Dziś wieczorem nie schodzimy na psy – Alexandra Fuller

fuller_nowaNiełatwo jest napisać książkę o dzieciństwie spędzonym w rozpadającym się świecie. Jeszcze trudniej jest opowiadać o tym bez odwoływania się do odniesionych krzywd i obwiniania drugiej strony. Alexandrze Fuller udało się jedno i drugie. „Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” to wspomnienia autorki z czasów, w których biała mniejszość w Rodezji traciła władzę na rzecz czarnej mniejszości. Można próbować wpisać tę opowieść w tak bogaty nurt literatury postkolonialnej, ale jest w niej coś szczególnego. Fuller, urodzona w Anglii, w której spędziła  zaledwie pierwszy rok życia, czująca się Afrykanką i traktująca Afrykę jako swoją prawdziwą ojczyznę, prowadzi narrację na dwóch poziomach. Jednym z nich jest opisanie przeżyć jej rodziny i jej samej w ogarniętej wojną domową Rodezji, licznych przeprowadzek wywołanych biedą, wojną domową i poczuciem zagrożenia,  a nawet konfiskatą majątku. To również poruszające wspomnienia codziennego życia na farmach w trzech afrykańskich krajach, na jakie rozpadła się Rodezja: Zimbabwe, Malawi i Zambii, rodzinnych tragedii – śmierci siostry i dwóch braci, kłopotów z alkoholem matki, jej załamania nerwowego i choroby psychicznej, edukacji w szkołach dla dzieci białej elity.

Zresztą szkoła to dla Fuller symbol opresji – wraz z metodami pedagogicznymi rodem z wiktoriańskiej Anglii i szkolnym apartheidem, który zostaje zniesiony dopiero po zdobyciu niepodleglości przez Zimbabwe, likwidując podział na szkoły dla dzieci  białych i czarnych. Opresja, przymus i uwikłanie rodzinny Fullerów w burzliwą historię południa Afryki w latach 70-tych i 80-tych XX wieku wyznacza drugi poziom narracji. Autorka analizuje ewolucję swojego nastawienia do czarnych Afrykańczyków i kolonialno-niewolniczej tradycji kontynentu. Zdaje sobie dobrze sprawę z faktu, że jest potomkinią najeźdźców, ale równocześnie uprzywilejowanej warstwy Białych, uważających się za bardziej cywilizowanych, kulturalnych, pogardzających wszystkim, co związane z tradycją kulturową rdzennych Afrykańczyków: ich obyczajami, tradycjami, obrzędami, muzyką i sztuką. Fuller nie kryje tego, że poglądy jej rodziców określić można jako rasistowskie, a i ona sama początkowo widziała w czarnej ludności jedynie służących i robotników rolnych. Ci ludzie należą do wrogiego świata, który jest obcy autorce i jej otoczeniu. Dopiero po latach Fuller spróbuje ich zrozumieć, poznać i polubić. Zaczyna sobie zdawać sprawę, czym spowodowany jest ich stosunek do białych ludzi. Jej obserwacje są podobne do tych poczynionych przez Ryszarda Kapuścińskiego w „Hebanie”: „(…)Tutaj, w Afryce, stawało się to wyznacznikiem najważniejszym, a dla prostych ludzi -jedynym. Biały. Biały, czyli kolonialista, grabieżca, okupant. Podbiłem Afrykę, podbiłem Tanganikę, wyciąłem w pień plemię tego, który akurat stoi przede mną,jego przodków. Zrobiłem go sierotą. W dodatku sierotą upokorzonym i bezsilnym. Wiecznie głodnym i chorym. Tak, kiedy patrzy teraz na mnie, to właśnie musi myśleć: Biały, ten, który mi wszystko zabrał, bił dziadka batem po plecach, gwałcił moją matkę. Masz go teraz przed sobą, przypatrz mu się!” Jedynym dziedzictwem kolonializmu i apartheidu  staje się poczucie winy i pragnienie kary. Misja cywilizacyjna okazuje się jedynie funkcją polityki, kłamstwem pozwalającym przez dziesięciolecia utrzymać się Białym przy władzy. Mała Bobo już wie, że to okrutne panowanie białego człowieka dobiegło końca, ale równocześnie próbuje ułożyć sobie stosunki z nowo powstałym światem. Do pewnego stopnia jej się to udaje, chociaż tradycja i wychowanie wiążą ją wciąż z tradycjami białej ludności Afryki i dychotomicznego społeczeństwa starej Rodezji.

W tym miejscu aż narzucają się skojarzenia z postkolonialną literaturą dotyczącą polskich kresów. Tu i tam występują podobne motywy: rozpad, chaos, ucieczka, pokoleniowe rozszczepienie pamięci: poczucie utraty u dorosłych połączone z tęsknotą do „starych dobrych czasów” i zdumiewająca zdolność adaptacji wykazywana przez dzieci. Spotkanie z Innym, którym są rdzenni Afrykańczycy, budzenie się seksualności, szukanie nowego miejsca w życiu, przezwyciężenie izolacji w książce Fuller nabierają wymiaru fascynującej przygody, odkrywania nowych terytoriów. W przeciwieństwie jednak do losów polskich kresowych ekspatriantów „Dziś wieczorem nie schodźmy na psy” to historia ze swoistym happy-endem. Sama autorka podsumowuje ją słowami „To nie jest powieść polityczna ani historia Imperium Brytyjskiego. To opowieść o tym, jak pewna Afrykanka pogodziła się ze skomplikowaną historią swojej rodziny, to historia miłości do tego kontynentu”.

Ewa Glubińska

Tytuł: Dziś wieczorem nie schodźmy na psy. Afrykańskie dzieciństwo
Autorka: Alexandra Fuller
Przełożyła: Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo: Czarne
Ilość stron: 352

About the author
Ewa Glubińska
historyczka, feministka, wielbicielka herstories pisanych przez życie i tych fikcyjnych również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *