CYKL OPOWIADAŃ: Katarzyna Zwolska-Płusa – Ten drugi biegun

0

18361052_1560282124016132_950141906_n

MAGNOLIE

Drogi Sebastianie,

piszę ten list przerażona. Wczoraj wykazałeś, że zwierzęta nie mają duszy. Teraz jestem w tym pokoju całkiem sama, bo kot, Magnolia, to tylko kilka tkanek. Wierzę Ci. I boję się. Być jedyną duszą w zasięgu metrów to duże wyzwanie. Czy mógłbyś pomodlić się za mnie? Ciebie to nic nie kosztuje, Sebastianie, a ja tej swojej unikalnej duszy nie chcę nadwyrężać.

Piszę ten list przerażona. Zrozumiałam, jaka ona będzie. Zupełnie inna niż ja. Nie powinna mieć nawet mojego wzrostu, musi być niższa, o wiele niższa! Czekaj, pozwól mi ją sobie wyobrazić.

Ewa albo Marysia. albo Małgosia. Metr sześćdziesiąt, płowe włosy – koniecznie proste, nie takie jak moje. W lokach mieści się za dużo sekretów, loki są pokrętne z natury. Toteż będzie mieć pszeniczne, proste włosy i koniecznie kołnierzyk. Zapinany pod szyję, skromny, wyprasowany kołnierzyk. Nie, Sebastianie, nie kpię. Ja podziwiam. W kołnierzykach duszę się, szarpię, bo nie umiem znieść granic… nawet granic ubioru, które oddzielają głowę od reszty ciała. Moja pierś musi być odsłonięta, tak jakbym żyła na pustyni. Sebastianie, ja żyję na pustyni. Wciąż jest mi gorąco, zlewam się w jedno. Pamiętasz te maski? Przywiozłam je z Ghany. Denerwowały Cię, bo potem już wszystko kupowałam w tym klimacie – moskitiery, żyrafy, naczynia. Z każdym tym przedmiotem robiło się  coraz cieplej. Musiałam zrzucać z siebie kolejne warstwy ubrań. A Ty pociłeś się – i spinałeś. Aż musiałeś odejść.

PS Przyprowadziłeś ją. Czemu ona mówi tak cicho? Czy nie wie, że słowo musi być wypowiadane głośno i wyraźnie, by je dać światu nienaruszone? Czy chciałabyś mieć dziecko bez rąk albo nóg, Sebastianie? Nikt przecież nie wyobraża sobie swojego dziecka zdeformowanego. Słowa są zmuszane, by wyjść na świat przez usta. Wargi i wargi sromowe… myślisz, że to przypadek? Usta, tak samo jak pochwa różowe i wilgotne, tak samo jak ona zamieszkałe przez niezliczoną ilość bakterii i okropieństw są bramą treści, cholernie trudną drogą! A Ty przyprowadzasz ją, pokazujesz mi i chcesz, bym zrozumiała. Jak można nazywać siebie kobietą – i mówić tak cicho?! Z niej się nic się nie urodzi, Sebastianie.

Sebastianie,

podobno niemodne jest już pisanie o traumach. Dziś trzeba wyjść na zewnątrz i pisać tak, by czytelnik mógł poczuć się jak w uniwersum. Rzeczywistość powinna jawić się jako estetyczna – włączając w to nawet estetykę brzydoty, ale, broń Boże, traumatyczna (w indywidualnym wymiarze traumy). Trauma może dotyczyć grup społecznych, państw zachodnich, nie ciebie. Ty możesz pisać o pierwszym seksie, o krwawieniu dziewiczym nawet, ale nie wolno ci przyznać, że mogło boleć – i to przez całe dwadzieścia lat.

W moim bloku był pedofil. Upośledzony umysłowo. Molestował mnie. Ale zgodnie z obecnym trendem w literaturze powinnam napisać, że dzieciństwo w PRL-u to obite kolana, akrobacje na trzepakach i chleb z cukrem.

Spróbuję jeszcze raz: chciałabym napisać o dziewczynce. Miałaby kilka, kilkanaście i kilkadziesiąt lat. Chciałabym napisać o dziewczynce, mając nadzieję, że obie dobrniemy do staruszki (czy polecałam ci już Tańczącą z wilkami?). Że nie zabije jej rak, samochód czy Pan Bóg.

Dziewczynka chciała kiedyś, by Pan Bóg ją zabił (Pan Bóg nie był czarną chmurą mistycyzmu, lecz kimś w rodzaju operatora kamery). Kiedy miała osiem lat i bawełniany czerwony golf, zażądała, by ja do siebie zabrał:

– Po drugiej stronie musi być znaczenie ciekawiej.

– Po drugiej stronie wszystko widać jak przez soczewkę. Ludzie mają znacznie większe głowy.

– Moja głowa już jest znacznie większa.

– Nie zauważyłem.

– Weź mnie do nieba. Ale nie teraz, za cztery lata.

– Co chcesz robić przez te cztery lata?

– Udowodnić ci, że moja głowa jest naprawdę duża, chociaż nie widać.

Dziewczynka wbijała sobie do niej różne rzeczy: na przykład to, że niebo jest soczewką i że myśl musi się gdzieś kończyć. Często kładła się na wersalce w swoim czerwonym golfie (który dusił ją), szukając końcówki myśli.

Dziewczynka miała lalkę z krzywo namalowanym okiem i misia z piszczałką w brzuchu. Chcę, byś miał jasność, że poza Panem Bogiem, końcówką myśli i wielką soczewką nad głową dziewczynka była dzieckiem.

Była dzieckiem i to podobało się panu Waldkowi. Pana Waldka nie interesował Bóg, wielka soczewka, eksperymenty myślowe, ale drobne, porośnięte puszkiem ciałko. Pan Waldek pił denaturat, nadużywał też dziewczynek.

Po latach dziewczynka dowie się, że był upośledzony i że nie można go winić.

Sebastianie,

kiedyś na byciu w takim miejscu można było zarobić. Weźmy chociażby Sylvię Plath. Pisałam Ci, że dziś trauma jest już niemodna? Żebym chociaż urodziła się podczas wojny, żebym była chociaż ukrywana w piwnicy u polskich chłopów. Taka żydowska trauma byłaby usprawiedliwiona. Ale ja urodziłam się po. I moja trauma z tą żydowską nie ma nic wspólnego. A Ty, Sebastianie? Czy odczuwasz swoje żydostwo jako problem? Oczywiście, że nie. Teraz kiedy stało się modne? Teraz kiedy poderwałeś „tę Basię” na cadyków?

Czytałam Opowieści chasydów, które mi przyniosłeś. Wiesz, ja mam problem z mistyką. Lekarz mówi, że to nietypowe, że mistyka i wariat to jakby to samo. Ale ja mam ewidentnie problem z mistyką. Wszędzie widzę ciało, materię i procesy, które ograniczają się właśnie do ciała i materii. Żeby żyć, trzeba jeść, kochać się, wydalać. I to jest cała tajemnica. Coś jak u Lipskiego. Lipski poznał tajemnicę. Człowiek i klozet – to wspaniały związek, który nie potrzebuje słów, a jedynie produktów przemiany materii. Wiesz. jak Emil się modlił? Ten z Niespokojnych? W kiblu. Siedział (wyobrażam sobie, że na sedesie) i modlił się o dziewczynę. A do Boga mówił tak samo jak do swojego psa. Na znak przymierza między nim a Panem (który nie był czarną chmurą mistycyzmu) skrobał na ścianie rożne znaki i napisy. Potem kolejne warstwy jego życia pokrywała farba i trzeba było się dokopywać do głębi, bo świętość właśnie z głębi pochodzi. Ale to nie jest, Sebastianie, świętość, o której Ty myślisz. To moja świętość i Lipskiego. Świętość, która wychodzi z brzucha, która jest jak poród, która jest do skraju wewnętrzna i którą każdy z nas nosi. To materia – cała tajemnica.

Ale wracam do traumy, która staje się dla mnie coraz większym kompleksem. Trauma nie jest już romantyczna ani praktyczna. Szpital psychiatryczny wygląda dobrze jedynie w serialach albo horrorach. Tutaj nie da się stworzyć literatury, bo ci ludzie to indywidua z traumami. A trauma przeczy literaturze. Sebastianie, ja mogłabym napisać coś zabawnego i mistycznego nawet. Wieczorami siaduję w oknie i spisuję historię ośrodka Dębowa Przystań w formie anegdot. Zdarza mi się pisać całymi nocami i nieraz orientuję się, że prawda zaczyna przeradzać się w fikcję – szczególnie gdy przekraczam magiczną granicę północy. Ożywiam w swoich opowieściach ludzi, którzy nie mogli żyć w opisywanych czasach, bo albo się jeszcze nie narodzili, albo już dawno zmarli; wykrzywiam miejsca, których proporcje ulegały zachwianiu – Julianów staje się centrum świata, a Dębowa Przystań rozległym labiryntem, albo organizmem, wnętrzem mojego ciała, fraktalem, który wielokrotnieje za każdym razem, gdy próbuję przestać pisać. Tak powstaje z moich rąk niespełna dwustuletni wszechświat stworzony z materii prawdy i energii wyobraźni. To przez wariatów. Mają tu pacjentów każdego rodzaju – takich, którzy kogoś stracili i takich, którzy boją się straty; tych, którzy muszą pozbierać się po poważnych chorobach i tych, którzy hipochondrycznie badają każdy milimetr swojego ciała, by uniknąć choroby; takich, co widzą duchy oraz takich, co duchami niemal są. Mają tu anorektyczki oraz nieumiarkowanych w jedzeniu i piciu, są tu roztrzęsieni i ryzykanci; wykształceni i odnoszący sukcesy obok społecznej patologii; bezpłodni i wielodzietni, sieroty i eurosieroty, kobiety po aborcji i dorosłe dzieci, które pragnęłyby zostać usunięte…

W roku 1815 Fridrich Zamberg, niemiecki przedsiębiorca bawełniany, wybudował neogotycki pałac, w którym mieści się wszystko…

Sebastianie,

gdzieś przeczytałam, że kobiety są jak magnolie. Że mają kusić zapachem i wiele obiecywać, ale ich piękno szybko przemija. A potem leżą na ziemi (wiesz, te płatki, które zbierałeś. jak byłeś mały) i kończą się.

Możliwe, że kobiety są jak magnolie. Poprawiają wygląd świata. Mają „zwartą lub świetlistą koronę” (za Wikipedią). Zwarta jest wtedy, gdy ludzie nie dają nam szansy się otworzyć. Bo od dzieciństwa musimy uważać – na kolana, sukienki, na panów Waldków i innych, którzy mają dostęp do naszego ciała. A zawsze mają (nie wiem, czemu tak jest, chyba się po prostu utarło). Świetlista korona jest wtedy, gdy dostajemy wolną rękę, równię praw, kiedy wycięty biust albo jajnik nie oznaczają końca naszego świata.

W naszym ośrodkowym parku rosną magnolie, więc wysyłam Ci jeden taki płatek. Taką część umierającej kobiety. Mam nadzieje, że Ci się spodoba.

PS Doktor mówi, że to przez pana Waldka chciałam mieć Ciebie jak mężczyznę. Że mi osobowość rozwalił.

Sebastianie,

miłość jest taka banalna. Próbowałam nigdy o niej nie pisać. Są dziś dwie niemodne rzeczy – trauma i miłość. Owszem, można pisać o jakichś dziwnych, zawiłych relacjach, ale nie o miłości. Zwłaszcza w poezji. Wiersz miłosny? Dziś? Obecnie należy celebrować rzeczywistość, byleby była daleko od ciebie.

Piszesz „tej Basi” wiersze? Pewnie nie. Teraz tylko Bóg zasługuje u Ciebie na wiersz, prawda? Odkąd się nawróciłeś (ale czy można się nawrócić na coś, czego się wcześniej nie znało?), jesteś monotematyczny. Bóg jest wszędzie. Więc dlaczego zdenerwował Cię fragment poprzedniego listu o klozecie? Bóg jest wszędzie, ale nie w gównie? Pozwól, że odniosę się do tego, co napisałeś. Piszesz: „Sacrum nie jest tym samym, co profanum”. Pierwszy fałsz. Jak chcesz zostać Żydem, skoro nie widzisz, czym jest Biblia hebrajska? Przecież to nawet Levinas zauważył, że judaizm ukazuje sacrum jako część profanum, a raczej to, że sacrum zawsze jawi się w związku z profanum, pośród profanum i często poprzez profanum. A obozy? Getta? Nie było tam świętości? Albo świętość miała swoje wytyczone miejsca? Nie. Świętość ukazywała się pośród grzechu, winy niezawinionej, pośród wszelkiego zła i była z tym złem połączona tak, że czasem nie dało się odróżnić. A Ty mi piszesz, że tam, gdzie sacrum, nie ma miejsca na profanum! A Heschel, który twierdzi, że wszystko jest święte, oprócz grzechu, ale że i sam grzech ma w sobie zarodki, by stać się sacrum? A Rosenzweig? Chcesz być Żydem, który stosuje przestarzałe diadyczne rozumowanie, przeciwstawiające sacrumprofanum? Jakim Żydem chcesz być? Jak Twoja Batia? Jeść koszernie, nie włączać światła w sobotę? Do synagogi chodzić piechotą? Myślisz, że to wystarczy? Ja znam inną Batię, tę z opowiadań Amiel. Wychowywała się w klasztorze, a potem już wszystko było w jej życiu ciemne. I wierz mi, próbowała żyć w sacrum. Wyszła za mąż, urodziła dzieci… Świętość, którą Ty popierasz, jest tak słaba, że nie umie zwyciężać. Batia zostawiła rodzinę, wstąpiła chyba do buddyjskiej sekty, a potem umarła w przytułku dla narkomanów. Ale wiesz, czym się różni Batia od „tej Basi”? Batia była prawdziwie święta, bo jej świętość oznaczała poszukiwanie. A czego ta Twoja Basia poszukuje, skoro już wszystko wie? To drugi fałsz, Sebastianie. Jeśli kiedyś powiem Ci, że poznałam prawdę absolutną, zabij mnie.

PS To bycie Żydem przejdzie Ci. Moda jest teraz taka. Czytałam u Reszke. A są i tacy, którzy trzecie pokolenie nazywają chorobowym. Że to psychologiczne jest i niezdrowe. Wyczuwam, że u Ciebie to również jakiś objaw.

Kochany,

podobno byłam chora od kilkudziesięciu lat. Kilkudziesięciu! Nie schizofrenia, a ChAD. Czy to nie wszystko jedno? Leki i tak dostaję te same.

Jest tu taka Magda, mówimy na nią Magnolia, bo całymi dniami przesiaduje na ławce obok krzewu magnolii. Płatki magnolii są gładziutkie jak skóra dziecka. A Magda nigdy nie będzie mieć dzieci. Oczywiście chciałaby. Magda jest też całkowicie wyłączona spod kategorii cudu. Często słyszy się o ludziach, którzy starali się wiele lat, ale stał się cud i z łona wyskoczyła wielka różowa kulka z przeciągłym roszczeniem na ustach. Magda Magnolia ma wyciętą macicę wraz z przydatkami. Magdy nie spotka cud i Magda zakończy wielowiekową historię rodziny Zambrzyckich, bo jest jedynaczką. Czy wyobrażasz sobie, co ona czuje? Zakończy wszystko. Cała pamięć genetyczna tej szlacheckiej rodziny przepadnie razem z Magdą. Wszystkie te dostojne babki, bohaterscy dziadkowie, dwory i sejmiki. Wszystko to przepadnie z powodu drobnej Magdy, która obgryza paznokcie do krwi (jednego już prawie nie ma).

Magda zwariowała po histerotomii. Magda tęskni za dzieckiem, którego nie było i nie będzie. Magda nie ma żadnego zaczepienia w materii, bardzo jej współczuję. Wiesz, czego jej naopowiadał jeden terapeuta chrześcijanin? Że można być płodnym duchowo. Duchowo, wyobrażasz sobie? Że ci, którzy nie mogą lub z powodu powołania do kapłaństwa, są rodzicami w sensie duchowym. Co za bzdura! Magda też zaczęła się śmiać. Śmiała się przez trzy dni i wzięli ją do szpitala.

Sebastianie, z dwojga złego cieszę się, że nie wybrałeś chrześcijaństwa, bo bym tego nie przeżyła. Judaizm chociażby pozwala się rozwieść z kobietą bezpłodną. Pamiętaj, w razie czego.

Sebastianie,

lubię Magdę Magnolię, bo jest wybrakowana, pustawa (w sensie fizycznym) i pozbawiona czegoś. Magda Magnolia nie ma już tego paznokcia, nie ma macicy z przydatkami, nie ma dziecka i nie ma perspektyw. Chyba trochę się zakochałam w Magdzie Magnolii.

Muszę Ci jeszcze coś o niej napisać. Magda Magnolia uroiła sobie, że jest syreną. To było niedługo po pierwszej operacji, gdy wydawało jej się, że to, czym się stała od pasa w dół, jest nieludzkie. I oto Magda leży w szpitalu, lekarz oznajmia, że dzięki jego rękom uniknęła śmierci, ale również na zawsze stała się bezpłodna. Leżała bez ruchu całą noc i płakała. Nad ranem przyszła rehabilitantka, by rozruszać jej nogi i pomóc usiąść. Odsłoniła kołdrę i krzyknęła przerażona – zamiast nóg Magda Magnolia miała rybi ogon! Stała się pół kobietą, pół potworem. Nie umiała chodzić, to oczywiste. Na kwetiapinie jej przeszło, ale nadal jest doskonałym przykładem półkobiety. Mam ochotę wessać się w jej brak i się tym brakiem do granic wypełnić (to się da zrobić, gdy jest się mną).

I wiesz, nie tylko Magda Magnolia mi się ostatnio przydarzyła. Adam samobójca. Adam samobójca popełnił samobójstwo. Zeskoczył z dachu wschodniego skrzydła. Kompletnie nie wiem, jak się tam dostał. Kiedy to się stało, zaczynałam jeść zupę (czy rozumiesz to – wreszcie wzięłam zupę w stołówce, po kilkunastu miesiącach przekonywania mnie, że jest zdrowa, zamówiłam to pseudojedzenie i wtedy…).

Leżał tam rozpłaszczony i pachniał jak pomidorówka. Zdałam sobie sprawę z ogromnej różnicy pomiędzy „pachnieć jak pomidorówka” a „pachnieć pomidorówką”. Ta zupa jeszcze ujdzie. I gdyby, no nie wiem – zalał się nią, albo gdyby ją przed chwilą jadł – ta woń miałaby rację bytu. Mogłoby mi się to nawet podobać. Ale świadomość, że liczne zapachy jego płynów ustrojowych całkiem przypadkowo zawiązały się w ten właśnie swąd, była nie do zniesienia. Szybko się oddaliłam. Ale zupy już tego dnia nie jadłam, mimo że krupnik był.

Ale wiesz, że Magda Magnolia i Adam schizofrenik to nie są jakieś typy ludzkie, jakieś maski/role? O nich nie dałoby się zrobić filmu, nie dałoby się dobrać aktorów, rozpisać jako postaci. To zupełnie nie są postacie ani nawet osoby. Są jakąś częścią mnie, bo sobie ich zinternalizowałam w procesie wolnego wyboru i naturalnej selekcji.

PS Adam schizofrenik myślał, że jest czarną dziurą i pochłania światło. To oczywiste, dlaczego go sobie zinternalizowałam.

Sebastianie,

lubię kobiety. Najbardziej Magnolię. Magnolia wraca do Przystani od lat (zaznacza, że nie mogłaby nie wracać do miejsca nazywanego przystanią, pomimo ponad trzydziestokilometrowej odległości od najbliższej wody). Jest dowcipna. Wraca, wdrapuje się na Wzgórze Zamkowe, na którym nie ma zamku, i śmieje się w głos. Bo rozumie brak. Z tym że jest delikatna, a ja nie. Przez to stroni od mojego towarzystwa. Kiedyś wprost zapytałam ją dlaczego. Powiedziała, że jestem koszmarną rozmówczynią. Magnolia nie jest jednak delikatna.

Lubię patrzeć na jej wygryzione paznokcie i krótkie włosy. Tak jakby robiła tym na przekór innym kobietom z ośrodka, które bardzo dbają o wygląd. I mężczyznom, którzy muszą się nią trochę obrzydzić, by móc przestać o niej myśleć. Magda Magnolia gryzie palce jak kostki, coraz bardziej skraca włosy, ale jest obiektywnie najpiękniejsza.

Chciałabym opisać Ci tych wszystkich ludzi, stworzyć takie obrazki jak u Pilcha w Pod Mocnym Aniołem. Ale tutaj oprócz mnie i Magnolii nikogo nie ma, bo są w nadmiarze. Adam samobójca osiągnął maksimum braku, więc o nim pisać nie mam prawa. To już po prostu nie należy do mnie.

Kochany,

szpitale psychiatryczne są jak pęknięcia w przestrzeni. Jeśli wierzyć, że ma ona jakąś strukturę, miejsce, w którym jestem, to wyrwa. Ludzie zazwyczaj zdają sobie sprawę z jej istnienia, ale skutecznie ją omijają, bo niebezpiecznie i niewygodnie jest się do niej zbliżyć. Istnienie wyrwy w przestrzeni obrasta mitami, budzi lęk, a czasem również wątpliwości co do jej istnienia. Ale te miejsca są i pełnią funkcję punktu odniesienia. Jeśli choroba psychiczna jest brakiem normy, to wszystko „poza” jest normalne. Wyrwa oznacza „w”. Jestem „w” od zawsze. W środku, w głębi, w sobie. Oczywiście, że „poza” to rola, bo każdy z nas był, jest lub będzie chociaż na chwilę „w”. I prawie każdy się boi. Dlatego tak łatwo jest odtrącać tych, którzy byli lub są „w”. „W” jest monstrualne i misterne, schodzi w głąb ziemi jak lej, przebija się jak kolec przez tkankę i dokucza, drażni, wskazuje na miejsca problematyczne. Wariaci, obłąkani, wiejskie głupki, nawiedzeni zawsze coś odsłaniają, a wnętrze jest w swojej naturze paskudne.

Trudno o większy banał niż chora psychicznie, pisząca listy matka Żydówka, Sebastianie? Nie przyznawaj się do mnie. I tak nikt Ci nie uwierzy. Mnie samej trudno żyć z taką śmiesznością, dlatego żyję z pewnymi przerwami.

Sebastianie,

miałam osiemnaście lat, gdy mi Ciebie wycięto. Nie zrozum mnie źle, ale byłeś wtedy trochę jak nowotwór, który się rozrastał. Więc wycięto Cię, oderwano i nigdy już nie czułam się tak wolna, ale i pozbawiona czegoś. Mówią mi, że symbioza, że jakieś Twoje życie, że jakieś granice, przestrzeń osobista. Jak coś wyrasta w nas, jest już na zawsze nasze.

Sebastianie,

każą nam tu pisać życiorysy, jakby nasze twarze nie były wystarczające. Kiedyś to nawet były takie testy psychologiczne. Pokazywało się pacjentowi kartoniki ze zdjęciami osób chorych psychicznie. Było tam wszystko – depresje, psychozy, uzależnienia, upośledzenia (ci ostatni wszyscy wyglądali jak wiejskie głupki). Badanemu kazano wybierać i odrzucać te zdjęcia w kilku etapach. To jedno wybrane, ta jedna twarz mówiła wszystko. To był twój idiota, twój wiejski głupek, wariat, awanturnik. Byłeś nim, miałeś jego objawy, rozpoznanie, zalecenia. Wiesz, ja wierzę w skuteczność testu twarzy. Po co więc pisać te kilkustronicowe życiorysy, skoro twarz wystarczy, skoro można stać się twarzą.

Sebastianie,

tutaj jest bardzo polsko i niemiecko. Myślisz, że to niemożliwe, żeby polsko i niemiecko było w tym samym miejscu i czasie?

Polsko, bo rosną jabłonie – takie dobre do wspinania. I zdziczałe kłosy. I maliny. Niemiecko, bo pałac jest duży, zimny, ale stara się być uroczy. Przaśne ścieżki i eleganckie mury. Rozumiesz to?

Mamo,

Twój lekarz mówi, że nie jest teraz z Tobą najlepiej. Uważam, że powinnaś zostać dłużej w ośrodku. Musisz się odpowiednio odżywiać, więcej spać, kupić coś ładnego. Macie tam sklepiki jakieś, prawda?

Mamo, ja nie rozumiem, co do mnie piszesz. To są sprawy całkowicie mi obce, wierzę że są wynikiem choroby. Postaraj się uspokoić.

Ja nie umiem znaleźć w tym sensu, który Ty widzisz. Nie wiem, o czym jesteś.

Podziel się

O autorze

Kinga Młynarska

Mama dwójki urwisów na pełny etat, absolwentka filologii polskiej z pasją, miłośniczka szeroko pojętej kultury i sztuki. Stawia na rozwój. Zwykle uśmiechnięta. Uczy się życia...

Odpowiedz