Bilet do domu i inne błyskotki Eleanor Catton


Lata 60. XIX wieku, Nowa Zelandia. Na wyspie wybucha gorączka złota. Szkot Walter Moody to jeden z tych śmiałków, którzy przybywają do miasta Hokitika skuszeni wizją bogactwa. Tuż po zejściu na ląd jest świadkiem dziwnego zgromadzenia. Dwunastu mężczyzn spotyka się w tajemnicy w palarni jednego z hoteli, by przedyskutować sprawę serii niewyjaśnionych zdarzeń. Kilka dni wcześniej bez śladu zaginął pewien młody bogacz, który zamieniał w złoto wszystko, czego się tknął. Na drodze prowadzącej do Hokitika znaleziono nieprzytomną prostytutkę, która  próbowała odebrać sobie życie. A w chacie poszukiwacza złota, który zapił się na śmierć, niespodziewanie znaleziono wielką fortunę…

Tyle z zapowiedzi. Ale to z pewnością już wiecie.

Uprzedzam, że nie będzie to rozpływająca się w pochlebstwach recenzja. Tych napisano już milion pięćset sto dziewięćset.

A zatem… posłuchajcie. Wzorem autorki, która przed każdym rozdziałem książki zamieszcza jego streszczenie, i ja podzielę się z Wami telegraficznym skrótem tego, co się za chwilę wydarzy.

Będzie o okropnym początku, fantastycznym wnętrzu i końcu, którego równie dobrze mogłoby nie być. A także o bilecie do domu i kościelnych zegarach. Przed początkiem jednak… będzie o odwadze. O cholernej odwadze.

Po co jest odwaga?

Powiem Wam, że trzeba wykazać się nie lada odwagą, aby napisać książkę liczącą sobie przeszło dziewięćset stron. Zwłaszcza jeśli masz dopiero dwadzieścia osiem lat, czyli tyle, ile autorka „Wszystkiego, co lśni” – Eleanor Catton. Dziewięćset stron to tak wielka przestrzeń, że niezwykle trudno ustrzec się przed potknięciami.

Odwaga jest jednak również potrzebna do sięgnięcia po tak obficie spisaną pozycję. Chociażby z tej prostej przyczyny, że z wybraniem lektury bywa jak z zaciąganiem zobowiązania: będziemy razem, aż przeczytanie nas nie rozłączy. A nie oszukujmy się, w przypadku „Wszystkiego, co lśni” chwilę to trwa.  U mnie minęły równo dwa tygodnie obserwowania leżącej na biurku książki, zanim w końcu zdecydowałam się po nią sięgnąć.

Niedole znudzonego czytelnika

„Lampy spirytusowe nie zastąpiły jeszcze morskiego koloru umierającego dnia w palarni i swoim bladym światłem zdawały się podkreślać ogólną niewesołość nastroju”.

I pierwsze, co przyszło, to niewesołe rozczarowanie. Czytelnik bowiem od samego początku atakowany jest przydługą listą postaci i mapą miejsca, o którym nie ma jeszcze najmniejszego pojęcia. Pojawia się zatem pierwsza myśl: czy muszę to zapamiętać? Umieszczenie tych informacji na samym początku sugeruje, że tak. Czy wobec tego poradzę sobie bez przestudiowania tych wiadomości?

Rozczarowanie pogłębia się tylko w czasie lektury pierwszego rozdziału. Oto bowiem poznajemy prawnika Waltera Moody’ego i jego do bólu nieoryginalną historię. Niekochany, niechciany… nieciekawy. Muszę przyznać, że przez te sześćdziesiąt pierwszych stron długo wahałam się, czy nie odłożyć książki. Zwłaszcza że, pomijając wspomnianą postać, nieprzyzwyczajony do wiktoriańskiej prozy czytelnik musi się dodatkowo zmierzyć z narracją i formą właściwą dla dziewiętnastowiecznych powieści angielskich.

Zniechęcenie wzmacnia tylko fakt, że Eleanor Catton w celu skonstruowania historii posługiwała się obliczeniami astronomicznymi, które narzuciły formę całej książki. Te pierwsze sześćdziesiąt stron to ofiara tego podejścia. Odniosłam wrażenie, że są tam tylko po to, by wszystkie matematyczne obliczenia zgadzały się z odgórnie narzuconą formułą.

Środek ze złotawszystko co lsni

„Tak – powiedział. – Rozumiem, do czego pan zmierza. Niebezpieczeństwo stanowi ów przypominający zmierzch albo świt moment przejściowy między starym i nowym światem.
– Musimy pozbyć się starego świata”.

I na szczęście wraz z przejściem do kolejnego rozdziału pozbywamy się nudnego Waltera.

Kiedy bowiem przebrnie się przez ten pierwszy rozdział i oswoi ze stylem powieści, to potem…

Ach.

Potem otwiera się przed czytelnikiem świat fenomenalnie fantastyczny. Oto bowiem na scenę powieści wprowadzany jest cały arsenał trików i artefaktów stosowanych przez Karola Dickensa, siostry Bronte czy autora „Targowiska próżności”. A są to: podwójne tożsamości bohaterów, zaginione bliźnięta, bękarty, fałszerstwa, ukryte listy, skradzione skrzynie, bogacze, którzy nie są bogaczami, ubodzy, którzy nie są ubodzy, okultystyczne seanse, kradzieże, pogonie, żądni zemsty mściciele, blizny szpecące twarze, wreszcie upadłe prostytutki, poszukiwacze złota i wszechobecne kłamstwa.

“Serce Thomasa Balfoura biło teraz bardzo szybko. Nie znał wcześniej straszliwego napięcia, które ogarnia kłamcę, kiedy zaczyna rozumieć, że teraz jest już jak gdyby związany z wypowiedzianym przed chwilą fałszem, że od tej chwili musi łgać dalej, dokładać mniejsze kłamstewka do tego pierwszego i zamknąć się w samotnej kontemplacji własnego błędu. Odtąd będzie musiał nosić kłamstwo jak kajdany (…)”.

Nagle orientujemy się, że zegar wybija trzecią w nocy, a my jesteśmy na pięćsetnej stronie i nie mamy najmniejszej ochoty odkładać lektury do następnego wieczoru. Bierzemy więc książkę ze sobą i nosimy tę cegłę przez cały dzień, żeby w wolnej chwili się dowiedzieć, co wydarzyło się dalej. Bo wciąga i uzależnia. „Wszystko, co lśni” w warstwie fabularnej jest połączeniem obyczaju, kryminału i przygody z fenomenalnie zarysowanym tłem historycznym. Nie było takiego fragmentu książki, w którym autorce dałoby się zarzucić, że nie odrobiła zadanej lekcji. Wręcz przeciwnie, musiała wykonać tytaniczną pracę, aby do perfekcji dopracować wszystkie te historyczne smaczki, którymi częstuje czytelnika ku jego uciesze.

wszystko co lśni Wschód słońca nad rzeką Hokitika. Zdjęcie zrobione przez Eleanor Catton

Złote samorodki

Fabuła książki porusza wiele ciekawych tematów. Mnie w szczególności zapadł w pamięć jeden. Tytułowy dla tego tekstu – bilet do domu, wciąż aktualny przez pryzmat naszej polskiej emigracji zarobkowej.

„Skarb, wystarczający na <<bilet do domu>>, to szansa na rozpoczęcie wszystkiego od nowa, panie Nilssen – odezwał się w końcu. – Człowiek, który znajdzie odpowiednio dużą bryłkę złota, może kupić sobie nowe życie, a cywilizowany świat nie daje mu na to nadziei”.

Nowa Zelandia XIX wieku to zapomniany przez Boga kraniec świata, gdzie cywilizacja jest tylko odległym wspomnieniem. Większość bohaterów przybywa do Hokitika, aby wzbogacić się i zacząć życie od nowa. Po to, by godnie żyć, poświęcają rodzinę, dumę, dobre imię, wolność – to, co mają najcenniejszego. Nie licząc jednego wątku romantycznego, to chyba też najbardziej emocjonalny motyw książki Eleanor Catton. Chciałoby się powiedzieć: „Więcej, proszę więcej!”. Jednak pomimo sporej objętości duża liczba postaci sprawia, że brakuje przestrzeni, by poczuć mocniej chociaż jedną z nich.

Koniec, który był za daleko

wszystko co lsniGdzieś około osiemsetnej strony wszystkie wątki powieści splatają się i znajdują swój finał. Postawmy sprawę jasno – finał trzymający w napięciu, z wartkim tempem i nagłymi zwrotami akcji. Autorka jednak nie poprzestaje na jego przedstawieniu, tylko ciągnie czytelnika przez kolejne ponad sto stron i odsłania przed nim obrazy z przeszłości, które do wspomnianego finału doprowadziły. I choć momentami jest to nawet ciekawe, to jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że niepotrzebne. To trochę tak, jakby puszczała do czytelnika oko, mówiąc: „Widzisz? Przemyślałam to sobie wszystko!”. Tak więc poza kilkoma naprawdę ładnie zarysowanymi scenami nie dowiadujemy się niczego nowego.

Znów powraca wrażenie, że forma powieści góruje nad jej treścią. I jeśli spojrzeć na „Wszystko, co lśni” jak na eksperyment z formą, który dopracowuje ją do perfekcji, to można zrozumieć, dlaczego nagroda Bookera powędrowała właśnie w ręce Eleanor Catton. Autorka z prawdziwą finezją drwi sobie z czytelnika, bawiąc się formą wiktoriańskiej powieści, i raz po raz mruga porozumiewawczo w naszą stronę. Jak chociażby wtedy, gdy Walter Moody dyskutuje o prawdzie z przypadkowo napotkanym podróżnikiem:

„Próbuję się zdecydować, czy mówić całą prawdę, czy tylko prawdę – odrzekł po chwili. – Obawiam się bowiem, że w mojej opowieści nie uda mi się zawrzeć obu.
– Ejże… Prawdy nie potrzeba nam wcale – rzekł Paddy Ryan. – Czy ktoś mówił o prawdzie? W tym kraju jesteś wolny, Walterze Moody. Możesz mi opowiadać takie banialuki, jakie tylko chcesz, a jeśli uda ci się je dociągnąć do rozstaju dróg w Kumara, to uznam, że wysłuchałem wspaniałej opowieści”.

Jednak mimo wszystko na sam koniec poczułam się trochę oszukana. Nie dlatego, że to zła książka. Stwierdzenie takie byłoby bardzo wszystko co lsniniesprawiedliwe. Jednak trudno się oprzeć wrażeniu, że „Wszystko, co lśni” to książką o… książce. O jej pisaniu, o czytaniu, o tym, czego jako czytelnicy spodziewamy się po lekturze. Brakuje jakiegoś elementu… ludzkiego, czegoś, co w czasie czytania można „poczuć”, jakiegoś głębszego przesłania. W końcu czytamy książkę, która zgarnęła jedną z najważniejszych nagród literackich na świecie. I niestety w gronie takich pozycji jak: „Życie Pi”, „Biały tygrys”, „Kwestia Finklera” czy „Poczucie kresu” powieść Eleanor Catton wypada zwyczajnie blado.

Długo myślałam nad tym, w jaki sposób można zobrazować „Wszystko, co lśni”, by oddać również hołd wspaniałej pracy, którą wykonała autorka. Być może mieliście kiedyś okazję oglądać zegary astronomiczne – wielkie konstrukcje przynależne kościołom lub miejskim ratuszom. Posiadają zwykle kilka obracających się równolegle tarcz, które sprzężone ze sobą pokazują upływ czasu, jednocześnie obrazując ruch ziemskiego nieboskłonu. Niektóre z takich zegarów ozdobione są dodatkowo rzędami poruszających się figur. „Wszystko, co lśni” to właśnie tego typu konstrukcja. Można przed nią stanąć i podziwiać, jak powolny obrót tarcz zegara wprawia w ruch pięknie zdobione figury. Człowiek staje przed takim zegarem i przez chwilę zachwyca się jego misternym działaniem. Tyle że po chwili nachodzi nas refleksja, że choć piękne, co przed oczami, to jednak tylko mechanizm, bo postacie poruszają się w niewoli zegara, bez własnego udziału jak pozbawione życia marionetki.

Julia Pokrzywa

zdjęcia pochodzą ze stron:
meanjin.com.au / listener.co.nz / unitybooks.co.nz / theguardian.com

komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *