Czarodzieje koni – Krzysztof Czarnota

0

CZARNO

Kiedyś stwierdziłem, że ujeżdżanie koni jest lepsze od orgazmu, i wierzcie mi, coś w tym jest  – przekonuje autor już na początku swojej opowieści. Ja tam nie wierzę, ale niech mu będzie – mamy bowiem do czynienia z prawdziwym pasjonatem.

Do rzeczy. Zaczęło się od wypalenia zawodowego, marazmu czterdziestolatka i zasłyszanej przypadkiem historii pewnego kindżału. Później pojawiło się jeszcze kozackie siodło, a także dziennik tajemniczego atamana. Dziwne zestawienie, to prawda, ale tak rozpoczyna się opowieść. Opowieść o ukraińskich stepach i arabskich pustyniach, o ludziach z wielką pasją i romantykach, odkrywcach i niespokojnych duszach. A przede wszystkim opowieść o miłości do koni.

O  tym opowiada nam ze swadą godną prawdziwego miłośnika Krzysztof Czarnota. Kim jest autor książki, dowiadujemy się już na samym początku: to hodowca arabów, a także swoisty behawiorysta, który zajmuje się trudnymi przypadkami wierzchowców.

Główną osią książki jest historia atamana Tutkaluka – oficera armii Budionnego – która robi na autorze tak wielkie wrażenie, że decyduje się on  objechać Ukrainę śladem tegoż. Co ma wspólnego kozacki ataman ze współczesnym behawiorystą? Otóż podobnie jak Czarnota był wielkim miłośnikiem koni. Dlatego obsesja, z jaką autor podąża tropem Tutkaluka, po pewnym czasie przestaje dziwić.

Co ciekawe, nie mamy tu do czynienia z prozą podróżniczą ani reportażem, ani powieścią drogi. Raczej  swoistą mieszanką. Trochę tego, trochę tamtego, nawet obyczajówka się znajdzie. Na szczęście elegancko poprowadzona narracja spaja ten gatunkowy miszmasz spaja. Czarnota częściowo opisuje swoje doznania z wycieczki po ukraińskich miastach i miasteczkach, kiedy indziej cofa się w czasie i opowiada o czasach szlacheckich, o ziemianach hodujących konie, o ich wyprawach na arabskie pustynie, dorzucając wiele historycznych smaczków. I te opowiastki są najmocniejszą stroną książki. Autor buduje w nich napięcie, trzyma się zasady „pokazuj, a nie opisuj”, dzięki czemu bohaterowie są żywi, barwni, charakterni, a pomiędzy nimi rozgrywają się prawdziwe dramaty. Oto hrabia Dzieduszycki musi uciekać z obozu półdzikich Beduinów, pomaga mu w tym wierny kozak Mykoła.  Innym razem stajemy się świadkami szalonych przygód Wacława Rzewuskiego, który emigruje na Półwysep Arabski w poszukiwaniu najlepszych, najszlachetniejszych koni. Czytamy o cesarzu Austrii, zachwycającym się polskimi stadninami.

Oprócz tych fascynujących historii Czarnota wplata w opowieść obrazki ze swojego życia codziennego, które, owszem, mają swój urok i mogą zachwycać prostotą, ale niestety, miejscami autor popada w samozachwyt. Czarującym tego  wyrazem jest stosowanie formy pośredniej, czyli cytowanie pochwał od swojej żony, Marysi: Pięknie o tym opowiadasz, mogłabym słuchać cię całymi godzinami. Aha. W ogóle dialogi Czarnoty z Marysią przypominają trochę scenariusz do „Barw szczęścia”. Dochodzi do tego jeszcze denerwująca maniera wyrażania przez Czarnotę zdania na tematy, które odbiegają od głównego wątku, nie wnoszą nic nowego do tekstu, a jedynie obrazują światopogląd autora. Dowiadujemy się więc, że nie przepada on za Zachodem, a telewizyjnych kucharzy wręcz nie trawi.

I to właściwie jedyne mankamenty książki. Co do całej reszty z ukłonem trzeba przyznać Czarnocie, że bardzo plastycznie opisuje wszystko, co związane z końmi, dlatego myślę, że w lekturze „Czarodziei…” odnaleźliby się nie tylko pasjonaci zwierząt, kozaczyzny, stepów czy Wschodu w ogóle, ale też autorzy beletrystyki, w której występują konie, lecz nie robią nic więcej tylko skubią trawę – bo nic innego wspomniani autorzy wymyślić i napisać nie potrafią. Czarnota was nauczy.

 

Tytuł oryginalny: Czarodzieje koni

Autor: Krzysztof Czarnota

Liczba stron: 312

Rok wydania: 2017

Wydawca: Zysk i S-ka

Podziel się

O autorze

Ewa Jezierska

studentka kulturoznawstwa. Pasjonatka polskiej fantasy. Aktualnie mieszka w Warszawie, blisko nadwiślańskiej plaży, gdzie spędza swój czas wolny. Współpracuje z Księgarnią Warszawa oraz kolektywem fotograficznym Gęsia Skórka. Okazjonalna graczka Warcrafta i miłośniczka scrabbli.

Odpowiedz