Elfie wakacje – Katarzyna Gdynia

0

Opowiadanie wyróżnione przez Martynę Raduchowską.

Przybyli go pożegnać. Smukła postać księcia stała nieco z przodu, górując nad zgromadzonym dworem i strażą przyboczną, otaczającą władcę ciasnym półkolem.

– Zasłużyłeś sobie na odpoczynek- przemówił Eleyas chłodnym, lecz uprzejmym tonem, a jego nieskazitelne oblicze było pozbawione emocji. – Kiedy już wypoczniesz, będziemy z niecierpliwością oczekiwać twego powrotu.
Pochylił się, aby ucałować królewski pierścień, na którym lśnił srebrzyście miniaturowy symbol dłoni. Ten sam znak wyszyto na błękitnych sztandarach, szarpanych przez morską bryzę.

– Niech prowadzi cię wiatr- dodał jeszcze książę.
– Oby ten wiatr nie przyniósł burzy- odpowiedział wedle formuły, ciągle poddańczo zgięty w pół. Wreszcie następca tronu odszedł, zostawiając go samego z Laiamem. Objął swojego zastępcę z uśmiechem.

– Spokojnej drogi, przyjacielu- powiedział młodszy dowódca, klepiąc go po plecach, do których przytroczył wcześniej miecz. – Nie zamarudź tam zbyt długo. Pamiętaj, że tu są twoi rodacy. Że czekamy na twój rychły powrót.
Odpowiedział uśmiechem. Następnie jednym, szybkim ruchem zdarł z piersi znak dowódcy, małą tarczę z wybitymi trzema gwiazdami i przypiął do piersi wzruszonego Laiama.
– Wrócę nim się obejrzysz.- Powiódł wzrokiem za odchodzącym orszakiem księcia. Ubrany w biel i błękit dwór zdołał zniknąć za jedną z wydm, a wiatr zasypywał już ich ślady.
– Bacz na niego- zwrócił się do Laiama zmienionym głosem, prostując się mimowolnie. – Wygraliśmy wojnę, ale czuję, że kolejna wisi na włosku.
Młodzieniec machnął uspokajająco ręką.
– Książę jest młody, a co za tym idzie, porywczy i zazdrosny. Młodość ma swoje prawa. Poradzi sobie.

– Dopilnuj tego.- Odwrócił się w stronę portalu. Kamienny łuk rysował się czernią na białych piaskach plaży, prowadząc prosto w morze. Woda muskała zewnętrzną ścianę muru. Dalej napotykała jakby niewidzialną linię i zatrzymywała się wewnątrz przejścia, dokładnie oznaczając granicę miedzy mokrym i suchym piaskiem. Sięgnął do sakiewki przywiązanej do pasa, wyjmując z niej garść błyszczącego pyłu. Zamachnął się, gwałtownie ciskając roziskrzony puder w morze wewnątrz łuku. Pył na chwilę zawisł w powietrzu.

Drobne iskierki zaczęły powoli się rozszerzać, coraz bardziej i bardziej, obejmując całą przestrzeń wrót migotliwym całunem. Po chwili nie było widać już piasku i morza, a jedynie roziskrzoną, drgającą masę światła, która zdawała się mienić w słońcu.
– Niech prowadzi cię wiatr!- krzyknął jeszcze Laiam, kiedy postąpił ku przejściu. – Bywaj, Hantalith!
– Bywaj, bracie!- odwrócił się i zniknął. Portal za jego plecami zadrżał i pękł na milion drobnych kawałków niczym tłuczone lustro. Nim opadły na piasek z powrotem przybrały postać srebrzystego pyłu, który przy najdrobniejszym podmuchu cisnął w fale nadmorski wiatr.

***
Pierwsze, co usłyszał, to krzyk. Dziewczęcy. Zdławiony. Podróże między wymiarami nie służą zdrowiu. Nowa sfera przyjęła go twardo. Powietrze wypluło go w obłoku srebrzystego pyłu, boleśnie ciskając o ziemię. Natychmiast odczuł zmianę temperatury, gęstość powietrza, które ścisnęło jego płuca i przyspieszyło bicie serca. Przez chwilę walczył z zawrotami głowy, starając jednocześnie uspokoić rozszalały żołądek, którego zawartość zapiekła go w gardle. Krzyk powtórzył się. Rozpaczliwie nagląco.

Wsparł osłabione podróżą ciało o ścianę i uniósł głowę. Napastników było trzech. Jeden trzymał dziewczynę za przedramię, boleśnie je wykręcając, a drugi starał się wyrwać pakunek, którego nadal dzielnie broniła wolną ręką. Trzeci, w czapce przynoszącej na myśl wełnianą pończochę, stał z boku i zanosił się nerwowym chichotem. Byli podobnie ubrani, w luźne bluzy z kapturami, które zakrywały ich twarze. Ruszył powoli do przodu, wpatrując się w tył głowy najbliższego.
– Ta dama ma chyba dość waszego towarzystwa, waszmościowie. – Stanął w lekkim rozkroku. Oczy tego w czapce zwróciły się ku niemu, a na twarzy wykwitł drwiący uśmiech.
– Te, Cycu, pacz go! Na co się gapisz?- parsknął śmiechem. – Wypad, bo ci zajebe!
Zwrócił oczy w kierunku dziewczyny, która prawie przysiadła na ziemi, ciałem kryjąc torbę, smętnie uwieszona na silnym chwycie drugiego osiłka.
– Ocipiałeś!?- wrzasnął chłopak, postępując ku niemu pół kroku. – Spadaj, dziwaku!
– Ostatni raz apeluję do waszmościów, abyście…- Nie dokończył. Chuda pięść śmignęła w jego kierunku. I rozminęła się o włos, kiedy w szybkim uniku postąpił odrobinę w bok. Nim zaskoczony napastnik zdołał zorientować się, co przed chwilą zaszło, złapał go mocno za wyciągnięty nadgarstek, jednocześnie podcinając nogi. Opryszek upadł na ziemię z wykręconą na plecy ręką, krzycząc z bólu i bezradnie szarpiąc się pod kolanem swojego napastnika.

– Nie żyjesz, dziwaku!- Dziewczyna opadła z jękiem na ziemię, kiedy napastnicy ruszyli w jego stronę. Puścił rękę leżącego i natychmiast znalazł się naprzeciw nich, lekko pochylony, z jedną nogą wysuniętą do przodu dla lepszej równowagi. Skoczyli na niego z dzikim wrzaskiem, groźnie napinając przerośnięte ramiona. Zgrabnie umknął wymierzonym w niego pięściom. Obrócił się w piruecie niczym tancerz, po czym zaatakował. Szybki cios w grdykę pozbawił jednego oddechu. Dryblas osunął się na kolana, bezskutecznie starając się zaczerpnąć powietrza.

Wypompował je z niego celnym kopniakiem w brzuch, wykluczając osiłka z gry. Pozostał już tylko jeden. Przez chwilę obchodzili się jak zapaśnicy, po czym wyrostek skoczył. Niedźwiedzie ramiona zamknęły się, obejmując jedynie powietrze w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał obcy. Ten był już za nim, szybki jak błyskawica. Osiłek obejrzał się, a przystojna, smukła twarz była ostatnim, co zobaczył, nim pięść nieznajomego uderzyła go w splot słoneczny.
Dziewczyna zdążyła już się podnieść. Stała, drżąc jak osika i przyglądając mu się rozszerzonymi ze zdumienia oczami. Podszedł i skłonił się dwornie. Drgnęła nieznacznie kiedy ujął jej dłoń i uniósł do ust.
– Nie trwóż się, panienko, nie musisz obawiać się już tych szubrawców. Hantalith nie pozwoli cię skrzywdzić.
– Ttty… masz uszy. Szpiczaste- poprawiła się szybko.- W okolicy jest jakiś zlot czy coś? Biegacie po parku z łukami, grzebiecie się w piasku i śpicie na drzewach, tak? A miecz kupiłeś na e-buy’u, prawda?- paplała nerwowo, nie odrywając wzroku od jego twarzy. Sięgnął do zawieszonego na plecach ostrza i wydobył je szybkim ruchem. Dziewczyna lekko odskoczyła, ale nie uciekła.
– To rodowa klinga, panienko- oświadczył, bawiąc się ostrzem, które w jego dłoniach zamieniło się w srebrną smugę. – Nigdzie jej nie kupiono. Wykuł ją kowal Creidne dla mojego prapradziada, aby ten mógł ukrócać nim żywota swych wrogów.
Z dumą zaprezentował jej misterne zdobienia ciągnące się przez całe ostrze, po czym miecz ponownie zniknął w pochwie.
– Lepiej tak tym nie machaj na lewo i prawo. Nie jestem pewna, ale na białą broń chyba trzeba mieć pozwolenie.
– Jestem szlachetnie urodzony i nikt nie zabroni mi nosić mego miecza!- oburzył się. – No cóż, czas się rozstać. Wskaż mi, proszę, drogę do najbliższej gospody.
– Za rogiem jest knajpka, jeżeli o to chodzi. Przejdziesz przez ulicę, skręcisz w prawo i jesteś na miejscu- odpowiedziała, przyglądając mu się niepewnie. – Uciekłeś z konwentu fantasy?
– Jestem na wakacjach, panienko.- Pochylił się, ponownie całując ją w rękę. – Uważaj na siebie, álainn.

***
Odwrócił się i odszedł. Jak gdyby nigdy nic. Julia czuła jeszcze ciepłą wilgoć w miejscu, gdzie dotknęły jej dłoni usta nieznajomego. Stała przez chwilę, starając się poukładać wydarzenia ostatnich kilku minut. Powolutku, spokojnie… Wracała do domu ze spotkania z dawno nie widzianą koleżanką. Szła chodnikiem, kiedy tamci zaczęli za nią wołać i gwizdać. Dwóch dresów. Trzeci wynurzył się z bramy, zastawiając jej drogę. Kiedy próbowała obejść osiłka, pozostali pokonali dystans, który dotąd ich dzielił. Chcieli zabrać jej torebkę, ale walczyła dzielnie, choć w życiu tak się nie bała. Zaczęła krzyczeć, kiedy jeden z drabów wykręcił jej rękę. I wtedy pojawił sie ON. Nigdy nie spotkała większego cudaka. Nie chodziło nawet o strój rodem z “Władcy pierścieni”. Jako pierwsze rzucały się w oczy oczywiście uszy. Wielkie, sięgające prawie do czubka głowy, odstające i szpiczaste. Dopiero potem zauważało się ciemnoblond czuprynę i wesołe, lekko skośne oczy. Wyglądał zupełnie jak elf z bajki. No cóż, pewnie o to właśnie chodziło w jego przebraniu. Elf… Musiała przyznać, że kostium był wyjątkowo dobrze zaprojektowany i wspaniale pasował do jego postaci.

Gdzieś nieopodal rozległ się pisk opon i krzyki. Nie zastanawiając sie wiele podbiegła do kulącego się na ziemi dresa, zerwała mu czapkę z głowy i ruszyła w ślad za nieznajomym.

***
Dopadła go pośrodku ulicy, gdy z uporem celował mieczem w zdeżak samochodu, a przerażona kobieta za kierownicą zamarła z ręką na klaksonie. Wizg był ogłuszający. Ludzie przystawali na chodniku, kilka twarzy pojawiło sie w oknach okolicznych budynków. Julia bez namysłu podbiegła do nieznajomego, ujęła go ostrożnie pod ramię i odciągnęła na chodnik. Szedł tyłem, z wyciągniętym przed siebie ostrzem, nie spuszczając z oczu srebrnego Fiata, który zniknął, gdy tylko uliczka na powrót stała sie przejezdna.

– Wielki, srebrny żuk powożony przez niewiastę… Takich cudów to żem dawno nie widział- zwrócił się do niej przybysz, chowając w końcu broń.
– Nie uderzyli cię przez przypadek w głowę?- Przyjrzała mu się z troską. – Chodź, może postawie ci coś. W końcu mnie uratowałeś.
Chwyciła nieznajomego z kaftan i pochyliła ku sobie, a następnie, ignorując jego zdziwienie, wciągnęła mu na głowę zdobyczną czapkę.
– Twoje uszy rzucają się w oczy. Jeśli nie chcesz ich odkleić, to chociaż nie pokazuj, dobrze?- poprosiła. – Mówiłeś, że jak masz na imię?
– Hantalith Elatha aen Cahan.- Skłonił się głęboko. – Do twoich usług, panienko.
– Ja jestem Julia. Hant… Han! Będę ci mówić Han!

Zaprowadziła go do klubu. Owiał ich zimny oddech piwnicy, przyjemny w porównaniu z panującym na dworze upałem lata. Po schodach zeszli do ciemnego wnętrza. Minęli bar, za którym znudzony kelner rozmawiał o czymś z dwoma klientami. Wcisnęła go w najdalszą, najmniej oświetloną ławkę. Sama usiadła przodem do drzwi, obserwując.
– Przyjemne miejsce, álainn.
– Kiedyś przychodziłam tu z przyjaciółmi. W piątki jest dyskoteka, zbiera się dużo ludzi, mógłbyś wpaść…- zaczęła mówić, kiedy elf nagle zerwał się z miejsca i zamachał do kelnera.
– Karczmarzu, wytocz z piwnicy beczułkę najlepszego wina, jakie macie! Chybko!
– Myślałam raczej o piwie- odezwała się nieśmiało dziewczyna, gdy niezbyt zadowolony kelner przyniósł im butelke i rozlał wino do dwóch lampek. – Mam nadzieję, że cię na to stać…
– Piwo niech piją kmioty, my natomiast, mo ban, nie będziemy raczyć się byle czym.

Niepewnie umoczyła usta w kieliszku.
– Dziękuję za pomoc.- Posłała mu nieśmiały uśmiech. – Gdybyś się nie pojawił… No cóż, zabraliby mi torbę, telefon, dokumenty.
Duszkiem wypił pierwszą lapmpkę i delikatnie odgarnął jej włosy z twarzy.
– Również raduje się, że mogłem pospieszyć ci z pomocą.
– Skąd właściwie jesteś?- zapytała, prostując się. Policzki piekły ją od rumieńców. Alkohol był mocny i kilka łyków poprawiło jej humor, na dobre odsuwając niepokój. – Przyjechałeś na jakiś konwent?

– Przybyłem wypocząć. Najsampierw wyjawię ci moją historyję, ban milis!- Ku jej nabożnemu zdumieniu nagle podniósł się i wskoczył na stół. – I wy słuchajcie, kmioty!- zwrócił się do gości, w większości złożonych z lekko podpitych, stałych klientów i kilku zbłąkanych par. -Mar sin, w krainie, która znajduje się za trylionami gwiazd i łukiem tęczy, gdzie nie siega spojrzenie i nie doleci sokół, trwała wojna! Na spokojne plemię żyjące u podnóży fioletowych gór Codladh najechał najstraszniejszy wróg! Ich smocze statki zawitały nocą, we mgle, zrzucając swych potwornych pasażerów w biały piach Zatoki Łez! Przemierzali spokojny kraj, bezkarnie łupiąc i mordując! Skrzypienie ich chitynowych zbroi i szczęk zakrzywionych mieczy zwiastował ich rychłe nadejście…- Zgrabnie przeskoczył po oparciu kanapy na kolejny stolik, bliżej środka sali. Gestykulował trzymanym w dłoni kieliszkiem, z którego systematycznie pociągał spore łyki. Wszystkie oczy były już zwrócone ku niemu. W pierwszej chwili Julia poderwała się, aby go powstrzymać. Ze wstydem przyłapała sie na tym, że z fascynacją słucha opowiadanej historii.

– Mądry, lecz stary król Roibhilín zamedytował się. Najsampierw zwołał swe chorągwie i posłał je ku wrogowi, ale był to chybiony pomysł, dyć…
– Em, proszę pana.- Kelner nieśmiało, lecz stanowczo szarpnął go za nogawkę błękitnych bryczesów. – Proszę natychmiast zejść ze stołu.
Han duszkiem opróżnił trzymany przez cały czas kieliszek, a następnie pochylił się i, ku przerażeniu Julii, spoliczkował kelnera wierzchem dłoni.

– Zawrzyj usta, amadán, kiedy wyżej urodzony prawi!- Jego głos zabrzmiał jak smagnięcie biczem. W tym momencie miara się przebrała. Stali bywalcy podnieśli się z miejsc i ruszyli na ratunek kelnerowi. Na oczach Julii ktoś chwycił podpitego Hana za kaftan, a następnie elf utonął w szamotaninie ciał. Jej krzyki i protesty nie na wiele się zdały. Obrońcy kelnera byli jednak na tyle wyrozumiali, że jedynie wynieśli wojowniczego przybysza na zewnątrz, pozostawiając mu na pamiątkę kilka siniaków. Hantalith przysiadł przed klubem, ocierając rozbitą wargą i obmacując szybko puchnący podbródek. Julia pochylała się nad nim, z politowaniem kręcąc głową.

– Nie powinieneś pić, jeśli masz słabą głowę- powiedziała, ostrożnie zerkając na krwawiące usta elfa. – Przynajmniej nie musieliśmy za to płacić.- Potrząsnęła butelką wina, którą zabrała z klubu, podążając za poturbowanym Hanem. –Przydałby się lód. Mieszkam tu niedaleko, chodźmy, jeśli nie masz nic przeciwko temu.- Pomogła mu wstać, a on oparł się na niej z wdzięcznością. – Właściwie co się potem stało? No wiesz, z królem i jego dowódcami…

***
Opowiadał. Mówił, to podnosząc głos, to znowu zniżając go do szeptu, od którego przechodził ją dreszcz. Nie zauważyli, kiedy letnie słońce zniknęło za linią domów, kiedy ucichł szum ulicy, a światła w sąsiednich oknach zgasły. Mówił o przygodach, o walce, o dzielnych wojach pędzących na swych silnych rumakach przeciwko zastępom wroga. Wina z butelki powoli ubywało, kiedy jego słowa zabrały ją w odległe krainy, gdzie pod niebieskimi sztandarami prowadzono liczne oddziały. I kiedy wszyscy spodziewali się klęski, jeden z dowódców zebrał swych najwierniejszych wojowników i w ostatnim geście desperacji postanowił zajść wroga od tyłu, odcinając mu drogę do jego statków. Plan nie tylko się powiódł, ale jeszcze poprowadził młodego generała do zwycięstwa.

– W dowód podzięki król Roibhilín podarował najdzielniejszemu ze wszystkich swych chorążych garść gwiezdnego pyłu, zbieranego z księżycowej rosy i zezwolił mu raz jeden, aby zwiedzić krainy znajdujące się za gwiazdami…- zamilkł i utkwił roziskrzone spojrzenie w sennej twarzy dziewczyny. – Reszta opowieści jest ci znana, cailín.
– Chciałabym zobaczyć Zatokę Łez- wymamrotała, opierając ciężką głowę na jego ramieniu. –Zabierzesz mnie? Kiedyś…
– Zabiorę, bhean álainn…

***
Obudziła się z potwornym bólem głowy. Za to sen…Ach, jaki to był piękny sen. Przystojny nieznajomy uratował ją przed bandą dresów, a potem spędziła cały wieczór w jego towarzystwie. Opowiedział historię swojego życia i zaniósł do łóżka, kiedy głowa zaczęła jej ciążyć. Przeciągnęła się, mrucząc jak kotka. Z pewnością sen ten był o wiele lepszy od świadomego nastawiania się na marzenia z Johnym Deppem w roli głównej.

Współlokatorki powyjeżdzały na wakacje do rodzin, więc całe mieszkanie miała tylko dla siebie. Zrzuciła piżamę, odszukała porzuconą gdzieś, czystą bieliznę i ruszyła do przedpokoju. Nagle przystanęła, zdumiona. Mężczyzna na kanapie podniósł na nią lekko skośne, niebieskie oczy, a jego brwi powędrowały do połowy czoła.
– Chyba nie wypiłem aż tak dużo, żeby tego nie pamiętać- zagadnął wesoło Han, opierając rozczochraną głowę na ramieniu i posyłając jej zadowolony uśmiech. Wydała z siebie zduszony pisk i czmychnęła z powrotem do pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Był tam! Leżał sobie na jej kanapie! W pośpiechu rzuciła się w poszukiwaniu jakiś ubrań. Dopiero wtedy odważyła się ponownie wyjrzeć z pokoju. Elf siedził na wersalce jedynie w spodniach, intensywnie pocierając skronie.

– Straszliwie mocne macie tu trunki- odezwał się do niej. – Głowa pęka jakby posochem odarta!
Podeszła do niego ostrożnie i zbadała wielkie, odstające uszy.
– Śnisz mi się, prawda?- zapytała drżącym głosem. –Bo nie ma ludzi z takimi uszami. To wszystko mi się śni. Wczoraj za dużo wypiłam, a ty jesteś tworem oparów alkoholowych czy czegoś takiego.
– Ar ndóigh! Jeśli tylko sobie życzysz. –Posłał jej pełen ciepła uśmiech. – Oprowadzisz mnie dzisiaj po tym padole, ban?
– Oprowadzić?- prychnęła wzburzona i natychmiast złapała się za obolałą głowę. – Nie pomyślałeś, że mam własne plany?

Han zdawał się jej nie słuchać. Z zainteresowaniem przeglądał rzeczy znajdujące się w kuchni. Obstukał zlew po czym odkręcił kran i prawie krzyknął z radości, kiedy chlusnęła woda. Rzuciła się w jego kierunku, gdy bez większego zainteresowania poodkręcał wszystkie palniki na kuchence i poszedł dalej, zafascynowany lodówką.
– Szafa z jedzeniem!- zachwycił się i natychmiast wpakował sobie do ust kawałek kiełbasy. – Świeci! To magia!
– Chyba wiem, gdzie poczujesz się jak w domu.- Zatrzasnęła za nim lodówkę i odprowadziła niechętnym spojrzeniem. – Ale najpierw się ubierz.

***
Najgorsze okazało się przejście przez miasto. Hantalith co chwilę oglądał się na przejeżdzajace samochody, skąpo odziane dziewczyny i zaczepiajace ich grupy nastolatków. Od pewnego czasu mocno uczepiła się jego ramienia, które nieustannie sięgało ku przytroczonmu do pleców miecza. Elf całym sobą przyciągał uwagę. Ubrany w skórzany kaftan i wystającą spod spodu białą koszulę, której poły spinały karwasze z tego samego materiału, szedł swobodnie nie zważając na spojrzenia przechodniów. Na szczęście na głowie ciągle miał czapkę, zakrywającą szpiczaste uszy.

– Nie tak bystro!- zawołał, kiedy prawie biegiem przeciągnęła go przez przejście dla pieszych, na przeciwko którego znajdował się komisariat. –Dokąd właściwie zmierzamy,
Iníon?
– Zaraz zobaczysz! Spodoba Ci się tam- zapewniła go pospiesznie. – Twoje klimaty.

Betonowy podjazd prowadził do szerokiej, okutej żelazem bramy, po której piął się bluszcz, mieniąc się kolorami królewskiej zieleni i szkarłatu. Za nią znajdował się wybrukowany pomost, otoczony kolistym murem, prowadzący do kolejnych wrót, tym razem grubszych i naszpikowanych kolcami. Już po przebyciu pierwszej z bram Han wyraźnie się ożywił i zaczął rozglądać. Julii wydało się nawet, że ukryte pod luźną czapką uszy strzygą wesoło.

– Tutaj kiedyś podobno była fosa- powiedziała, pokazując obrośnięte trawą zbocze, rozciągajace sie w dół ścieżki i sprawiające wrażenie, że znajdują sie na wierzchu wielkiej miski. Weszli na zniszczony dziedziniec zamku, na którym uchowały sie jedynie fundamenty i zewnętrzne mury. Tu i tam dziko rosły drzewka, a wybujała trawa pokrywała wszystko puszystym pióropuszem. Jedyny budynek znajdował się za ich plecami. Pełnił kiedyś pewnie role siedziby dla służby, lecz teraz usadowił sie w nim zarząd zamku. Po prawej kilka podstarzałych par sączyło kawę i przeglądało poranną prasę w cieniu kawiarnianych parasoli.

Nie musiała pytać, czy mu się podoba. Szedł zamyślony, z dłonią przy murze, jakby chciał wchłonąć ruiny, zapamiętać ich układ i strukturę. Nieobecnym spojrzeniem błądził po grożących zawaleniem łukach okien. Wbiegł po szerokich, kruszących sie schodach, które kiedyś zapewne prowadziły do jakiejś sali bądź komnaty, teraz zaś kończyły sie wielkim krzakiem pokrzyw i perzu.
– Tam jest studnia- wskazała ogromny, zabetonowany lej po prawej stronie resztek dziedzińca. Pył kwiatów i drobne owady osadzały się na jego niebieskich bryczesach. Julia szła przodem, przeskakując z jednej porzuconej płyty bruku na drugą. Przekrzywił głowę, aby lepiej obserwować pełne gracji ruchy dziewczyny, wyprostował się jednak gwałtownie, kiedy odwróciła się w jego stronę.

– Kiedyś jakieś dzieciaki odcisnęły tutaj swoją rękę. Legenda- przewróciła oczami – głosi, że czyja ręka wpasuje sie w odcisk, ten otworzy studnię i wypuści znajdującą się tam moc. To oczywiście brednie.
Za jej przykładem wpasował dłoń w odcisk, tkwiący pomiędzy wyżłobionymi wyznaniami miłości i wulgarnymi napisami. Okazała się za duża, ale Julia uśmiechnęła się do niego pocieszycielsko.
– Miarkuję, że zacna moc zapieczętowana tutaj zostanie, skoroż nadal wybraniec się nie znalazł- powiedział, przygladając się studni.

Po murach, z balkoniku znajdującego się nad bramą, przeskakiwali parkour’owcy. Przez chwilę obserwowała ich ruch oraz zręczne chwyty, kiedy skakali i podciągali się na zmianę po szczerbach w ścianach. Coś błysnęło. Świetlisty refleks odbił się od dłoni Hana i przemknął po jego twarzy. Gwałtownie uniósł głowę w kierunku akrobatów i w dwóch krokach pokonał odległość dzielącą go od dziewczyny. Wydała z siebie przerażony krzyk, a zaraz potem znaleźli się w trawie. Nim zdoałała wydobyć z siebie choć słowo, on już był na nogach, z mieczem w dłoni. W miesjcu, gdzie jeszcze przed chwilą stali, tkwił mały, pozbawiony rękojeści nożyk.

Pierwszy skrytobójca wylądował na studni. Zobaczyła tylko ciemnoniebieski strój przynoszący na myśl ninja i wielkie, szpiczaste uszy, sięgające prawie do czubka osłoniętej chustą głowy.
– Cad ba mhaith leat, an aíonna- warknął Hantalith, ujmując pewniej rękojeść miecza.
– Han, co się dzieje?- szepnęła zza jego pleców dziewczyna, z trudem stając na drżących nogach. Podbiegła do elfa i uczepiła się jego ręki, szukając ratunku. Pozostali zamachowcy ustawili się kręgiem wokół nich, przysiadłwszy na murach i gzymsach. Kilka osób przy stolikach zwrociła ku nim zaciekawione spojrzenie. Nikomu nie przyszło jednak do głowy zadzwonić po policję. Dla spacerowiczów i gości kawiarni grupa uzbrojonych wojowników była przedstawieniem, być może próbą rekonstrukcji wydarzeń, które rozgrywały się tu przed wiekami.
– Freagair, seirbhíseach!- Hantalith krzyknął, celując mieczem w pierś nieznajomego.

– Khelli dó!- odpowiedziała szorstko postać w masce. Nagle Han zwinął dziewczynę jak w tańcu. Najpierw gwałtownie do siebie, potem w bok. Wypuścił jej dłoń, a Julia poleciała do tyłu, prosto w trawę. Coś błysnęło w słońcu, rozległ się głośny brzęk, kiedy dwa ostrza skrzyżowały się. Stal zaśpiewała o stal, a pierwsza krew chlusnęła na kamienną pokrywę studni. Z przerażeniem dostrzegła, jak Han ociera szkarłatną strugę ciągnącą się od nosa, aż po kącik ust.

Elf zwijał się w unikach, a jego ostrze upodobniło sie do srebrnej smugi, która raz po raz błyskała złowrogo. Skoczył, odbijając się od studni i zawirował w piruecie, a jego miecz odnalazł swój cel. Niebo przykryło się szkarłatem, kiedy wyszarpnał ostrze z ciała pierwszego skrytobójcy, a na twarz i ramiona dziewczyny spadł krwawy deszcz. Hantalith krzyknął zmienionym głosem. Groźnie. Złowieszczo. Patrzyła, nie dowierzając, jak przerąbuje sie przez dwóch kolejnych przeciwników, a jego miecz przeszywa ich ciała jak nóż masło. Gładko, bezszelestnie.

Szarpnięta do góry za włosy zachwiała się. Coś zimnego dotknęło jej szyji. Spojrzała w dół tylko po to, żeby zobaczyć własne, przerażone odbicie w powierzchni srebrnego ostrza. Han stał nieopodal. Jego pierś poruszała się szybko, unosząc ciasno opinający ją wams. Na twarzy elfa zastygł zwierzęcy grymas wściekłości. Przetarł krople krwi z policzków, zmieniając je  w rdzawe smugi.

– Wypuść ją- odezwał się charczącym głosem, jakby nagle zaschło mu w gardle. Ktoś szarpnał jej głowę do tyłu, poczuła, że sie cofają. Ledwo dotykała podłoża stopami, które haczyły o wystające z trawy płyty bruku.
– Puść ją!- wrzasnął Hantalith, szczerząc w groźnym grymasie nienaturalnie drobne zęby. Poczuła szarpnięcie, coś jakby powiew wiatru, które otoczyło ją i wciągnęło. Elf coś krzyczał. Widziała, jak odrzuca miecz i wyciąga do niej ręce. Ale był co raz dalej i dalej. Wołała go, aż stał sie jedynie punkcikiem wśród tornada wirujących kolorów. A potem cały świat rozpadł się na drobne kawałki.

***
– Nie rozkazałem wam zabierać jeńców! Mieliście go zabić, a zamiast tego przyprowadzacie mi jego kobietę, blade amadán!
Usłyszała trzask, jakby ktoś właśnie otrzymał policzek. Otaczała ją zimna i wilgotna ciemność. Ostrożnie spróbowała się poruszyć, ale coś krępowało jej ruchy. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiała, że ręce ma przywiązane do rzeźbionego oparcia fotela. Niespodziewane szarpnięcie za włosy poderwało jej głowę do góry.

– Tylko na nią spójrz, Sahirze. Najpospolitsza dziewka jaką kiedykolwiek widziałem- powiedział jasnowłosy mężczyzna o idealnych, wysublimowanych rysach. Linia kunsztownego tatuażu biegła przez środek jego twarzy, podkreślając niebieskie, lekko opalizujące oczy.
– Mar sin, mój książę- odpowiedział stojący nieopodal elf. Na bladym policzku dostrzegła szybko czerwieniejący ślad w kształcie dłoni.
– Teraz jestem królem, ośle!- warknął Eleyas, dumnie wznosząc wysokie, blade czoło. Pozbawione ciepła spojrzenie znowu opadło na nią. Skuliła się i z trudem powstrzymała szloch, który uwiązł w gardle niczym kula bilardowa.
– Powiadasz, że przyjdzie po nią.- Pochylił ku niej twarz o wysokich kościach policzkowych. Spróbowała się wyrwać, cofnąć, ale więzy trzymały mocno. Wąska linia ust zbliżyła się do niej, lodowato zimne palce założył jej kosmyk włosów za ucho.
– Będziemy go oczekiwać, mar sin…

***
Policjant jeszcze raz przejrzał zdjęcia, które zrobiono na terenie ruin. Konwulsyjnie przełknął ślinę. Funkcjonariusz przywykł do spokojnej i monotonnej atmosfery panującej w miasteczku. Od czasu do czasu wzywano go na interwencję do kłócącej się rodziny czy bójki w barze. Ale to tyle, jeżeli chodzi o emocjonujące wydarzenia. Potrójne morderstwo było dla niego czymś nowym.

Ktoś z klientów restauracyjki „Podzamcze” wezwał ich, opowiadając roztrzęsionym głosem o strasznej rzezi na terenie dostępnych dla wszystkich ruin. Podobno grupa aktorów odtwarzała scenę walki… Która zamieniła się w jatkę na oczach nieświadomych niczego turystów. Pojechali na miejsce zbrodni, obawiając się tego, co mogą tam znaleźć. Trzy trupy? Brutalne morderstwo? To przerastało wyobrażenia komisarza Czaplickiego. Widok na miejscu przeszedł ich oczekiwania. Sprawca nawet nie protestował, kiedy odebrali mu miecz i zabrali na komisariat. Boże, on miał miecz! Miecz, jak jakiś rycerz lub samuraj! Kto dzisiaj chodzi z mieczem? Morderca był dziwny, z pewnością chory psychicznie. Gdy tylko zamknęli go w pokoju przesłuchań jakby odzyskał wigor. Zaczął się miotać i wykrzykiwać na funkcjonariuszy.

– Co to za straż, która zamyka szlachcica za wypatroszenie trzech sprzedajnych mieczy z jakiegoś rynsztoka? Na życie moje i mojej pani dybali, a wy mnie jeszcze ukarać chcecie!?- wołał, a nieszczęśni policjanci tylko zerkali po sobie. – Łotry! Sprzedawczyki! Za ile was kupili?

Czaplicki był zdezorientowany. Zignorował pięć telefonów z lokalnych mediów, które już wywęszyły sensacje. Z ciężkim sercem uniósł wzrok na siedzącego przed sobą mężczyznę w luźnej mycce i średniowiecznym wamsie. Jeszcze raz sprawdził, czy pistolet w kaburze jest odbezpieczony. Dopiero potem dźwignął się na rękach i przybrał najgroźniejszą minę, na jaką było go teraz stać.
–  Skąd żeś się urwał, psycholu? Kim ty w ogóle jesteś, co? Dlaczego zamordowałeś tą trójkę? Co z tego masz?
– Nie będę mówił z takim sprzedajnym psim synem, jak ty- zaperzył się Hantalith. – Możecie mnie zabrać na kaźnie, nic wam po tym! Świnie! Eleyas maczał w tym palce, tak?  Wyglądasz mi na takiego parszywca, który łatwo hańbi się krwią szlachetnie urodzonych i niewinnych dam!
– Zadałem ci pytanie, świrze- warknął Czaplicki, nachylając się ku elfowi. – Mów grzecznie albo…
– Albo co?- Han prawie podskoczył na krześle, do którego przykuto go kajdankami. – Śmiało, zabierzcie mnie na męki! Przypalajcie żelazem, rozciągajcie, łamcie kości… Wszyscyście tchórze! Tfu!

Splunięcie trafiło komisarza prosto w oko. Czaplicki na chwilę stracił równowagę, gwałtownie się cofając. Szeroka pierś zafalowała gniewnie, kiedy podciągnął rękawy koszuli i wziął zamach. A potem jego wzrok zahaczył o leżące na stole zdjęcia. Zawahał się. Miał do czynienia  z zabójcą. Rozpruwaczem, który pokroił w plasterki trzy osoby. To nie podpity drągal czy rozeźlony sąsiad. To morderca, rębacz, za pewne tylko czekający, aż Czaplicki popełni błąd. Niedoczekanie!
Zebrał akta i wyszedł, obiecując, że niebawem wróci, a oskarżony ma lepiej sobie przemyśleć swoją sytuację. Mimo to drzwi zamknął z ulgą. Z trudem dowlókł się do swojego biurka. Tam opuściły go siły. Osunął się z ciężkim westchnieniem na fotel. Pot spływał mu po karku i perlił się na czole. Nie zauważył, kiedy aż tak się spocił. To pewnie jego chore serce, za dużo nerwów jak dla niego.

– Co masz zamiar zrobić z naszym rębaczem?- zagadnął do niego siedzący naprzeciw funkcjonariusz. Czaplicki westchnął, zrezygnowany.
– Gość bredzi coś o torturach, mówi, że jesteśmy skorumpowani… Jak dla mnie to totalny świr. W głowie mu się poprzewracało i tyle. Nie wie kim jest, gdzie jest, w ogóle chyba nie wiele wie.
– Może jak spędzi trochę czasu w areszcie to sobie przypomni- zasugerował kolega.
– Tutaj potrzeba specjalisty…- Czaplicki potarł zakola w zamyśleniu. – Zadzwoń, Heniu, niech nam przyślą psychologa. Kogoś, kto zrozumie bełkot tego wariata, bo jeśli mam tam wrócić i z nim rozmawiać, to prawdopodobnie niedługo będę musiał sam się leczyć.

***
Ktoś delikatnie potrząsnął jej ramionami. Zamruczała sennie, ale szturchnięcie powtórzyło się, tym razem mocniejsze i bardziej stanowcze. Uniosła oczy, a światło pochodni oślepiło ją na chwilę. Ktoś szamotał się z więzami, które zdążyły wbić się w jej skórę, odciskając w niej brzydkie, fioletowo-czerwone pręgi. Drgnęła gwałtownie, czując na dłoni zimne ostrze.

– Ciii- szepnął głos przy jej uchu, a nóż uwolnił zdrętwiałą rękę. – Nie ma czasu na wyjaśnienia. Chodź za mną, kobieto Hantalitha.

Już miała zaprotestować, że nie ma nic wspólnego z elfem, ale zrezygnowała, przypominając sobie o nakazie zachowania ciszy. Z trudem podniosła się z krzesła. Ciało dygotało nieznanym bólem. Ostatnie godziny spędziła w pozycji siedzącej, przywiązana do krzesła. Teraz zdrętwiałe nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Z pewnością by upadła, gdyby nie pomocne ramię nieznajomego, które objęło ją i przytrzymało. Chwilę zajęło, zanim odzyskała utracone czucie w palcach, a ból w udach i łydkach zelżał. W tym czasie mogła przyjrzeć się twarzy swojego wybawcy. Był mniej więcej w jej wieku, natomiast z pewnością młodszy od Hantalitha. Niespokojnie zerkał zza grzywki czarnych włosów, rzucając nerwowe spojrzenie w stronę drzwi. Na piersi coś błyszczało intensywnie w świetle pochodni. Kiedy zmrużyła oczy, dostrzegła niewielką tarczę z wbitymi w nią trzema ćwiekami w kształcie małych, ośmioramiennych gwiazdek.

– Nie mamy wiele czasu- ponaglił ją. Ostrożnie wysunęli się na zalany księżycową poświatą korytarz. Ruszyła za nim, z ramieniem przy ścianie, starając się uspokoić oddech. Mimo to przez cały czas rozglądała się, zapamiętując miejsce, w którym ją przetrzymywano. Wyciągnęła szyję, aby zerknąć w wysoko położony wykusz okna i gwałtownie zaczerpnęła powietrza. Na ciemno-granatowym niebie wisiały dwa księżyce, niczym dwie ogromne latarnie.
– Pospiesz się!- Elf pomachał do niej ręką. Przysiadł przy ścianie i obmacał kamienie. Wreszcie jeden ustąpił pod jego naciskiem, a cała ściana cofnęła się do środka z przeraźliwym szuraniem. Zaniepokojeni zerknęli w kierunku, z którego przyszli, ale korytarz wydawał się pusty.
– Ten korytarz prowadzi do lasu. W krzakach przy wejściu ukryłem czyste szaty i trochę jedzenia, na pewno ci się przydadzą- wyszeptał, popychając ją w stronę wąskiego przejścia. Zaparła się rękami.
– Czemu nie pójdziesz ze mną?- zapytała, wlepiając w niego wielkie, przepełnione strachem oczy.
– Książę natychmiast domyśliłby się, żem zdradził. A muszę jeszcze pomóc Hantalithowi. Jestem mu to winien…- Popchnął ją delikatnie, ale znowu się zatrzymała.
– Nie podziękowałam ci. Jak masz na imię?
– Laiam, a teraz idź już, kobieto, albo zgubisz nas wszystkich!
Zazgrzytał mechanizm i ciemność zamknęła Julię w swoich objęciach. Stała chwilę z ręką przy ścianie, na przemian zamykając i otwierając oczy.
– Obudź się, Julka! Obudź się!- szepnęła do siebie, ale widok się nie zmienił. Nadal stała w ciemnym korytarzu, widząc niewiele więcej ponad czubek własnego nosa. Przełknęła słoną łzę, która spłynęła po jej policzku i ostrożnie postąpiła przed siebie, prosto w ciemność.

***
Laiam usłyszał skrzypienie drzwi do lochów. Miał tylko czas, aby spleść pierwsze zaklęcie. Strażnicy wynurzyli się zza zakrętu. Ujrzawszy młodzieńca, rzucili się do przodu. Płynnym ruchem sięgnął do płonącej na ścianie pochodni, posyłając słup ognia prosto w twarz pierwszego z biegnących. Ale magia zawsze ma swoje konsekwencje. Nie można przecież ciskać błyskawicami jak burzowa chmura. Każdy czar wymaga skupienia i czasu. Kiedy strażnik o spuchniętej, pokrytej bąblami oparzeń twarzy upadł, miecz drugiego dotarł do celu. Laiam zachwiał się, a zaklęcie zamarło na jego ustach. Wychrypiał ostatnie słowa, a ciało strażnika zwiotczało, kiedy nagle krew w jego ciele obróciła się w piach. Młody dowódca został w korytarzu sam. Przyciskając dłoń do brzucha, ruszył chwiejnie do przodu. Zignorował krew ściekającą spomiędzy palców. Miał jeszcze wiele do zrobienia.

***
Zrezygnował z daremnych prób wyciągnięcia dłoni z kajdan i rozejrzał się po celi. Cóż, bywało gorzej. Z rozmowy strażników miarkował, że posłali po medyka albo cyrulika. Hantalith nie posiadał się z oburzenia. Nawet tutaj sięgały wpływy Eleyasa. Najwyraźniej książę zdołał i ich przekupić. Za nic mieli jego wysokie urodzenie, za nic honor i przysięgi. Najbardziej jednak obawiał się o bezpieczeństwo dziewczyny. Julia… Cichoręki nie miał jej porywać. Książę z pewnością był niezadowolony, kiedy zamiast głowy dowódcy dostarczono mu kobietę. Han znał następcę tronu od pewnego czasu, na tyle długo, aby obawiać się jego reakcji. Eleyas z pewnością jej nie zabił, doskonale zdając sobie sprawę, że on, Hantalith, ruszy damie na ratunek. Ale mógł ją skrzywdzić. Zaklął pod nosem, podejmując kolejną próbę wyswobodzenia się z kajdanek. Dziewczyna nie była niczemu winna, dała mu schronienie i obdarzyła zaufaniem. A on ściągnął na nią tyle nieszczęść, aep arse!

Strażnik w niebieskim mundurze drgnął gwałtownie i w dwóch skokach znalazł się przy nim. Coś się działo w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się ściana. Na ich oczach mur zaczął powoli znikać, zamieniając się w roziskrzoną, srebrzystą tafle lustra, złożoną z tysiąca migotliwych kawałków, które nieustannie zmieniały swoje położenie. Po chwili w obłoku srebrnego pyłu wynurzyła się postać Laiama. Ciało młodego elfa nadal znajdowało się po drugiej stronie. Puder osadzał się na jego szacie niczym szron.
– Cccooo się dzieje!?- Strażnik wyciągnął w kierunku przybyłego czarną pałkę, która wyraźnie podrygiwała w rytm jego ciała. – Kim jesteś? Skąd się tu wziąłeś?

Ciemnowłosy przybysz jakby od niechcenia machnął ręką. Strażnik krzyknął i wypuścił z dłoni czarną żmiję, która upadła na ziemię i szybko popełzła gdzieś pod stół.
– Wieje zimny wiatr, bracie. Czas wracać.- Wyciągnął dłoń do Hana. Kajdany opadły na ziemię.
– Mój miecz- wychrypiał, zatrzymując się przed portalem. –Zabrali mi miecz…
– Nie mamy czasu. W domu znajdziesz nową brzytwę.
Odwrócili się plecami do roztrzęsionego strażnika i postąpili ku migoczącej powierzchni portalu. Ramię w ramię, objęci, jakby wracali z pola bitwy.

***
Lustrzana ściana pękła na milion kawałków, odsłaniając obłażącą z zielonej farby ścianę. Nogi ugięły się pod strażnikiem. Zerknął w kierunku schowanej pod stołem żmii tylko po to, aby zobaczyć swoją własną pałkę. Później sprawdzono nagrania z kamery w pokoju przesłuchań. Twierdzono, że zaginęły, tak samo, jak akta sprawy i zdjęcia z ruin. Wieczorem, przy własnym komputerze, Czaplicki obejrzał nagranie. Przez trzy minuty z monitora wylewała się jedynie srebrzysta poświata, którą zakończył obraz siedzącego w rogu strażnika, dokładnie tak, jak go znaleźli.

***
Ledwo przekroczyli próg portalu, Laiam wypadł spod jego ramienia. Spojrzał zdziwiony, a widok zmroził mu krew w żyłach. Biały piasek plaży szybko nasiąkał krwią. Natychmiast znalazł się przy nim, szukając rany, próbując zatamować krwawienie.

– Posłuchaj…- Młodzieniec wyciągnął ku niemu dłoń i silnie złapał go za rękaw. – Kiedy odszedłeś, Eleyas zabił króla. Ja widziałem…- Zakaszlał gwałtownie, obsypując Hana kroplami szkarłatu. – On na to czekał. Czekał, żebyś wyruszył. Sam podsunął Roibhilínowi pomysł z otwarciem przejścia.- Laiam mówił coraz ciszej. Hantalith pochylił się ku jego ustom, starając się uchwycić każde słowo. –Obarczył winą ciebie.
– Dziewczyna! Co się stało z dziewczyną?- krzyknął, szarpiąc poły szaty leżącego.
– Las N’ogg… Bezpieczna…- Odnalazł jego dłoń i ścisnął mocno. Po chwili jego palce rozwarły się, a coś zimnego opadło na skórę Hana. Podniósł przedmiot, żeby lepiej mu się przyjrzeć. Mała tarcza z trzema srebrnymi gwiazdkami błysnęła w pierwszych promieniach słońca, które rozświetlały morze barwami zieleni i szkarłatu. Zwrócił twarz ku Laiamowi. Puste oczy elfa wpatrywały się w jaśniejące niebo. Z półotwartych ust ściekała stróżka krwi.

W końcu Hantalith podniósł się. Gdzieś tam ta biedna dziewczyna mogła teraz potrzebować pomocy. Ale królestwo także jej potrzebowało, zdaje się bardziej niż kiedykolwiek. Z ciężkim sercem ruszył wzdłuż plaży w nadziei, że Julia poradzi sobie sama.

***
Przyspieszyła kroku. Tunel zrobił się nagle wyraźniejszy, a szare, kamienne ściany nabrały ostrości. Prawie biegła, co chwilę potykając się i podpierając o ściany, kiedy poczuła pierwsze muśnięcie wiatru na skórze. Poranek otworzył się przed nią i Julia znalazła się w lesie.

Wysmukłe drzewa oplecione szkarłatnymi wstęgami bluszczu rosły gęsto, odsłaniając usianą kawałkami jakiś starożytnych budowli ścieżkę. Gałęzie o lazurowych, długich liściach falowały na wietrze niczym włosy. Słońce wdzierało się tu i ówdzie przez mozaikę koron i pędów, kładąc się ciepłymi, złotymi plamami na ściółce. Małe, niebieskie ptaszki skakały po głowie pozbawionej twarzy muzy, którą do połowy otulił już bluszcz. Przesunęła dłonią po drobnych, fioletowych kwiatuszkach rosnącego zaraz przy ścieżce krzewu, a te zmieniły się w chmarę niewielkich motyli. Zmrużyła oczy, aby dokładniej przyjrzeć się owadom i wtedy dostrzegła małe, liliowe figurki, przyklejone do skrzydełek. Wróżki zawirowały wokół niej i odleciały, obsypując włosy dziewczyny chmurą iskrzącego się pyłu. No cóż, nie tak wyobrażała sobie swoje wakacje, ale lepsze to niż szukanie pracy. Zostawiła znany sobie świat za plecami i powoli przedzierała się przez nieznane, niepewna, co ją jeszcze czeka.

Katarzyna Gdynia

Podziel się

O autorze

Odpowiedz