CYKL OPOWIADAŃ: Katarzyna Zwolska-Płusa – Ten drugi biegun (IV)

0

18361052_1560282124016132_950141906_n

ENTER PASSWORD

            ***

           To była pierwsza ciepła noc tego roku. Wystarczyło zarzucić na siebie lekki sweter. Tamtej nocy powietrze mogło jedynie delikatnie i przyjemnie wyziębić wierzchnią warstwę skóry, ale nie mnie. Ja siedzę głębiej. Skończyłem drugi rozdział mojej książki o historii Przystani i tak jak stałem, wyszedłem do parku. To oznacza, że świat nie ma właściwie granic, przed którymi trzeba się zmieniać, przebierać, nakładać maski, by móc wreszcie trafić tam, dokąd naprawdę się chce. W ciepłe noce granice nie istnieją, a raczej rozmywają się. Ciepłe noce są dla przygodnego seksu, dla zdrad małżeńskich, dla nowych poczęć, dla poezji, dla śmierci.

           Powietrze dotykało mnie, rozszerzało źrenice i pogłębiało oddech. Miałem ochotę iść szybko. Byłem podekscytowany czymś nieokreślonym – skakałem, by dosięgnąć świeżych liści, wchodziłem na krawężniki, siadałem na chwilę na oparciu ławek. Czułem, że muszę się rozchodzić, rozbujać, wytrząść. Huśtawki na tyłach Przystani. Oczywiście. Były tam takie dwie – nazywałem je koszyczkami z powodu ich wyglądu i funkcji – splecione liny wokół koła tworzyły swego rodzaju leże. Można było usiąść na skraju albo w samym środku, ale najlepiej sprawdzało się leżenie i bujanie – jak w koszyku unoszącym się na wodzie.

       Od razu wiedziałem, że postać na jednej z nich to była ona. Zawsze potrafiła się wymykać. Nie wiem, czy to ta ciepła noc, czy pożądanie albo zwykła ciekawość nie pozwoliły mi odwrócić się i odejść. Stałem przy małym płotku i gapiłem się na Gosię, która rozhuśtana do granic możliwości nie mogła mnie wtedy zobaczyć. Jej długie włosy tańczyły w powietrzu na przemian z nogami. Pomyślałem, że ona taka właśnie jest – rozhuśtana, góra, dół, góra, dół. I że ja też taki jestem.

           Gapiłem się jak uczniak w nadziei, że mnie zobaczy i nie będę musiał podejść sam. A że podejdę – wiedziałem. I udało się, dziewczyna zahamowała, usiadła na brzegu huśtawki i spojrzała w moją stronę. Patrzyliśmy na siebie kilka sekund, czekając, które pierwsze wykona jakiś ruch lub wypowie słowo. Chciałem, by była to ona, bo tak mógłbym siebie usprawiedliwić. Zrobiła to – uśmiechnęła się i pomachała w moja stronę, wskazując w zapraszającym geście drugą huśtawkę-koszyk. Powinienem był podejść i skierować ją z powrotem do budynku, poinstruować, przypomnieć regulamin i wyrazić nadzieję, że porozmawia o swoich nocnych wycieczkach z terapeutą. Zdecydowanym, prawie radosnym krokiem, maskującym trzęsienie się kolan, dotarłem do huśtawki i od razu położyłem się, a wręcz poległem na niej. Poległem, bo przegrałem. Milczeliśmy, bujając się naprzemiennie – kiedy ja byłem na górze, ona na dole. Spoglądaliśmy na siebie z wysokości i próbowaliśmy doścignąć się, będąc zbyt nisko.

           – Inaczej pan doktor wygląda – odezwała się pierwsza. – Zmienił się pan.

           – Potrzebowałem zmian, Gosiu…

           – Jest pan piękny.

Przyhamowałem, spoglądając na nią pytająco.

           – Jest pan piękny w każdym sensie. Za dwa tygodnie wychodzę, więc nie boję się mówić takich rzeczy. Zresztą wariatom wszystko wypada.

           –  Dziękuję ci za komplement, ale pójdę już i tobie też radzę wracać do ośrodka.

           – Pan zawsze tak się ogranicza? W imię czego? Bo nie rozumiem – powiedziała to z mocą.

           – Wiesz, wybierając w życiu pewne zawody, postawy… trzeba czasem zrezygnować z pospolitych pragnień. Obawiam się nie jestem wystarczająco silny, by sprostać samemu sobie – temu, który tych wyborów przed laty dokonał.

           – Pan już wybrał co innego i nie ma to wiele wspólnego z posłannictwem.

           – Jesteś krnąbrna – roześmiałem się.

           – Jestem szczera, bo tylko prawda może nas wyzwolić. Tak mówi babcia. I Biblia. – zachichotała, ponieważ zrobiło się jakoś gęsto i chyba chciała przebić się przez to. Prosto do mnie. – Pan się teraz pohuśta, pośmieje, pogada ze mną i nic złego się nie stanie. Nie jest pan moim psychiatrą, terapeutą, księdzem, nauczycielem ani ojcem. Może być pan teraz każdym, a na pewno mężczyzną na huśtawce.

           – Całkiem przyjemnie jest być mężczyzną na huśtawce.

           – Co pan ostatnio czytał? Bo ja wróciłam do Kierkegaarda. Próbowałam odnaleźć siebie w którymś z opisywanych przez niego typów osobowości. Nie udało mi się, chociaż mam pewne intuicje. – Wiedziała, o co zgadnąć. Już w terapii udawało się jej wciągnąć mnie w mocno stymulujące dyskusje światopoglądowe, które ukracane w realności, kończyły się w moich fantazjach. Gosia była w nich naga, leżała w moim łóżku, trzymała w ręku moje książki. Kierkegaarda zwłaszcza, jakby dla zaprzeczenia treści jego dzieł.

           – Czy zawsze musisz określać się w jakimś typie? Nie wystarczy ci, że jesteś wersją samą sobą?

           – Jest pan krnąbrny.

           – Zastanów się czasem, po co ci ta symbiotyczność ze wszystkim, co żywe i martwe. Totalnie do ciebie to nie pasuje. Ale dobrze, jakim typem mogłabyś być? – uśmiechnąłem się, ponieważ nasza rozmowa zaczęła przypominać pogawędkę. Noc, huśtawki, jej odkryte ramiona i mój nieformalny strój przestały mnie przerażać. Nic złego nie mogło się wydarzyć, bo rozmawianie jest naturalne, relacje są naturalne, my jesteśmy naturalni.

           – Zdecydowanie typ etyczny. Do religijnego mi daleko. Może kiedyś. A pan?

           – Też.

           – A pan Krzysiek? Jak pan myśli?

           – Krzysiu… religijny. Zdecydowanie.

           – On pana kocha.

           – Kto? Bóg?

           – Nie wiem, ale pan Krzysiek na pewno.

           – Wiem – potwierdziłem. Faktycznie wiedziałem.

           – Jak się pan z tym czuje? Bo to chyba dziwne jest, prawda? Być obiektem miłości, której nie można odwzajemnić.

           – Ależ ja ją odwzajemniam. „Załóżmy, że kochający widział, co było jego pragnieniem, że był kochany, lecz jednocześnie widział, że byłoby to skrajnie szkodliwe dla swoistości ukochanego, stałoby się jego wypaczeniem, niezależnie od tego, jak bardzo byłoby to upragnione: tak, wtedy miłość erotyczna jako taka nie jest w stanie ponosić tej ofiary. Lub załóżmy, że ukochany widział, iż stosunek stałby się ruiną kochającego, zupełnie unicestwiłby jego swoistość: tak, wtedy miłość erotyczna jako taka nie ma jednak siły do ponoszenia tej ofiary. Zaś prawdziwa miłość, poświęcająca się miłość, która kocha każdego człowieka wedle jego swoistości chętna jest do poniesienia każdej ofiary: ona nie szuka swego”. Odwzajemniam ją, ale nie erotycznie.

           – Rany, to Kierkegaard! Zna go pan na pamięć?

           – Nie, tylko ten fragment. Zorientowałem się, że Krzysiek jest gejem, gdy napisał mi taką dedykację w książce, z której ten cytat pochodzi. Zresztą on zawsze był bardzo blisko mnie. Potrafił lecieć nocą z mokrymi włosami, w górze od piżamy i szybko założonymi na siebie jeansami… wiem, bo nawet ich nie zapinał… Chciałem pożyczyć podręcznik, potrzebowałem kasy, coś tam, coś tam… Był w pięć minut. Nie wiem, jak to robił, ja nawet biegnąc, potrzebowałem co najmniej piętnastu, by pokonać odległość od akademika do jego stancji.

           Kiedy zorientowałem się, że rozmawiam z Gosią o orientacji seksualnej mojego współpracownika i przyjaciela, było już za późno. Czułem, że mogę być lojalny tylko wobec tej dziewczyny i sytuacji – tak jakby bujanie się na huśtawce za domem wariatów było czynnością sakralną.

           – Zimno mi – powiedziała i przesunęła na brzeg koszyczka. – Zrobiłam miejsce dla pana.

           – Dla mnie? – zapytałem jakby od niechcenia i chyba nawet nie czułem wtedy niczego szczególnego, bo noc była ciepła, relacje naturalne, a granice nie istniały. Podniosłem się dość ociężale i położyłem obok niej.

           – Nie musi pan czuć się niezręcznie. Ja tutaj już właściwie nie jestem. To tylko kilka dni. Pana też tutaj nie ma.

           – Nie czuję się niezręcznie. To dziwne. Może nie mówmy o tym, bo poczuję, a nie chcę.

           Leżałem i było mi dobrze. Nieskomplikowana, cielesna i mentalna przyjemność. Dlaczego miałem się jej pozbawiać? Kiedy poczułem na swojej dłoni jej palce, nie zaprotestowałem. Czułem, że nie ma różnicy między nami, między nami a powietrzem.

– Wie pan, ja wolałabym nie mieć ciała. Ono wszystko komplikuje. Moglibyśmy teraz po prostu rozumieć się bez słów i nie martwić tym, że ktoś może zobaczyć nas razem. Bo nie byłoby brudu seksualności, zazdrości o atrakcyjność, anoreksji, samookaleczeń, gwałtów. Bez ciała bylibyśmy szczęśliwi jako czysta pragma.

– Schopenhauera znasz? On pisze, że bez ciała będzie jeszcze gorzej. Zostaniemy wchłonięci przez ciemną, chaotyczną wolę.

– Wow, mówi to pan innym pacjentom?

– Nie jestem na szczęście twoim psychiatrą, nauczycielem, księdzem ani ojcem…

– Na szczęście nie. Czyli według Schopenhauera samobójstwo się nie opłaca?

– Nie.

– Nie… Panie doktorze, rozmawiamy o filozofii na huśtawce. Pan się zamartwia? Bo widziałam cień w pana spojrzeniu teraz… przed chwilą.

– Nie wiem.

– Jestem właściwie aseksualna. Nic się nie stanie.

– Nie jesteś.

– Jestem. Nie mam przyjemności, więc niczego nie zainicjuję.

– Dziękuję. Każdy potrzebuje bliskości – Wstałem z huśtawki w zwolnionym tempie, podałem Gosi rękę. Ciemność była silna. Miałem wrażenie, że przygniata dziewczynę, ale to tylko ja byłem przygnieciony. Podniosła się dość szybko i wyglądała jak obudzone ze snu dziecko, które za chwilę się rozpłacze.

– Proszę mnie dotknąć.

           Nagle wczepiła się we mnie jak czterolatka. Czułem, że pochłaniam ją i że ona faktycznie wciąż jest dzieckiem. Staliśmy tak kilka minut uszczęśliwieni, bo ta bliskość spełniała warunki bycia niemal absolutną.

– Czuję, że nigdy nie umrę. To raczej moje ciało po prostu mnie nie utrzyma – powiedziała.

MIASTO

             Szanowny Panie,

jestem w tym życiorysie narratorem wszechwiedzącym, ale bardzo oszczędnym. Muszę opowiedzieć w skrócie, celowym, niemal parabolicznym historię o schodzeniu do podziemia. Nie chodzi o podziemie polityczne, o nic z tych wielkich spraw, którymi powinny zajmować się autobiografie.

             Każda piwnica w bloku mieszkalnym to podziemie. Pod stopami ludzi kwitną czarne dziury wydeptywane przez szczurze łapki, zasiedlane przez bezokie, kalekie koty. W jednej z takich piwnic znajdowały się drzwi do Miasta. Było to jedno z nielicznych Miast poszerzających rzeczywistość, budowane w głowie, znajdujące się w piwnicy i przynależne do jednej tylko osoby. Moje Miasto.

             Schodziło się do niego zawsze poprzez piwnicę właśnie i poprzez wnętrze. Te dwie przestrzenie nierozerwalnie ze sobą połączone współistniały na zasadzie kontrastu jak zaburzenie dwubiegunowe, którego ziarno kiełkowało we mnie już wtedy, gdy byłam małą dziewczynką.

            Aby wejść do Miasta, musiałam najpierw złożyć ofiarę ze swojego ciała. Dopiero potem otwierały się przejścia i połączenia, które zabierały mnie w miejsce absolutnie osobiste, do mojego universum. Było czymś w rodzaju odpoczynku po ciężkim dniu (odpoczynek był ponadnaturalny a dzień postpeerelowski). Miasto przeczyło blokowisku. Jasne, zabytkowe, ze wzgórzem zamkowym i otaczającą je rzeką zdawało się być królewskim. Na przedmieściach znajdowały się drewniane wille i TEN DOM. Mój dom w moim mieście. Czasem sen pozwala mi być tam znowu, chociaż nie wszędzie się mieszczę. W Moim Domu jest strych, a w nim dziura do skrytki. Nie umiem już do niej wejść. Coś bezpowrotnie straciłam.

             Piwnica była ciemna. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że owa ciemność miała nasycony, błotny kolor. Wciągała jak błoto i dusiła jak błoto. Wilgotne, brudne wnętrze wnętrza bloku. Mało brakowało a piwnica stałaby się moim wnętrzem, chociaż poniekąd tak jest. Noszę w sobie piwnicę i Miasto.

             Wczoraj znalazłam wysuszoną mysz. Coś jakby mumię. Leżała niedaleko schodów prowadzących na tarasik. W mojej piwnicy takie myszy miały oczy przenikliwe, a tutaj jakby wcale nie było oczu. Wzięłam ją za ogon i zapytałam: Myszko, myszko moja mała, czy widziałaś Miasto? Ale to głupie – myślę – przecież ona niczego nie widzi.

             W Moim Mieście znajduje się kilka charakterystycznych miejsc – restauracja, do której schodzi się jak do wnętrza jaskini, kilka rzędów straganów ze szklanymi figurkami, malowane na zielono wille. Nie umiem napisać nic więcej, bo miasto jest niewyrażalne. Czasem zmienia kształt, ale zawsze leży na Wzgórzu. Miasto otacza Wzgórze jak wąż albo szalik, albo ramiona. Raz tak, a raz inaczej.

             Piwnica prowadząca do Miasta miała dwa poziomy – fizyczny i ponadnaturalny. Ten drugi sam ciągnął się jeszcze kilka godzin późnej na granicy snu i stanowił wąskie przejście, przez które trzeba było się przeciskać. Obecnie mam tak, że do Miasta się teleportuję. Nie opuszczę Miasta nigdy. Ono się zupełnie zmienia i pozostaje niezmienne. Raz, zdaje się, doszczętnie spłonęło. To było, jak się całkowicie z domu wyprowadziłam (całkowicie, czyli długo po zmianie miejsca pobytu). A potem wyrosło takie samo, ale dużo jaśniejsze i jakby inne.

             Lekarz mówi, że Miasto to osobowość, którą poddałam przebudowie i że odwiedzałam Miasto podczas życiowych kryzysów. Prosiłam, by nie trywializować Miasta. Miasto to więcej niż ja. Jest czymś ponad, mimo że leży pod spodem.

             Kiedy tamten kazał mi iść do piwnicy, coś w środku pompowało więcej krwi, by mogła wyciec i otworzyć portal. Krew pojawiała się na kłykciach, gdy ocierały się o chropowatą ścianę. Krew dawała sygnał. Sądzę, że w Mieście wszystko wtedy rosło i potężniało. Ludzie wstawali z ziemi jak ziarna, rzeka przyspieszała bieg. Dziś gdy się skaleczę, to najpierw krew jakby lekko buzuje, jakby pieni się, szuka kodu A AB B 0 AR H ARH minus plus… ARH plus.

             Drogi panie, byłam używana i musiałam po sobie zmywać. Puszczałam światło po swoim ciele, wspinałam się na Wzgórze, przechodziłam przez rzekę, dziurę na strychu, połykałam zieleń jak na letnisku. Czysto, tak czysto!

             Raz pan był tam. Wtedy Miasto płonęło. Siedziałam pod jakąś deską, ale nie bałam się. Zza zgliszczy wyłonił się pochód. Stał pan na czele i skinął na mnie. Nie wiem, czy był pan Jezusem, czy Mojżeszem.

             Jestem narratorem wszechwiedzącym, ale bardzo oszczędnym. A to jest chwila święta. Moja wnuczka bawi się w ogrodzie w Nałęczowie (gdzie wille są podobne do tych z Miasta). Ja nadal krwawię (krew buzuje i pieni się), posiadam resztki narządów po operacji. Jeśli to jest nawrócenie, to dzięki, że zrobił to Pan tak delikatnie. Jeśli Miasto to była Pana sprawka, dziękuję tym bardziej.

            Dziś umieram i ubieram się w Miasto. Dzielnice kolejno kładą się na mnie. Drewniane wille wchodzą pod paznokcie, ogrody i łąki we włosy, rzeka nawilża spojówki, wąskie uliczki biegną jak żyły, podzamcze układa się pomiędzy dawnymi piersiami.

            I żadnej piwnicy. Żadnej piwnicy, co kurczy się i rozszerza jak mięśnie silniejszego.

Podziel się

O autorze

Kinga Młynarska

Mama dwójki urwisów na pełny etat, absolwentka filologii polskiej z pasją, miłośniczka szeroko pojętej kultury i sztuki. Stawia na rozwój. Zwykle uśmiechnięta. Uczy się życia...

Odpowiedz