Cud Bezczasu

0

Najwyższy kapłan świątyni Siły, wzniesionej nad najpotężniejszą Emanacją na Bezczasie, nie mógł spać. Zamiast tego przechadzał się po swoich komnatach ze wzrokiem wbitym w posadzkę i splecionymi na plecach rękami. Służba wiedziała, że może tak wędrować godzinami.

Powolnymi krokami przemierzał obwieszone dywanami korytarze, zdobione mozaikami sale reprezentacyjne, tonące w pluszu i złocie prywatne pokoje, zimne schody ze lśniących marmurów. Patrzył na czubki własnych butów, migających spod długiej szaty. Zmęczone ciało domagało się odpoczynku, skołatały umysł nie dopuszczał snu.

Nowy Cud miał miejsce przy Emanacji, której opiekunem został piętnaście lat wcześniej. Wspaniały Cud. Księżna Lusiany, przybyła do Aneth specjalnie dla modlitwy w świętym miejscu, poczęła dziecko mimo bezpłodności i zaawansowanego wieku. Potężna, niepojęta Siła, źródło wszelkiego życia, raz jeszcze objawiła swoją moc.

Siła… jej wezbrane rzeki płyną głęboko pod skorupą Bezczasu, czasami jednak wytryskują gejzerem na powierzchnię, tworząc Emanację. W Sile wszelka nadzieja, wszystko, co posiada człowiek. Jej kapłani wywyższeni są ponad innych. Jest ślepa, kapryśna, zmienna, obojętna, jak cały Bezczas. Ale w czym innym śmiertelnik miałby pokładać ufność? W Duchach? Tych Duchach, które żywią się duszami zmarłych, skupione na swojej wiecznej walce o istnienie? W pomniejszych, nieistotnych demonach i bóstwach?

Pod wpływem tych myśli kapłan opuścił swoje komnaty i po szerokich, wiodących w dół schodach dotarł do sali modlitewnej. Wielka, lśniąca bogatymi zdobieniami nawa przytłaczała swą potęgą. Słabe, szare światło sączyło się z okien, tłumione dodatkowo przez cienkie zasłony. Dwóch młodych kapłanów pełniło straż przy Emanacji. Otoczona złotymi łańcuchami, zastygła w kształt wspaniałego pióropusza, migotała setkami tęczowych barw: zielenią, złotem, czerwienią, błękitem. Pielgrzymi klęczeli dookoła, wszyscy razem, bogacze, biedota, przerażająco zniekształceni mutakowie, nawet niedotykalni. Pomieszczenie wypełniał szmer modlitw, kajań i błagań.

Kapłan stał na schodach i patrzył na tłum, na piękną Emanację. Słuchał chaotycznego, zbiorowego jęku o litość. Nie zazna tu spokoju, wśród ciężkiej atmosfery rozpaczy, zaduchu kadzidła i wiszącego w powietrzu smrodu ciał.

Zniechęcony zawrócił, wszedł po schodach, by znów wolnym krokiem przemierzać własne wspaniałe komnaty. Bił się z myślami.

Tyle wspaniałych Cudów dokonało się przy Emanacji. A jednak ten jeden, najważniejszy, nie chciał się stać.

Pamiętał jak dziś tamten dzień sprzed dziewięciu lat, gdy w świątyni pojawili się pielgrzymi – kupiec, jego żona z kilkuletnim maleństwem na rękach, dwunastoletnia dziewczynka o poszarzałej twarzy. Dali szczodrą ofiarę, prosili o rozmowę i modlitwę. Pochodzili z Yorish. Dziewczynka chorowała na płomienicę, nieuleczalną, zaraźliwą chorobę. Oni byli zwykłymi ludźmi, ona – niedotykalną. Gdyby nie została w cudowny sposób uleczona, prawo ich miasta nakazywało ją wykląć i wygnać.

Kapłana ta historia poruszyła. Modlił się z rodziną. Modlił się jak nigdy. Pościł. Odmawiał sobie snu. Modlił się na sposób świętych, czuł bliskość i potęgę Siły, czuł niezachwianą pewność, wierzył w Cud bardziej niż kiedykolwiek. W tym dziecku, w tej dwunastoletniej dziewczynce, która unosiła ufne, załzawione oczy na piękny pióropusz Emanacji, zawierały się losy wszystkich cierpiących. Czyż jej uzdrowienie nie byłoby ostatecznym znakiem, najwspanialszym dowodem na to, że ktoś… coś… czuwa jednak nad ludźmi?

Wszystko, całą swoją wiarę i oddanie zawierzył w tamtej chwili Sile. I rozczarował się. Cudu nie było. Właśnie wtedy, gdy uzależnił od tego całe swoje zaufanie, wszechpotężna moc nie raczyła odpowiedzieć na rozpaczliwe wołania.

Jak więc mogła być czymś więcej niż kolejną głuchą na ludzi potęgą, od czasu do czasu przypadkiem udzielającą im swej łaski?

Znużony rozmyślaniami kapłan opadł na wspaniałe krzesło ze złoconymi poręczami. Podniósł z blatu masywnego, czarnego biurka list, skreślony wprawną, kobiecą ręką. Papier pachniał jeszcze wonnościami, chociaż obracano go w palcach już setki razy.

Kapłan potarł oczy, piekące z braku snu i raz jeszcze przeczytał wiadomość, której treść znał już niemal na pamięć:

„Od Annaheiry Fortey, księżnej Lusiany do Haralda Marrigona-Aneth, najwyższego kapłana Świątyni Emanacji Siły w Aneth:

Witam Czcigodnego Kapłana!

Mam nadzieję, że mój list zastaje Czcigodnego Kapłana w dobrym zdrowiu. Spieszę donieść, że mam się dobrze i ufam, że dziecko, które wkrótce się narodzi, czuć się będzie równie wspaniale.

Jedno tylko niepokoi moją biedną głowę, a mianowicie nasza umowa, którą zapewne Czcigodny Kapłan pamięta. Mąż mój powtarza zawsze, że słowa mniej są warte niż układy na piśmie. W związku z tym zmuszona czuję się uzyskać także drogą listowną zapewnienie dyskrecji Czcigodnego Kapłana. Nie muszę chyba objaśniać ponownie, jak bardzo jest ona istotna.

Jakkolwiek rozumiem powagę sprawowanej przez Czcigodnego Kapłana funkcji i zdaję sobie sprawę z ilości związanych z nią obowiązków, proszę o jak najszybszą odpowiedź.

Z pozdrowieniami i życzeniami zdrowia,

Księżna Annaheira Fortey”.

Harald odpisał już w dniu, w którym list do niego dotarł i dostarczył go księżnej przez jej własnego posłańca. Nie otrzymał więcej żadnej wiadomości, ale niepokój związany z Cudem tego poczęcia ciągle go trawił. Czuł, że ta nerwowa, zakompleksiona kobieta, którą małżeństwo wyniosło na wyżyny społecznej hierarchii ma dość mocy, by go zniszczyć, i za mało rozsądku, żeby się przed tym powstrzymać.

*

Czerwone słońce zwane Źrenicą Płomienia stało nieruchomo na niebie, zalewając Bezczas morderczym żarem. Jego bezlitosne promienie zmieniły płaskowyż w ciemną pustynię, której surową monotonię zakłócały jedynie szare kępki obumarłych roślin. W powietrzu wisiał bezruch i nad wszystkim królowała absolutna cisza. Szkarłatna gwiazda nie zamierzała zniknąć za horyzontem sama z siebie, a żadna z jej trzech sióstr nie przypuszczała na razie ataku w celu zdobycia panowania nad Bezczasem.

A jednak w tej martwocie, ciszy i bezruchu, gdzie nawet czas nie płynął, pojawiła się iskra życia. Biały wielbłąd, zakurzony i zmęczony, kroczył ciężko za swoim przewodnikiem. Zwierzę nie piło od dawna, słupowate nogi gięły się pod ciężarem wychudłego cielska i bagażu, aż strach było pomyśleć, w jakim stanie jest prowadzący wierzchowca człowiek. Bezczas plątał szlaki jego wędrówki od dawna, z typową dla siebie złośliwością zmieniał położenie gór, jezior, rzek i dróg, pędził go pod morderczym spojrzeniem Źrenicy Płomienia, chcąc obrócić ciało w strawę dla ziemi, a kości w biały popiół.

Wielka jest jednak siła człowieka, a wędrowcy Bezczasu dobrze znają jego prawo – iść, ciągle iść przed siebie, tym bardziej uparcie, im słabiej tli się płomień życia. Los nagradza tych, którzy mu ufają – prędzej czy później splątane szlaki Bezczasu muszą doprowadzić do miasta, gdzie jest cień, pasza dla wierzchowców i woda.

Brashamowi Veerokowi-Lusianie wystarczyła chwila na obserwację dwóch żałosnych sylwetek sunących przez pustkowie, by rozpoznać istoty zaprawionych włóczęgów. Jemu samemu upał straszliwie dawał się we znaki. Potężny karosz, jeden z najlepszych wierzchowców z książęcej stajni, pocił się i pienił w słońcu. Brasham obejrzał się na swoich ludzi. Szóstka doborowych najemników, wszyscy w wygodnych, ale eleganckich ubraniach, odpoczywała w żarze pustkowia. Niektórzy rozłożyli nad głowami prowizoryczne daszki z ciemnych płaszczy. Napojone konie toczyły ślepiami, zbyt zmęczone, by rżeć. A przecież ich podróż nie trwała długo. Mieli jeszcze wodę i zapasy żywności, ale Brasham czuł, że jeśli czerwone słońce szybko nie opuści nieba, zostaną na płaskowyżu na zawsze.

– Terk! – zawołał na swego siostrzeńca, mdłego blondyna o zbyt dużym nosie, który siedział w otępieniu na suchej ziemi. – Bierz konia!

Terk wstał, zachwiał się, ale wyprowadził spomiędzy koni własnego wierzchowca, dociągnął poluzowane popręgi siodła i zrównał się z wujem.

– Co takiego? – spytał niechętnie.

Brasham bez słowa wskazał małe sylwetki wędrowców, widoczne w oddali.

– Odeszli już spory kawałek – stwierdził Brasham. – Ale gdy przechodzili bliżej, dobrze widziałem, że ledwo się trzymają. Może doprowadzą nas do Aneth w zamian za wodę.

– Woda na Bezczasie jest chyba więcej warta niż nawet najlepszy przewodnik? – powątpiewał Terk.

– Popatrz na siebie i… na nich… – Brasham machnął ręką na swoją drużynę. – Czerwone już dawno nie było na niebie tak długo, a ci wybrani przez księżnę wspaniali wojownicy chyba nigdy pod nim nie podróżowali. – Splunął. Gdyby to jemu powierzono wybór ludzi, wziąłby takich, którzy może słabiej robią mieczami, ale za to przynajmniej dotrą żywi do celu. – Potrzebują przykładu.

– Daj im go – poradził ze znużeniem Terk.

– Ja też go potrzebuję. Jedziemy, bez dyskusji. – Odwrócił się do swoich. – Yorek, przejmujesz dowodzenie!

Terk westchnął ciężko, ale był zbyt zmęczony, by kłócić się z wujem. Ruszyli lekkim kłusem przez wymarłą równinę. W miarę jak nędzne sylwetki wędrowców rosły w oczach, Brasham zaczął wątpić w słuszność swojej decyzji. Kłopot w tym, że sam nie miał najmniejszego pojęcia, dokąd wypada im jechać. Podróżował kiedyś, owszem, ale zawsze były jakieś rzeki, drogi, majaczące w oddali wzniesienia… teraz wokół nie widział żadnego punktu zaczepienia, ku któremu mógłby się skierować, a znużeni ludzie dogryzali mu coraz bardziej. Ciężko było po prostu wędrować, gdzie nogi poniosą.

Zbliżanie się Brashama i Terka nie pobudziło ani włóczęgi, ani wielbłąda do jakiejkolwiek reakcji. Przypominali w istocie dwa trupy, wlokące się tylko siłą woli. Tak sądził zniechęcony Terk, nawet Brasham gotów byłby przyznać mu rację. Zbliżyli się na odległość strzału z łuku i Brasham krzyknął głośno:

– Hej!

Włóczęga przystanął, wielbłąd obrócił głowę. Jedyną odpowiedź stanowiło pozdrowienie ręką, krótki, niedbały gest.

Brasham piętami uderzył boki konia. Wierzchowiec ruszył z miejsca, spod jego kopyt unosił się ciężki, dławiący pył. Terk niechętnie pogalopował za wujem. Szybko znaleźli się bardzo blisko, niemal na wyciągnięcie ręki i dopiero wtedy wędrowiec stanął. Odziany w luźną, czarną szatę, dla ochrony przed słońcem miał na głowie opadającą na kark i uszy chustę, dolną część twarzy zasłoniętą kolejną. Znad skraju zasłony spojrzały na Brashama jasne oczy, okolone długimi rzęsami. Te oczy wystarczyły, by rozpoznał we włóczędze kobietę.

– Witam szlachetną panią – powiedział Brasham i nieznacznie skłonił się w siodle.

Spojrzała na niego i wybuchnęła kpiącym, ochrypłym śmiechem.

– Dobry żart – warknęła. Głos miała równie schrypnięty jak śmiech. – Zostawcie mnie w spokoju, panowie.

Terk prychnął pogardliwie. Brasham skarcił go spojrzeniem i zwrócił się ponownie do kobiety:

– Liczyłem, że zostanie pani przewodnikiem moim i moich przyjaciół.

– Przewodnikiem? – powtórzyła. – A na co wam przewodnik na Bezczasie? Na litość wszystkich Duchów, skąd wyście się urwali?

– Jedziemy z Lusiany – odpowiedział ciągle dość spokojny Brasham. – A próbujemy dotrzeć do Aneth.

Kobieta westchnęła ciężko. Oparła rękę o biodro. Paznokcie miała długie, ostre jak szpony zwierzęcia, barwy obsydianu. Na wierzchu sinej dłoni wyraźnie rysowały się smolistą czernią żyły. Brasham cofnął konia o krok.

– Nie jestem w stanie doprowadzić was do Aneth – powiedziała cicho kobieta, ze znużeniem, jakby po raz setny powtarzała coś wyjątkowo tępemu dziecku. – Jesteśmy na Bezczasie. Tutaj żadne miejsce nie jest stałe. Gdy wyjeżdżałam ostatnio z Aneth, leżało w górskiej dolinie. Teraz jest zapewne zupełnie gdzie indziej, tak samo jak te góry. – Zamilkła. – Ale spróbujcie znaleźć rzekę Sar. Aneth zwykle jest tam, gdzie ona.

Pociągnęła wielbłąda. Brasham był gotów pozwolić jej odejść, ale nieoczekiwanie wtrącił się Terk, zniecierpliwiony już jałową dyskusją:

– Wuj chciał, żeby pani poszła z nami, bo jego ludzie nie przywykli do wędrówek i nie chcą iść po prostu przed siebie. Musi im się wydawać, że gdzieś zmierzają, rozumie pani. – Machnął delikatną dłonią, pozornie zupełnie niestworzoną do miecza. – Mamy wodę, paszę, takie tam.

Kobieta stanęła, zwiesiła głowę, chwilę jakby się zastanawiała. Spojrzała na wielbłąda.

– Znajdźcie jednak kogoś innego – powiedziała cicho.

Brasham odetchnął. Terk się zirytował, a że zawsze był w gorącej wodzie kąpany, natychmiast wyrwał z pochwy miecz.

– Z wodą czy bez wody, poprowadzisz nas do Aneth, kobieto! – zawołał. – Czy to takie cholernie trudne?

Zignorowała go, mocniej pociągnęła wielbłąda, który niechętnie ruszył z miejsca.

– Psiakrew! – Terk uderzył płazem po zadzie konia.

Brasham wyciągnął rękę i chwycił siostrzeńca za ramię.

– Zostaw – wycedził.

– Słyszałeś ją? – zawołał z oburzeniem Terk, niemal w miejscu osadzając wierzchowca. – Potraktowała nas jak jakieś psy! Nasza woda jest dla niej nieodpowiednia, czy co? Nie jesteśmy warci chwili uwagi, tak?

– Niech Duchy Światłości bronią nas przed taką uwagą – wysyczał Brasham. – Widziałeś jej rękę?

– Co? – Terk najwyraźniej nie widział.

– Ja widziałem. Może nie mam pojęcia, którędy dotrzeć do Aneth, ale płomienicę umiem jeszcze rozpoznać.

– Płomienicę? – Terk ściszył głos. Spojrzał za kobietą. Przeszył go dreszcz obrzydzenia. – Niedotykalna?

Brasham zwolnił uścisk na jego ramieniu. Terk zaklął cicho. Zawrócili konie.

– A ja miałem nadzieję… – odezwał się nagle blondyn.

– Wiem – zapewnił Brasham.

*

Poziom Sar był dużo niższy niż zwykle. Rzeka powoli przetaczała swoje czerwone, cuchnące fale w zbyt szerokim korycie. Nawet po przefiltrowaniu przez tkaninę jej wody nie smakowały zbyt dobrze i nie należały do najzdrowszych, ale Lynthra Razor wędrowała zbyt długo, żeby się tym przejąć. Jej wielbłąd spokojnie zszedł nad sam brzeg, rozstawił nogi i pochylił łeb, łapczywie wciągając w pysk wodę.

– Uważaj, bo wypijesz całą rzekę! – zawołała do niego Lynthra.

Napełniła dwa worki z cielęcej skóry, wyciągnęła z bagaży płócienny daszek rozstawiany na dwóch wbitych w ziemię kijach. Bezpieczna od promieni słońca, zdjęła ciemną szatę. Ochlapała się w śmierdzących falach Sar, zjadła kilka ocalałych w sakwie z zapasami sucharów, po czym zaznała trochę snu. Wielbłąd napił się do syta, pożarł całą trawę, która porastała brzeg w pobliżu obozowiska i położył w nadbrzeżnym błocie, żeby zwyczajem dromaderów przeżuć pokarm.

Po tym krótkim odpoczynku niezwłocznie ruszyli w drogę. Gdy odnaleźli Sar, dotarcie do Aneth wydawało się już sprawą prostą. Miasto najczęściej przemieszczało się po Bezczasie wraz z rzeką, zawsze leżąc gdzieś w jej górnym biegu, gdzie koryto było wąskie, a fale spienione i wściekłe.

Wielbłąd wypoczął, napił się i całkiem dobrze podjadł, więc Lynthra dosiadła go i posuwali się szybciej, niż gdy szła pieszo. Źrenica Płomienia wciąż wisiała w zenicie jak złowrogie bóstwo, złaknione śmierci wszystkiego, co dojrzy w dole.

Wkrótce płaskowyż przeszedł w łagodne wzgórza, porośnięte gęsto lasem martwych drzew. Sar stała się węższa, bardziej zdradliwa, jej nurt bystrzejszy. Wkrótce, w siodle między dwoma posępnymi pagórkami, Lynthra ujrzała zarysy Aneth. Przed bramą czekał, jak często, sznur ludzi, którzy pragnęli wejść do miasta i ujrzeć na własne oczy Emanację. Lynthra dołączyła do niego, cierpliwie czekając, aż przyjdzie jej kolej na opowiedzenie się przed opieszałymi strażnikami. Zawsze uważała, że gdyby wartownicy prężniej zapisywali nazwiska tych, którzy pragnęli wejść za obręb murów, przy bramie nigdy nie tworzyłyby się monstrualne kolejki.

Aneth słynęło w całym Bezczasie i każdy, kto widział na własne oczy cuda starożytnego miasta, musiał rozumieć przyczyny tego stanu. Syta pieniędzmi pielgrzymów, otoczona kultem osada kwitła i olśniewała. Świątynie, kaplice i altany wzniesione z ludzkiej kości; bogate wille z marmurów, piaskowców i bloków srebra; aleje królewskich parków wysypane okruchami szlachetnych kamieni; cudowne płaskorzeźby na murach gospód; połyskująca złotem i platyną kopuła Świątyni Emanacji Siły; granitowy pałac królewski – wszystko to robiło piorunujące wrażenie na przybyszach. Podobnych budowli nie mogli znaleźć nigdzie indziej.

Ale ani monarsze parki, ani romantyczne altanki, ani gospody z ciepłymi łóżkami nie były przeznaczone dla niedotykalnych. Przed nimi Aneth odkrywało odmienne oblicze. Brudne zaułki, łazęgów z brudnymi gębami i jeszcze brudniejszymi nożami, posłania ze śmieci pod mostami nad Sar, zimne wnętrza świątyń.

Lynthra jechała na swoim wielbłądzie przez zatłoczone ulice, górując nad tłumem i nie zważając na zwymyślania przechodniów. Nie przyjechała do Aneth po Cud, jak zadeklarowała przy bramie, ani na żebry, ani nawet po zapasy. Miała tu do załatwienia konkretne sprawy, w których nic nie mogło jej przeszkodzić.

Odnalazła skromny, szary dom ze zdeptanym podwórzem, otoczonym kamiennym murem. Bramy strzegły dwie upstrzone przez ptasie odchody rzeźby nagich kobiet z odłamanymi nosami. Na obejście otwierały się liczne boksy drewnianej stajni. Po lewej, uwiązane pod wielkim, brudnym dachem z płótna, dwa wielbłądy żuły siano. Nieopodal nich stały woły, z rogatymi łbami nisko zwieszonymi nad żłobem z wodą.

Lynthra wjechała na podwórze.

– Wołaj po gospodarza – rzuciła do pachołka, który nadbiegł ku niej od strony stajni.

– Ale gospodarze kazali… – zaczął chłopak.

– Szybko!

Rozdziawił gębę, otarł spocone ręce o połatane portki, po czym pobiegł do schodów z białego kamienia, które wiodły z podwórza do wnętrza domu. Lynthra przyglądała się, jak zdejmuje przed drzwiami drewniane chodaki i wbiega do domu, cały podniecony. Westchnęła ciężko i mocno potarła lewy nadgarstek. Podróż zmęczyła ją bardziej, niż sama chciała przyznać. Żyły paliły ją, jakby płynął w nich ogień, a nie tylko skażona chorobą krew.

Po krótkiej chwili pojawił się gospodarz. Zbliżający się do czterdziestki, ciemnowłosy mężczyzna w białej koszuli i szarych spodniach, bezlitośnie popychał przed sobą pachołka i wrzeszczał:

– Chce mnie widzieć? Jakaś ladacznica chce mnie widzieć? Ja już jej dam! Gdzie jest Ogryzek? Ogryzek! Ogryzek, wszarzu!

Czarny wilczur bez przekonania podniósł się z cienia schodów i zbliżył do swojego pana. Ten dojrzał Lynthrę, stanął jak wryty u stóp stopni.

– A – powiedział cicho. – To pani Razor.

Szarpnął pachołka, pchnął go z powrotem do domu.

– Przynieś wina, a chłodnego! – ryknął, po czym zmierzwił włosy i podszedł do nieruchomej Lynthry. – Nie spodziewałem się pani – powiedział.

– Mój list nie dotarł? – zainteresowała się.

Gospodarz wzruszył ramionami.

– Dotarł, ale nie sądziłem, że wyruszy pani, póki czerwone jest na niebie – wyjaśnił. – Lepiej się pani czuje?

– Czułam się lepiej przed tą wyprawą – przyznała.

– No bo to i nierozsądne! – wykrzyknął ostro gospodarz. – Wykończy się pani, jeżeli w swoim stanie będzie… już i samo to, że pani bez przerwy w rozjazdach, wystarczy! Ani dnia na miejscu pani nie usiedzi! A jeszcze teraz, pod Źrenicą Płomienia, podróżować, będąc…

– Chorą? – przerwała mu. – Nikomu nic do tego, szanowny panie gospodarzu. Mogę leżeć pod schodami jakiejś świątyni do śmierci jak niektórzy, płomienica nie zniknie. Nie stanę się trupem, nie, dopóki serce bije mi w piersi.

– Pani wybaczy – wyszeptał gospodarz. – Rzeczywiście, nikomu nic do tego, a już na pewno nie mnie. Ja tylko biorę pieniądze. Na długo pani zostaje?

– Mam sprawy do załatwienia, nie wiem, ile mi zajmą – odrzekła wymijająco.

Nadbiegł pachołek z glinianym dzbankiem. Lynthra kopnęła wielbłąda, który powoli ugiął kolana i położył się na ziemi. Kobieta zsunęła się z jego grzbietu.

– Dziękuję – powiedziała do pachołka, biorąc z jego rąk dzbanek. – Jakiś nowy?

– Do niczego, jak wszyscy poprzedni – odrzekł ostro gospodarz. – Ale też najlepszy z tych darmozjadów. Nazywa się Nai.

Lynthra zsunęła z twarzy chustę. Na widok jej sinej skóry, czarnych ust i cienkich palców zarysowanych na policzkach i szyi żył, Nai krzyknął głośno. Gospodarz solidnie palnął go po rudej łepetynie.

– Niech pan nie będzie taki surowy, gospodarzu – prychnęła Lynthra i pociągnęła łyk z dzbana. – Zajmiecie się Burzą?

– Chyba pani oszalała! – wybuchnął znowu gospodarz. – Wybiera się pani gdzieś?

– Załatwiać interesy – wyjaśniła.

– Nie ma mowy! – zawołał. – Niechże pani chociaż się prześpi! Zaklinam na litość wszystkich Duchów, które to widzą i nie grzmią!

Lynthra roześmiała się.

– Z takim zaklęciem nie będę dyskutować – powiedziała cicho. – Znajdzie się dla mnie jakiś wolny boks?

– Pani boks czeka na panią jak zwykle – zapewnił gospodarz.

– Rozumiem aluzję, szanowny panie gospodarzu, ale konie nie chorują na płomienicę – odrzekła z rozbawieniem.

– To nie dlatego – żachnął się.

– Ach, rozumiem, za dobrze płacę – zakpiła. – Niech ten twój Nai przyniesie mi w takim razie jakiś posiłek, chyba że za bardzo się boi. A ty się zajmij moim kochanym. – Pogłaskała po nozdrzach wielbłąda. – Musiał mnie dźwigać niezły kawał drogi.

I z tymi słowami odeszła ku stajniom.

*

Yann, młody kapłan, który dopiero drugi rok służył w świątyni, wpadł do sypialni Haralda niemalże z płaczem.

– Najwyższy kapłanie! – zawołał. – Najwyższy kapłanie!

Osunął się na kolana przy łożu, złożył ręce jak do modlitwy, trząsł się niczym liść.

– Na litość Duchów Światłości i potęgę Siły – wyszeptał Harald i usiadł. – Co cię ugryzło, żeby tu tak wpadać? – warknął z irytacją. Człowiek nie może już nawet zaznać chwili płytkiego snu! – Gdzie twoja kapłańska godność?

Yann podniósł się na nogi, ręce wciąż miał złożone. Nie mógł powstrzymać drżenia.

– Najwyższy kapłanie… kobieta… ta kobieta chce się z tobą widzieć.

– Jaka znowu kobieta? – Nie zrozumiał Harald. – Niech zaczeka, jeżeli chce ze mną rozmawiać. A stosowną ofiarę dała? I czego się tak trzęsiesz, kobiety nie widziałeś? – zrzędził.

– To ta, o której kapłan Zerald opowiadał, że się pokłada z najwyższym z Duchów Mroku – wyszeptał z lękiem Yann.

– Kapłan Zerald? – powtórzył Harald, coraz bardziej rozsierdzony. – Ten stary, ślepy bajarz, który wszędzie widzi demony i spiski podziemnych sekt?

Rzeczywiście, dając wiarę opowieścią Zeralda, człowiek nabierał często przekonania, że wystarczy wyściubić nos za próg świątyni, by natknąć się na przejawy moralnego rozkładu, wszelkie zło świata i niewyobrażalne plugastwa.

Yann nabrał tchu i wyrzucił na wydechu, głosem nagle spokojnym i opanowanym:

– To Lynthra Razor.

– Co?

Harald odrzucił kołdrę i poderwał się na nogi.

– Lynthra… – zaczął Yann.

– Ktoś oszalał, ty albo ta dziewka! – oświadczył wściekle Harald. – Gdzie ona jest?

– W gabinecie, gdzie zawsze czcigodny kapłan rozmawia z pielgrzymami.

Harald narzucił na ramiona wspaniały, ciężki szlafrok, skinął Yannowi ręką i ruszył za nim przez własne komnaty. W głowie mu huczało. Lynthra Razor w jego świątyni! W jego gabinecie! Wariatka, bez wątpienia, albo zdeterminowana matka jakiegoś mutaka, której nie stać na ofiarę, a która koniecznie pragnie uwagi najwyższego kapłana. Bo przecież nie ta pieśniarka, o której tym straszniejsze krążą plotki, im większą zdobywa sławę! Sławę, którą, jak mówią, zawdzięcza spółkowaniu z najpotężniejszym z Duchów Mroku…

Harald zatrzymał się w progu własnego gabinetu. Yann, zaledwie kroki przełożonego przestały dźwięczeć za jego plecami, również stanął jak wryty.

Lynthra siedziała na krześle dla petentów, podobna do upiornej lalki, porzuconej przez znudzone dziecko. Jej luźna szata lśniła żałobnym aksamitem czerni. Głowę okrywała chusta, druga zasłaniała twarz aż po oczy. Jasne, obrysowane czarnymi, pociągniętymi na skronie kreskami, patrzyły poważnie i ponuro, jakby zaschły w nich na zawsze nienawiść oraz smutek. Smukłe, poprzecinane smolistymi liniami żył dłonie pieśniarka splotła skromnie na podołku.

– Kim pani jest? – spytał Harald, chociaż znał już, przeczuwał prawdę. – Niech pani tym razem nie kłamie.

– Lynthra Razor – odpowiedziała cicho kobieta. – To moje prawdziwe imię. Tamto, które nadali mi rodzice, było tylko maską dla pierwszych lat życia.

Harald minął nieruchomego Yanna, powoli usiadł na wspaniałym krześle naprzeciwko pieśniarki. Uniosła na niego oczy.

– Czego tu pani szuka? – spytał Harald. – Słyszałem o pani. My wszyscy, kapłani, słyszeliśmy. Jest pani nam wrogiem. Pani pieśni obrażają Siłę. Jeżeli przybyła pani po Cud, niech się pani…

Zaśmiała się, niskim, schrypniętym, okrutnym śmiechem, który przenikał do samego serca i nie zostawiał w człowieku nic, co nie wydałoby się mu nagle bezwartościowe.

– Po Cud? Ja? – powtórzyła Lynthra. – Dziękuję, nie, poznałam już moc waszych Cudów… nie pamiętasz, kapłanie? No tak, cóż dla ciebie jeden pielgrzym więcej… jedno nieuleczalnie chore dziecko w tą czy w tamtą.

Harald poczuł, jak oblewa go zimny pot. Czy naprawdę? Czy źródło wszelkich jego wątpliwości, jego załamań, esencja jego największej życiowej porażki siedziała teraz przed nim, w tej strasznej, żałobnej postaci?

– Czego… czego pani chce?

– Prawdy – odrzekła obojętnie Lynthra. Było w niej jakieś znużenie, zupełny brak energii, być może wywołany bólem, który znosiła codziennie. – Prawdy o Cudzie, którego doświadczyła księżna Lusiany, i o wszystkich poprzednich. Chcę, by czcigodny kapłan wyjawił ją zgromadzonym w świątyni pielgrzymom i w specjalnym orędziu wszystkim wiernym.

Harald patrzył na nią jak oniemiały.

– Tej prawdy, którą głoszą pani ohydne pieśni? – wycedził.

– Prawda jest jedna – odrzekła Lynthra.

– Nie zrobię tego.

– Przekonam czcigodnego kapłana.

– Pani mi grozi?

Przekrzywiła głowę na bok.

– Będzie czcigodny kapłan wiedział, kiedy zacznę nakłaniać go do spełnienia mojej woli – zapewniła. – Dziękuję za rozmowę – dodała i podniosła się na nogi.

Harald odprowadził ją spojrzeniem do drzwi. Liczył, że powie coś jeszcze, rzuci na pożegnanie jakieś butne słowo. Nic takiego nie nastąpiło. Kobieta wyszła.

Chwilę Harald siedział nieruchomo, później poderwał się, prawie biegiem dotarł do drzwi i otworzył je gwałtownie. Na korytarzu nie było już śladu obecności Lynthry. Znikła jak duch albo jak żałobny zwiastun przeznaczenia.

*

Cóż jej z tego przyjdzie?

To samo pytanie dławiło zarówno najwyższego kapłana Haralda, jak i Lynthrę. Opuściła przytulne Salagne, gdzie zdobyła już pewien rozgłos jako pieśniarka, tylko po to, by przybyć do Aneth i raz na zawsze rozprawić się z otaczającym Emanację, kłamliwym mitem. Ale po co? Czy naprawdę miało jakiekolwiek znaczenie, że ludzie czerpią nadzieję z nieistniejącego? I jakie zyski miałoby przynieść ujawnienie prawdy? Mogła przynajmniej zażądać pieniędzy… z takiego szantażu przynajmniej wynikłyby wymierne korzyści.

Przystanęła na moście nad Sar, oparła się o barierkę i wpatrzyła w czerwone fale. Nad rzeką unosił się nieznośny zaduch. Wrzucone w nurt śmieci dryfowały, nurkując za każdym razem, gdy kanał stawał się węższy i spiętrzona woda przewalała się wśród rdzawej piany do kolejnego rozszerzenia.

Głupie ideały. Naiwne pragnienie, by zmienić na świecie cokolwiek. Mrzonki o zostawieniu po sobie jakiegoś śladu. Rozpaczliwe dążenie, by nie stać się kolejnym przegranym w walce z płomienicą, wrzuconym do wspólnego dołu, bez pamięci o imieniu, dokonaniach, planach. Temu podporządkowała całe życie. Dlatego została pieśniarką. A prawda o Emanacji? Ją powinien poznać każdy, bo była największym, najbardziej okrutnym oszustwem w dziejach Bezczasu.

Ideały! Dążenie do prawdy! Jakby cokolwiek mogło zmienić świat! Jakby cokolwiek mogło uczynić ludzką pamięć mniej kruchą… Lynthra poczuła, jak zalewa ją fala goryczy.

Ale poddać się bez walki? Nigdy, nigdy… dopóki serce bije, dopóki toczy czarną, zakażoną krew…

Lynthra westchnęła, zsunęła z twarzy chustę. Nic nie pomoże myślenie, marzenia, wróżby. Trzeba robić swoje i mieć nadzieję, że przyniesie to jakikolwiek skutek.

Nabrała tchu, wciągnęła cuchnące powietrze głęboko w płuca, wstrzymała je, schwytała w pułapkę własnego ciała i zaczęła śpiewać. Świat wokół zamarł na dźwięk pierwszej, ochrypłej jak dźwięczenie kryształów nuty. Oto z czarnych ust wydobył się dźwięk, nie słowo jeszcze, a przecież coś więcej niż milczenie. Nadeszła ciemność, skłębiona i wściekła, niewidoczna dla oczu, ale rzeczywista i namacalna dla tych zmysłów, które wyróżniają ludzi spośród innych zwierząt. Czarny płomień jak skłębiony tajfun zagarnął ulice, gdzie dotarł głos pieśniarki. Tchnął nowe życie w rzeźby na murach domów, w te figury o zapomnianym znaczeniu, bóstwa zredukowane do ozdobników. Wezwał drzemiące w brukach i szparach okien stworzenia, a one przybyły wraz z falą zdumionych słuchaczy.

Pieśniarka pochyliła głowę, wciągnęła w nozdrza wicher, czuła go w swoich płucach, czuła jak ulatuje z ust, zrujnowane ciało zmieniło się w ostry dym słowa, a uwolnione słowo stało się duszą. Pieśń zawsze jest ponad człowiekiem, niepodobna jej schwytać, wypełnia słuchaczy, na chwilę zmienia ich w nadludzi. Proste linie wersów wiją się jak węże w skomplikowanych mozaikach strof.

– Przybądźcie, wszystkie Duchy Mroku, wysłuchajcie posłania człowieka, który niewoli was łkaniem swego serca! – śpiewała pieśniarka.

A Duchy przybyły, zleciały jak zwabiony słodkim miodem rój, przeciągały swe niewidoczne cielska, zionęły oddechami i śmiały się bezdźwięcznie. Przed ich złowrogą obecnością zadrżały nawet kamienie mostu, pogrążonych w ekstazie ludzi przejął zarazem strach i uwielbienie. Ale pieśń ciągle płynęła, wirowała w powietrzu, nieugięta nawet przed potęgą Duchów. I oto nienazwane bestie z otchłani ludzkich wierzeń musiały uznać jej wyższość nad sobą, a wola słów stała się ich wolą. Stały się pieśnią, skłębioną i wściekłą jak miłosny uścisk żmii, chaosem tylko pozornie porządkowanym przez melodię, która w każdej chwili mogła ulec załamaniu, zmianie, odwróceniu, odbiciu. Pomknęły na jej skrzydłach do celu, a skoro nadano im cel, przestał istnieć nieład. Wraz z nim runęła w otchłań pieśń.

Świat się otrząsnął i przebudził. Spod mostu wypłynęło wzdęte, gnijące ciało szczura, niesione z nurtem Sar na posiłek dla padlinożernych ptaków. Lynthra oderwała wzrok od czerwonych fal, poprawiła chustę na twarzy, odwróciła się. Stanęła oko w oko z półkolem słuchaczy, odsuniętym z szacunkiem o kilka kroków. Niektórzy stali, inni siedzieli na deskach i balustradach mostu. Pieśniarka niedbale wyciągnęła rękę. Część ludzi błyskawicznie się ulotniła, inni wrzucili w jej zwiniętą w kształt miski dłoń drobne wytrząśnięte z sakiewek i kieszeni. Rozchodzili się do swoich spraw. Spontaniczny koncert dobiegł końca. Lynthra przeliczyła pieniądze. Powinno ich wystarczyć na opłacenie gospodarza za utrzymanie wielbłąda i nocleg.

Niczego więcej nie chciała. Na razie.

*

Najwyższy kapłan Harald nie zaznał już w życiu ani jednej chwili spoczynku.

Gdy zamykał oczy, by zanurzyć się w czarny spokój snu, dręczyły go wizje otchłani, gdzie pradawne, bezimienne bestie rozrywały na strzępy ludzkie myśli, a także ból trawionego przez płomień drzewa. W każdym odgłosie, jaki słyszały jego uszy, pobrzmiewały śmiechy, groźby i warczenie. Cienie, od których zawsze roiło się w świątyni, otrzymały dar życia i bezczelnie straszyły go swoim widokiem, odgrywając mu przed oczami wulgarne sceny gwałtów i wynaturzeń. Gdy Harald otwierał usta, zamiast słów dobywał się z nich bełkot, albo mówił w niepojętych językach bezcielesnych istot. Lekarz, który przybył do najwyższego kapłana na wezwanie jego uczniów, bezradnie kręcił głową. Aneth grzmiało plotkami o obłędzie opiekuna Świątyni Emanacji Siły.

Nie mógł zażądać, aby przyniesiono mu kielich z trucizną, ale próbował poderżnąć sobie żyły srebrnym nożem do otwierania kopert. Jego ciało okazało się twarde jak stal. Piękne ostrze noża wygięło się i wyszczerbiło, nie drasnęło jednak skóry.

Lynthra zjawiała się czasem na placu przed świątynią i siadała na marmurowej ławce wśród spalonych słońcem kwiatów. Harald nie widział, by przez ten czas poruszała się czy rozmawiała z kimkolwiek, ale sama jej ponura obecność działała na jego nerwy równie destrukcyjnie jak widok żywych cieni. Kapłan nie mógł nawet wydać stosownego rozkazu, by pieśniarkę wyrzucono precz. Odchodziła z własnej woli, najprawdopodobniej zadręczona upałem, zawsze jednak wracała.

Wola Haralda, dotąd niezłomna, zaczęła się kruszyć wobec okoliczności. Miał dość udręczenia. Wiedział, że jeśli wyzna prawdę o Cudach, nie będzie dla niego już miejsca na tym świecie. Śmierć wydawała się jednak słodka w porównaniu z przekleństwem Lynthry.

Mimo to wciąż się wahał. Bo jak to – zaprzeczyć wszystkiemu, co budował przez tyle lat? Wskazać siebie jako kłamcę, oszusta?

Stanął w końcu przy pulpicie do pisania, umoczył pióro w kałamarzu, zatrzymał jego ostrą końcówkę nad kawałkiem pergaminu. Nie mógł na razie wygłosić orędzia, mógł je jednak spisać. Może to uwolni od przekleństwa przynajmniej jego język. Spróbował sobie przypomnieć dokładnie, jak dochodził do prawdy…

Wszystko zaczęło się dziewięć lat wcześniej, od dziecka, które teraz dręczyło go jakby zawinił czemukolwiek… przeklęta, mściwa kobieta! Gdy mimo usilnych modlitw Siła nie zesłała jej uzdrowienia, Harald zaczął myśleć, patrzeć i wątpić. Co dzień setki pielgrzymów przychodziły do świątyni, by błagać o Cud. Harald jednak nigdy żadnego nie widział. Bezczas obiegały plotki o uzdrowieniach, cudownych poczęciach, ocaleniach z beznadziejnych sytuacji. Czemu Harald, który całe życie spędził w świątyni, nigdy żadnego nie wymodlił? Nigdy nie widział jak trąd spełza z ludzkich twarzy? Owszem, kilkakrotnie był świadkiem, jak ślepy odrzuca na bok swój kij i krzyczy: „Widzę! Widzę!”… ale mimo wszystko…

Harald nie mógł znieść wątpliwości. Opisał je w liście do arcykapłana Aneth, Askalanta Arn-Aneth, swojego przełożonego. Został zaproszony na rozmowę w cztery oczy. Wtedy poznał prawdę o Cudach.

Nie było uzdrowień, byli tylko najemnicy, którym płacono za opowieści o nich i przekupywani żebracy, udający ślepców bądź niemych. Nie było zesłanych przez Siłę dzieci, tylko zrozpaczone, zahukane przez niezdolnych do poczęcia potomka mężów kobiety, gotowe zajść w ciążę z kimś innym. Ilu spośród kapłanów znało prawdę? Niewielu. Arcykapłan, wybrani do płodzenia dzieci, starannie rekrutowani pracodawcy opowiadających o cudach bajarzy. Najwyższy kapłan Harald musi zrozumieć, że wszystko to na chwałę Siły.

Na chwałę Siły!

Harald zawzięcie skrobał piórem po pergaminie.

Ciągnął tę szopkę, przedstawienie na skalę całego Bezczasu, bo wierzył, że ludzie muszą mieć cokolwiek dla osłody marnych żywotów. Dlaczego nie Cuda? Dlaczego nie Siłę? Że to wszystko kłamstwa? I cóż z tego? Ale nie mogło być dobrze. Zjawiła się ta tutaj, sprzymierzona z najczystszym złem lafirynda, żeby wszystko zrujnować.

Askalant Arn-Aneth dawno zmarł, z nowym arcykapłanem Harald nigdy się nie spotkał, nikomu nie pisnął słowa na temat prawdziwej natury Cudów. Gdy zjawiła się księżna Lusiany, zażądał od niej takiej sumy, na jaką tylko dozwalała przyzwoitość i odesłał ją do Bractwa Świętego Poczęcia. Nieskuteczny mąż przestał ją bić, miała tego swojego wymarzonego bachora, rozsławiła świątynię Haralda. Panikowała strasznie, ale cóż z tego? Przeszłoby kobiecie. Wszystko ułożyłoby się, jak zwykle, system dalej działałby bez zarzutu, tak jak działał od zawsze.

Gdyby nie ta cherlawa wariatka, z góry skazana na grób!

Do drzwi gabinetu zapukał Yann.

– Czcigodny kapłanie – powiedział nieśmiało. – Pielgrzymi chcą widzieć się z czcigodnym kapłanem… dali stosowną ofiarę, ale ze względu na stan czcigodnego kapłana nie wiem, czy dopuścić.

Harald machnął ręką. Niech gołowąs robi, co chce. Co mu po spotkaniach z pielgrzymami? Otworzy usta, by ich powitać, a zamiast tego z gardła wydrą się jakieś wściekłe rechoty pradawnych języków.

Yann jednak nie dostał szansy. Brasham Veerok-Lusiana, który słyszał z sąsiedniej komnaty słowa młodego kapłana, był zbyt wycieńczony trudami podróży, by ryzykować, że odprawią go z niczym. Księżna Lusiany kazała mu przekazać świątyni ofiarę na zadośćuczynienie za niepopełniony jeszcze czyn. Spełnił wolę głupiej kobiety. Skinął na trójkę swoich ludzi – tylko tylu przeżyło morderczą, ciągnącą się w nieskończoność wędrówkę, w tym na szczęście Terk – i cała gromada ruszyła do gabinetu kapłana.

Yann odwrócił się, by ich powstrzymać, Brasham jednak pchnął go na framugę. Wyrwał miecz i zbliżył się do Haralda. Stary kapłan upuścił pióro, cofnął się, zachwiał, wsparł o pulpit. Ciężki kałamarz spadł na dywan, roztrzaskał się w eksplozji barwnych szczątków i atramentu.

Brasham wbił miecz pod przeponę Haralda, skrwawiony czubek ostrza wyjrzał z drugiej strony. Po chwili ciało starca osunęło się na podłogę.

Brasham obejrzał się na swoich ludzi. Żadnego z nich pożytku… czego spodziewała się księżna? W świątyni nie było nawet straży. Młody kapłan nie raczył krzyknąć. Gapił się na najemnika wielkimi oczami. Terk przysunął mu ostrze własnego miecza do gardła.

Brasham dał znak siostrzeńcowi i gdy pokój wypełniło agonalne rzężenie Yanna, spojrzał na niedokończone pismo Haralda. Słabo czytał, ale rozpoznał kilka słów. „Cud”. „Prawda”. Zgniótł pergamin, włożył go do sakwy przy boku. Schował broń do pochwy. Pismo odda się księżnej, na razie trzeba możliwie najszybciej opuścić miasto, nie zwracając na siebie uwagi.

Ponownie skinął swoim. Wyszli z gabinetu kapłana. Brasham poczuł, jak po plecach przebiega mu dreszcz. Nie był przesądny, ale czy śniące w kątach cienie nie nazbyt łapczywie wyciągały się w kierunku jego drużyny?

*

Lynthra szła szybkim krokiem przez ulice, a na niebie rozgrywał się z dawna wyczekiwany dramat. Niebieskie słońce, otoczone kordonem ciemnych chmur, zuchwale wspięło się nad horyzont i zaatakowało swego szkarłatnego brata. Drgający w upale błękit przestworzy rozjaśniły błyski świetlnych eksplozji. Całe niebiosa drżały pod uderzeniami walczących gwiazd. Ich ognistymi ciałami raz za razem targały potężne eksplozje, którym towarzyszyły wybuchy barwnych gazów, wzbijających się z płonących powierzchni słońc w imponujących gejzerach.

Cud, szeptało Aneth, Cud, wydarzył się Cud! Cud, szumiały kpiąco fale Sar, gdy Lynthra przebiegała most nad rzeką. Cud, świergotały ptaki. Cud mieli na ustach wszyscy przechodnie.

Ostatni cios wyrwał ze Źrenicy Płomienia czerwoną chmurę i absolutny władca upału wspaniałym łukiem runął z nieba, ciągnąc za sobą płomienny ogon, jak przebita harpunem ryba zostawiająca w wodzie ślad krwi. Niebieska gwiazda, Królowa Lodu, stanęła dumnie w zenicie, otoczona nieodłącznym dworem czarnych chmur, z których na spragnioną ziemię lunął zimny deszcz.

We wściekłych strugach wody, które jak bicze siekły ulice miasta, wyrywały ze skwerów wyschnięte trawy i strącały w locie uciążliwe robactwo, Lynthra dotarła przed Świątynię Emanacji Siły. Zgromadził się tam wielki tłum, przez który niepodobna było się przepchnąć. Z wnętrza pięknego budynku wynoszono na marach ciała.

– Co się stało? – zwróciła się Lynthra do trędowatego, który siedział z żebraczą puszką pod żelaznym płotem otaczającym teren świątyni.

– Cud – odrzekł niedotykalny, nieznacznym ruchem wyciągając do niej puszkę. – Jacyś zbójcy przybyli do świątyni. Mówią, że posłańcy jakiejś szalonej sekty. Zabili najwyższego kapłana.

– I gdzie tu Cud? – spytała ze złością Lynthra.

Czuła ogień w żyłach, a przede wszystkim w piersi, zupełnie jakby jej serce trawiły właśnie płomienie.

– Powiem wam. Byłem w środku, to widziałem. Chcieli widzieć się z najwyższym kapłanem, dali ofiarę, bo bez pieniędzy nie sposób. Młodszy kapłan ich zabrał na górę, do przełożonego. Zeszli niezadługo, a spieszno im było strasznie. Myśmy wszyscy nie wiedzieli, że oni już byli zamordowali najwyższego kapłana, i tego młokosa. – Urwał na chwilę. – Ja trędowaty, szanowna pani. Ja wam powiem wszystko. Jeno wspomóżcie.

Wyjęła z kieszeni szaty umocowaną łańcuszkiem do pasa sakiewkę. Wyciągnęła okrągłego miedziaka, pokazała trędowatemu, wrzuciła do jego puszki. Skinął z uznaniem głową i już bez ociągania skończył opowieść:

– Nie doszli byli do drzwi ci mordercy, jak ich gniew Siły dopadł. Jak ich rwać poczęło na strzępy! A bez niczego, ani nikt nie widział, co się dzieje. A wyło, jakby bestie jakie, skrzeczało, żarło, krew bryzgała! Strzępy same zostały… to wiadomo przecież, że Cud. Pomściło najwyższego kapłana.

Lynthra skinęła głową, spojrzała po raz ostatni na świątynię i odeszła, zatopiona w ponurych myślach.

Cóż za ironia losu! Nasłane przez nią Duchy Mroku, gdy im odebrano ofiary, postanowiły rozprawić się z tymi, którzy zniszczyli ich zabawkę. Pomściły Haralda na swój krwiożerczy, bezmyślny sposób. I przyczyniły się do rozsławienia tego wielkiego kłamstwa, któremu ujawnieniu miały posłużyć. Plan przecież zadziałał, tylko dziwny splot okoliczności przeszkodził w jego wykonaniu.

A gdyby tak tym razem uderzyć wyżej? W arcykapłana? On też musi znać prawdę o Cudach.

Ochłodziło się i ręce zmarzły Lynthrze na kość. Wsunęła je w kieszenie szaty. Czuła wielkie, przytłaczające zmęczenie, bunt dręczonego chorobą ciała. Jakże naiwny był jej plan! Teraz zdała sobie z tego sprawę. Prawda, której sama dowiedziała się od najpotężniejszego z Duchów Mroku… ta prawda, która wydawała się bardziej nierzeczywista od Cudów, bo czy naprawdę oszustwo o tak kruchych filarach mogłoby przetrwać tyle wieków… ta wspaniała i zarazem straszna prawda, nawet ujawniona, nie przetrwałaby długo na Bezczasie. Cóż znaczy wyznanie jednego kapłana? Inni obwołaliby go szaleńcem i kłamcą, sprzątnęli po cichu i dalej grali w kółko tę samą teatralną sztukę. Jeden człowiek, nawet pieśniarz, niewiele może wobec wiary tysięcy.

Maria Dunkel

Podziel się

O autorze

Odpowiedz