Człowiek yakuzy – Jake Adelstein

Amerykański dziennikarz zebrał losy kilku prawdziwych bossów yakuzy i na ich przykładzie przedstawił, jak z szanowanej, kierującej się kodeksem organizacji stała się kolejną grupą opryszków i bandytów. Kiedyś fani yakuzy zaczytywali się w poświęconym jej czasopiśmie, teraz nawet domy pogrzebowe odmawiają obsługiwania klientów powiązanych z przestępcami.

Opowieści o honorowych gangsterach to często fikcja literacka. Bajki o tym, jak to bandyci okradali tylko bogatych i pomagali biednym, kierując się jakimiś moralnymi zasadami, nie mają wiele wspólnego z prawdą. Chyba że mówimy o Japonii, gdzie nawet samobójstwo (seppuku) musi być wykonane we właściwy sposób. W kraju gloryfikującym hierarchię i organizację wydaje się, że nawet formacja przestępcza musi charakteryzować się określoną strukturą i kodeksem. I na początku rzeczywiście tak było.

Yakuza długo pozostawała w komitywie z ugrupowaniami prawicowymi, większość frakcji ma nawet własne, legalne odłamy, dzięki którym może pobierać „składki”, czyli… haracze. Jednocześnie jednak, w imię pokrętnej, gangsterskiej logiki, pieniądze te miały umożliwić członkom gangu niesienie pomocy zwykłym obywatelom. Prawdziwy yakuza powinien pomagać tym gorzej sytuowanym i rozwiązywać problemy lokalnej społeczności. W tej relacji najważniejszy był wzajemny szacunek – zwykły obywatel mógł podkreślać swoje więzi z yakuzą, pokazywać się z gangsterem w miejscach publicznych, co dawało mu uznanie w oczach innych. Nawet policjanci uznawali, że odwiedziny ze strony yakuzy są w dobrym guście. Nowy szef policji powinien zostać przywitany przez lokalnego gangstera, a ich wzajemne interesy z góry przedstawione, tak by nie wchodzili sobie w drogę.

Jak to jednak bywa z każdą organizacją (legalną lub nie) opartą na finansowaniu zewnętrznym, kiedy pieniądze przestają płynąć, również wartości idą w odstawkę. Gdy w styczniu 1964 roku opracowano Plan Przeciwdziałania Brutalnym Przestępstwom, wiadomo było, że zmiany są nieuchronne. I chociaż yakuza nadal działała, często kryjąc się za legalnymi biznesami, cieszyła się coraz mniejszą estymą. Pozbawieni takiej swobody gangsterzy stawali się coraz bardziej nerwowi, sięgali po narkotyki i wyładowywali się na biedniejszych, których mieli chronić. Starsi członkowie próbowali bronić kodeksu, jeszcze w 1993 roku optowali za tym, żeby każdy, kto zrani lub zabije cywila bądź policjanta, został zdegradowany, albo nawet wyrzucony z organizacji. Jednak z czasem i takie pomysły sobie darowano, zysk był najważniejszy. Ponieważ nawet szeregowi członkowie muszą płacić składki, nikogo nie obchodzi, skąd biorą środki.

Yakuza na podstawie którego Adelstein stworzył Saigo, bohatera tej książki, zrobił, co w jego mocy, by organizacja się go pozbyła. Życie gangstera okazało się dla niego zbyt stresujące. Co ciekawe, to nie kule czy ostrza zabijają gangsterów, ale właśnie choroby, będące rezultatem tego wyniszczającego stylu życia.

Tytuł: Człowiek yakuzy

Autor: Jake Adelstein

Przekład: Barbara Gutowska-Nowak

Liczba stron: 316

Rok wydania: 2018

Wydawnictwo: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

About the author
Łukasz Muniowski
Szef działu recenzji książkowych. Doktorant w Instytucie Anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Autor artykułów naukowych o koszykówce, grach video, serialach, gentryfikacji i literaturze. Ma trzy psy. Chciałby mieć świnię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *