Beth Underdown „Czarownice z Manningtree”

Oklakda.carownice

Beth Underdown fabułę swojej debiutanckiej książki oparła na prawdziwej historii Matthew Hopkinsa. To angielski łowca czarownic, który w czasie wojny domowej w Anglii, w połowie siedemnastego wieku, doprowadził do stracenia za czary setek kobiet. Underdown w swojej powieści podaje liczbę stu sześciu ofiar, a według innych źródeł mogło być ich nawet trzysta. Co skłoniło Hopkinsa do takiego działania? Historia mówi nam o nim bardzo niewiele. Zachowały się opisy jego działalności, ale o prywatnym życiu mało wiadomo. Beth Underdown w „Czarownicach z Manningtree” przedstawia własną wersję jego losów.

Trzeba przyznać, że czyni to w dość przewrotny sposób, gdyż osobą z punktu widzenia której obserwujemy wszystkie wydarzenia jest starsza siostra Matthew Hopkinsa, Alice. Po śmierci męża wraca z Londynu do Manningtree w hrabstwie Essex. Samotna kobieta w ciąży jest zdana na łaskę brata. Niemal od samego początku dochodzą ją słuchy, że Matthew został tropicielem czarownic, ale Alice nie daje temu wiary. Ponieważ dorastała wraz z nim i byli sobie bardzo bliscy, nie wierzy, by był zdolny do zadawania cierpienia. Naiwnie zakłada, że cała nagonka skończy się dobrze, a uwięzione kobiety niebawem wyjdą na wolność.
Underdown nie próbuje zaskoczyć czytelnika rozwojem akcji. Rozpoczyna historię od momentu, gdy uwięziona Alice powraca wspomnieniami do chwili powrotu w rodzinne strony. Pragnie opisać dzieje Matthew, nawet jeżeli nikt ich nie przeczyta, bo tylko ona znała go tak dobrze.

Dziewięć miesięcy temu mój brat Matthew zaczął zabijać kobiety. Wywlekał je z ich domów w nadrzecznych miasteczkach (…). Matthew porywał te kobiety i zabijał w majestacie prawa, nigdy go nie złamał. Przychodził po te, co nie chciały własnych dzieci, lub po te, które nadmiernie interesowały się cudzymi. Nikt nie protestował, przynajmniej nie od razu, jeśli już, to ledwie słyszalnym szeptem (s. 15-16).

Książka od pierwszych stron przytłacza czytelnika mroczną, posępną atmosferą, która gęstnieje ze strony na stronę. Niby nic wielkiego się nie dzieje, krążą plotki, pomówienia, których na początku nikt nie traktuje poważnie. Ale wprawionej w ruch machiny nikt nie może zatrzymać. Jedno oskarżenie o czary pociąga za sobą kolejne, bo przecież wiedźmy spotykały się z sąsiadkami i krewniaczkami i one musiały coś wiedzieć. Autorka bardzo dobrze pokazuje, że byle błahostka wystarczała do skazania kobiety za uprawianie czarów. Ożywały dawne urazy i zatargi. Oskarżonych nikt nie bronił, aby nie być następnym. Okrutna wojna dodatkowo zabijała współczucie.
Underdown kreśli plastyczny obraz świata, w którym wierzono, że nie ma granicy między tym, co realne, a tym, co nadprzyrodzone. Zło było namacalne i należało się stale przed nim bronić. Istniały setki przesądów – np. butle czarownic umieszczane w kominach, by odpędzały złe moce, czy obgryzanie paznokci dzieciom i wrzucanie ich w ogień, by nie trafiły w niepowołane ręce.
Niepokój wywołany lekturą wzmaga fakt, że choć oskarżenia kobiet o czary i ich wymuszone torturami przyznania się do winy są bezpodstawne, to jednak obecność zła została w powieści zaakcentowana. Kształt przemykający w ciemności, przedziwnie zniszczone zboże – w subtelny sposób Underdown daje czytelnikowi do zrozumienia, że prawdziwe zło naprawdę istnieje, ale nie tam, gdzie dopatruje się go Matthew. Jedno zdanie w zakończeniu „Czarownic z Manningtree” rzuca zupełnie nowe światło na przedstawione wydarzenia.

Ponieważ cała historia jest opowiedziana z punktu widzenia Alice, sam Hopkins pozostaje aż do końca zagadką. Wyjaśniają się różne sprawy z przeszłości, rodzinne tajemnice wychodzą na jaw, ale odpowiedź na pytanie, dlaczego Matthew stał się łowcą czarownic, pozostaje otwarte. Co uważam za zaletę, gdyż czasem po prostu nie istnieją właściwe odpowiedzi.
I o ile Matthew jest dobrze wykreowaną postacią, to na jego tle Alice wydaje się nijaka. Trudno powiedzieć, by miała aktywny wpływ na wydarzenia. Z początku jest zrozumiałe, że mając w pamięci obraz brata z dzieciństwa, nie daje wiary plotkom o jego polowaniach na czarownice. Ale nawet gdy dociera do niej prawda, także nie potrafi zdobyć się na podjęcie jakichkolwiek działań. W efekcie kończy marnie, a ratuje ją tylko rozwiązanie typu deus ex machina.

„Czarownice z Manningtree” to udany debiut Beth Underdown. Autorka umiejętnie łączy to, co wiadomo o Matthew Hopkinsie, z literacką fikcją. W efekcie dostajemy mroczną powieść o polowaniu na czarownice, którego ofiarami padały kobiety nie mogące się bronić. A prawdziwe zło pozostawało w cieniu i zapewne bawiło się doskonale.

Barbara Augustyn

Autor: Beth Underdown
Tytuł: „Czarownice z Manningtree”
Tłumaczenie: Magdalena Rychlik
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 376
Data wydania: 2018

About the author
Barbara Augustyn
Redaktor działu mitologii. Interesuje się mitami ze wszystkich stron świata, baśniami, legendami, folklorem i historią średniowiecza. Fascynują ją opowieści. Zaczytuje się w literaturze historycznej i fantastycznej. Mimowolnie (acz obsesyjnie) tropi nawiązania do mitów i baśni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *