumnie.

– Będę walczył do utraty sił. Matki muszą się odrodzić.

Zrywamy się z podłogi, a ja pędzę razem z nimi, wzmocniona niespodziewanym zastrzykiem siły. Cienie ocierają się o nas złowróżbnie, niebo znaczą bruzdy zbliżających się, perłowych świateł statków Skylust. Pamiętam, że obracam się, biegnąc korytarzem z Eve, a wtopiona w noc sylwetka mojego męża zapada głęboko w moją pamięć. Oglądam się za nim. Patrzy na nas, póki nie znikamy mu z oczu.

Wszystko dzieje się szybko. Kryształowe ściany rezydencji są teraz rozpalone żywą czerwienią, gdy nadlatują wielkie statki i zaczynają wypluwać kule ognia. Płomienie ocierają się o ściany jak pazury wyznaczające na nich podłużne blizny. Nadciągają krzyki. Żołnierze wylewają się znikąd jak zjawy i otaczają rezydencję, wznosząc proporce ciężkich pistoletów i pocisków. Szczękają ciężkie kombinezony, lśniąca w blasku nocy rezydencja zostaje schwytana w zimny krąg żołnierzy. Następne kule kontynuują oblężenie, rozdzierając niebo krwawymi znakami. Jego łuna na moment oświetla zlodowaciałe twarze mieszkańców Skylust, które wyłaniają się z nicości zniewolenia. Chaos triumfuje, pławiąc się w naszym strachu.

Kurczowo trzymam się Eve, ona jest moim jedynym napojem życia, który daje jeszcze siłę, by spieszyć za nią i żołnierzem. Mężczyzna prowadzi nas schodami do podziemnego przejścia. Podniosłe nawoływania i pierwsze odgłosy wymienianych, mechanicznych salw zanikają powoli jak echo, jakby w ogóle nie istniały. Zdaje mi się, że podłoga drży z lękiem pod moimi stopami, pod skórą wyczuwam pędzące naszym śladem wibracje wybuchów. Patrzę na Eve. Jej twarz wydaje się promieniować i rozświetlać cienie. Jej uścisk jest mocny, zdecydowany. Widzę, jak zachodzi w niej jakaś zmiana i pozostaje mi jedynie czekać.

Zatrzymuje się. Żołnierz obraca się i wyciąga rękę w jej kierunku, jego oczy są wielkie jak dwie srebrne monety. Wiem, że robi to, bo sam jest bliski rozpaczy. Oboje garniemy się do niej, do studni nadziei. Nie potrafię sobie wyobrazić, co będzie, jeśli ona odejdzie.

– Eve – ponagla ją. – Musisz ocaleć. Musimy cię uratować.

Eve nie słucha, wpatrując się w pustkę przed sobą. Gardło czarnego korytarza patrzy na nią kpiąco i wyzywa do pojedynku.

Podnosi oczy wysoko, jej pierś unosi się szybko. Wzburzone włosy okalają jej policzki jak ozdobny wieniec. Soczyste oczy zioną potęgą, jakiej nie posiądzie żadne wojsko, żaden dyktator.

– Jestem matką – mówi głośno, a pusty tunel i wszechogarniający mrok wydaje się klękać przed nią posłusznie. – I będę bronić moich dzieci.

Zawraca. Pozostaje nam tylko podążać za nią.

– Nie wiesz, co ci zrobią! – krzyczy rozpaczliwie żołnierz. – Nie możesz tam pójść!

Żadne z nas nie jest w stanie jej powstrzymać. Eve kroczy pewnie ścieżką wyznaczoną przez samą siebie. Coś się zbliża, ale nie wiem jeszcze, co.

Głosy znów wracają. Tym razem słychać nieustające jęki strzałów wrzynające się w moją głowę jak tępe śruby, dudniący wybuch wstrząsa całą rezydencją i wzbija w górę chmarę ostrych jak noże odłamków. Wychodzimy z podziemnego przejścia. Oślepiają mnie jarzące oczy ognia i błyskające jak pioruny pociski. Żołnierze biegną wokół nas, lecz zatrzymują się, niesieni niewidzialnym rozkazem. Eve idzie przed siebie jak fala, a wszystko, co mija, obmywa swoim zbawiennym wpływem. Tłumy zaczynają za nią iść. Lufy pistoletów same obniżają się ku posadzce i zaczynają zwisać bezwiednie u boków żołnierzy mojego męża. Spragnieni jej przywództwa, wszyscy zbliżamy się do wyjścia, do samych, ohydnych wnętrzności zajadłych walk nienawiści. Żołnierze idą za nami jak pijani. Widzę oddziały Skylust w białych mundurach. Czuję powiew gorącego powietrza, które rani moje policzki jak igły. Na czele oddziału stoi mój mąż. Odwraca głowę, otwiera usta w niemym wyrazie.

A potem Eve przekracza próg rezydencji i staje przed nimi.

Nic nie jest w stanie jej zatrzymać. Głowy żołnierzy obracają się w stronę Eve jak lalki. Ich palce obsuwają się ze spustów. Niektórzy opierają się, widać, jak zaciskają zęby. Mimo to opuszczają laserowe pistolety. Broń wypada im z rąk, słając srebrną platformę pod naszymi stopami. Dłonie trzęsą się pod wpływem zielonych oczu. Cisza wyssała z nas jakiekolwiek słowa, oddając pokłon matce.

Żołnierze mrużą oczy, porażeni światłem Eve i kolorami, którymi emanuje. Ten widok poraża ich tak jak mnie, wyciska łzy z oczu. Wiem też, że ich zmysły krzyczą, nagle poczuwszy głód piękna.

A potem, jeden po drugim, kolana uginają się pod nimi. Padają na ziemię, obezwładnieni jej siłą, ich wolna wola poddaje się Eve zupełnie, aby mogła zajść niezbędna przemiana. Ludzie klękają, oddział po oddziale, potężne tłumy pokonane miłością Eve. Nie ma w niej nic z bogini. To po prostu matka.

Eve rozgląda się wokół ze stalowym spojrzeniem. Wypływa z niej ciepło, ogarnia nas i uśmierza cały ból. Płonący ogień staje się pochodnią niosącą wiadomość o jej przybyciu. A my, marne imitacje dawnych ludzi, jesteśmy świadkami nowego triumfu. Patrzę w górę na Eve. Matka spogląda na mnie. Wyciąga rękę, gładzi mnie po głowie. Uśmiecha się.

Tego dnia Eve pokonała wielką armię Skylust. Matki nadeszły z ziemi, a wraz z nimi ojcowie, i zalali podniebną metropolię. Uczyli nas wszystkiego od nowa. Wkrótce istnienie Skylust stanie pod znakiem zapytania, podniebne wieże przeistoczą się w zardzewiałe relikty przeszłości. Ziemia znów powita na swoim łonie ludzi, którzy zjawią się, błagając o przebaczenie. Nie wiadomo jeszcze, czy je w ogóle uzyskamy.

Nikt nie wie, co nas teraz czeka.

 

Podziel się

O autorze

Odpowiedz