AWANTURA Z Jerzym Franczakiem rozmawia Magdalena Pioruńska

0

Jerzy Franczak: urodzony w 1978 roku. Prozaik, eseista, literaturoznawca. Do roku 2001 opublikował kilka książek z wierszami, po czym – jako liryk – zamilkł na wieki. Wydał zbiory opowiadań „Trzy historye” (HA!art, 2001), „Szmermele” (Nowy Wiek, 2004) i „Algi, kalki, zębatki” (Świat Przedstawiony, 2004), zbiór esejów „Grawitacje” (Rita Baum, 2007) oraz powieści „Przymierzalnia” (HA!art, 2008), „Nieludzka komedia” (Wydawnictwo Literackie, 2009), „Da capo” (Wydawnictwo Literackie, 2010), „NN” (Ha!art, 2012). Opublikował też dwie rozprawy o literaturze nowoczesnej: „Rzecz o nierzeczywistości” (Universitas, 2002) i „Poszukiwanie realności. Światopogląd polskiej prozy modernistycznej” (Universitas, 2007). Współtwórca (wraz z PIOtrem Kalińskim) książek artystycznych (patrz: Bestlookery). Na antenie TVP Kultura prowadził program o nowościach wydawniczych „Czytelnia”. Redaguje „Książki w Tygodniku” (dodatek do „Tygodnika Powszechnego”), gdzie regularnie oublikuje szkice i eseje (zob. http://tygodnik.onet.pl/autorzy/jerzy-franczak). Wykłada na polonistyce i kulturoznawstwie UJ jako pracownik Katedry ANtropologii Literatury i Badań Kulturowych (http://www.antropologia.polonistyka.uj.edu.pl/katedra).

Magdalena Pioruńska: Można z powodzeniem powiedzieć, że jesteś człowiekiem literackiego renesansu – wydajesz książki, redagujesz dodatek do „Tygodnika Powszechnego”, prowadziłeś też program na antenie TVP KULTURA, a w dodatku na pełen etat wykładasz na Uniwersytecie Jagiellońskim polonistykę i kulturoznawstwo. Od czego się to wszystko zaczęło i czy czasami nie czujesz dojmującego przesytu literaturą?

Jerzy Franczak: Rzeczywiście, brzmi to strasznie, jakbym w kółko, na kilku etatach, robił jedno i to samo, wcale nie jak człowiek renesansu, tylko jakiś nowoczesny spec! Na szczęście literatura nie tylko JEST CZYMŚ, ale też jest O CZYMŚ! Każdorazowo, jako czytelnik, wchodzę w inny świat. Książka to nośnik, wehikuł wiedzy i wyobraźni, poza tym nie da się jej czytać w zupełnym oderwaniu, każda powieść zakorzenia się w rzeczywistości na inny sposób, poprzez historię, psychologię, naukę, politykę… Na przykład ostatnio, na wakacjach, czytałem „W kraju rzeczy ostatnich” Paula Austera. To opowieść, która wyrasta wprost ze współczesnych apokaliptycznych lęków i odwiecznych nadziei mesjańskich. Czytam zatem historię osadzoną w świecie nieokreślonej przyszłości, a równocześnie czytam rzeczywistość, przepuszczoną przez filtry fantazji, obsesji, schematów, konwencji… Tak staram się też pisać o tekstach, które mnie intrygują i niepokoją. Na tej zasadzie, by sięgnąć po moje ostatnie pomysły, wróciłem do „Obłędu” Krzysztonia z narzędziami wziętymi od Michela Foucault, by zapuścić się w rejony antypsychiatrii i historii szaleństwa, dramaty Różewicza czytałem z „Otwartym” Agambena w drugiej ręce, by zastanowić się nad antropologiczną różnicą między człowiekiem i zwierzęciem, wróciłem do „Ferdydurke” po lekturze Sloterdijka, bo zaciekawił mnie fenomen nowoczesnego cynizmu, itede itepe. Tak, czasem czuję się znużony tym, co robię, ale nie odczuwam nigdy przesytu literaturą, prędzej przesyt myślą krytyczną, którą wchłaniam w dużych ilościach, czego nie da się uniknąć, bo piszę książkę o pewnym współczesnym filozofie… Ale pytałaś o coś jeszcze?

da_capo_IMAGE1_321006_3–Pytałam, czy nie czujesz przesytu literaturą, a także od czego się to wszystko zaczęło.

–No tak. Wiesz, ja się wychowałem w domu, w którym było dużo książek, to musi zostawać jakiś ślad, myślę, że kulturę czytania wchłania się przez osmozę. Niemniej do czytania nie odczuwałem żadnej słabości, stokroć ciekawsze wydawały mi się inne zajęcia, jedne typowo chłopackie, jak piłka nożna, Magia i miecz czy Atari kolegi, inne typowe dla późnego PRLu, jak maniakalne zbieractwo puszek, kapsli i kolorowych prospektów… W każdym razie czytałem jedynie ze względu na szkolny przymus. Aż mnie skręcało, jak miałem się zabrać za jakieś Porwanie w Tiutiurlistanie czy innego Doolitla! Do czasu, aż natrafiłem na swojego autora, swój rodzaj literatury. Pamiętam ten moment bardzo dobrze, bo ta lektura zbiegła się z pierwszą podróżą na Zachód. Miałem dwanaście lat, jechałem autokarem do Belgii i czytałem „Ubika”. Nie mogłem się skupić, bo z jednej strony Runciter i stan półżycia, a z drugiej –za oknem –kolejna fantasmagoria, równie zjawiskowa, co świat Dicka. Przez kilka następnych lat pochłonąłem setki fantastycznych fabuł, od klasyki typu Wells, Capek, Clarke, Asimov, Lem, po rzeczy zupełnie zakręcone, jak Vonnegut czy Fuentes. Nie mogłem tyko strawić fantasy, do dziś na samą myśl o tych pseudośredniowiecznych harcach dostaję gęsiej skórki. W każdym razie parę lat spędziłem w getcie s-f, a kilku co dziwniejszych autorów (prócz wymienionych Bułhakow, Huxley, Golding, Aymé) pokazało mi wyjście ewakuacyjne. Wtedy też, mniej więcej w wieku lat dwunastu, zacząłem pisać. Te pierwsze opowiadania to były proste space-odyseje albo jakieś fantazje przyszłościowe w mocno dystopijnym klimacie. Wspólnie z kolegą pisałem powieść i wymyślałem grę karcianą, bez większego skutku. Tak się stało, że jakoś nie wszedłem w klimaty fanowskie, w pewnym momencie zawiesiłem prenumeratę Nowej Fantastyki i Feniksa i rzuciłem się w całkiem nową przygodę.

–Nową przygodę tzn. jaką? Masz na myśli zdradę fantastyki/literatury popularnej na rzecz tzw. literatury wysokich lotów? Zdarza Ci się dzielić literaturę na tę gorszą z „niższej” półki i na tę lepszą z „wyższej”?

–Oczywiście wypada odpowiedzieć, że nie, bo w modzie jest kulturalna wszystkożerność, ale co tam… Tak, są książki z niższych i wyższych półek, co nie znaczy, że te pierwsze są gorsze, a te drugie lepsze. Jestem na przykład wszystkożerny i mocno niewybredny, jeśli chodzi o kino –z dziką rozkoszą oglądam filmy klasy B, C i D, nałogowo wciągam wszystkie, nawet najbardziej tandetne s-f i post-apo, horror, nawet sensację, chyba tylko mainstreamowych komedii nie mogę zdzierżyć. Ale nie umiem czytać książki źle napisanej, niedowarzonej językowo, kulejącej, głupiej, polepionej z klisz i gotowców. To przekracza moją wytrzymałość, to jest tortura gorsza nawet, niż słuchanie tandetnej muzyki. Wracając do pierwszego pytania: nie chodziło mi o literaturę wysokich lotów, tylko o poezję, moją kolejną wielką przygodę w świecie słów. Mówię o przygodzie, bo tym właśnie jest dla mnie czytanie i pisanie –awanturą, w którą wplątuję się dobrowolnie, zgadzając się na wielką niewiadomą. No i są takie przygody, które mają moc odmieniania życia. No więc poezja, tak, ale nie to, co akurat wtedy –czyli w połowie lat 90. –było modne, żadne tam szkoły nowojorskie, żadni o’haryści, w ogóle nie Amerykanie, tylko Francuzi, których pochłaniałem w oryginale, ci wielcy czarodzieje i jasnowidze, od Rimbauda przez Apolinaire’a i Jacoba, po nadrealistów. Przyznasz zresztą, że jest w tym pewna konsekwencja. Rimbaud pisał, że może z wielką łatwością zobaczyć meczet w miejscu fabryki. To jest tak, jakbyś razem z tymi „mistykami w stanie dzikim” (to Claudel o Rimbaudzie) przemieniał Ziemię w obcą planetę, znane i swojskie w obce i dziwne. Upajałem się ekscentrycznymi frazami i upijałem wizjami. Sam też próbowałem pisać w ten sposób, ogłosiłem drukiem trochę wierszy… W okolicach roku 2000 ten i ów pisał, że reprezentuję razem z Romanem Honetem nurt „ośmielonej wyobraźni”. No ale potem koniec, szlus, coś się we mnie dokonało i właśnie na początku stulecia stworzyłem ostatni poemat i programowo ostatni zbiorek wierszy –nazywał się „Król rdzy” –i zacząłem pisać prozę, opowiadania.

jerzy_franczak_fot_PIO

(Fot.: PIO)

–Rimbaud rzeczywiście potrafi uwieść – zwłaszcza, kiedy jego rolę odgrywa młody Di Caprio. 😉 Przestałeś pisać wiersze, bo wypaliła się Twoja poetycka wena, czy też po prostu chciałeś spróbować odnaleźć się w innej konwencji? Co to według Ciebie znaczy, że książka jest polepiona z klisz i gotowców? Powiela wszystkie wyświechtane wyznaczniki danego gatunku?

–Właśnie to. Jak czytasz kolejny czarny kryminał, w którym tysięczna mutacja Marlowe’a miota się po świecie pozbawionym zasad, a na dodatek nie ma wyjścia, tylko musi palić Camele i pić brandy, pieszcząc swoją trzydziestkę ósemkę… Rozumiesz, z góry wiadomo, co będzie dalej, w warstwie językowej ta sama przewidywalność: „mruknął”, „pociągnął łyk”, „skrzywił się”. Nie widzę sensu czytać czegoś takiego. Chyba że pojawia się jakiś dystans, chyba że konwencja staje się przedmiotem gry. Tak próbował bawić się kryminałem Świetlicki w swojej trylogii (ale moim zdaniem nie bardzo mu to wyszło). Ja czytałem pasjami Roberta Coovera, który brał jakiś gatunek, na przykład sensację w „Wieczorze w kinie” albo western w „Mieście widmie” i czynił z nią cuda. Wszystko tam było z papieru –świat z papieru, papierowe postacie –na ogół to określenie funkcjonuje jako element krytyki, ale u niego to było fascynujące. Tak zaginał czasoprzestrzeń, że wychodziły mu jakby figury niemożliwe, światy niemożliwe. Uwielbiałem za takie tricki również Fuentesa, Bartha, Pynchona, a zwłaszcza Barthelmego. Łatwo zauważyć, że wymieniłem właśnie kanon pisarzy postmodernistycznych, tak, już wiesz co dalej powiem? Czytałem i pisałem, to zawsze tak u mnie wygląda, napisałem wtedy „Trzy historye” –to był znowu 2000, a może 2001? Pierwsze opowiadanka, które ukazały się w HA!arcie na otwarcie ich serii prozatorskiej. Potem spłodziłem jeszcze w tym duchu „Szmermele” i „Algi, kalki, zębatki”, obie wydane w 2004. Nie wiem, czy „wypaliła mi się wena”, jak to ujęłaś, raczej uznałem, że teren wyobraźniowej poezji –a innej nie umiałem pisać –został już wyeksploatowany i zapragnąłem popracować na innym odcinku. Efekt taki, że chwalono mnie za „postmodernistyczne etiudy”. Oczywiście z mojego punktu widzenia rzecz była stokroć bardziej skomplikowana. To wszystko łączyło się na przykład podskórnymi nićmi z moimi robotami literaturoznawczymi. W 2002 roku opublikowałem książkę o „Mdłościach” Sartre’a i „Ferdydurke” Gombrowicza, z małym suplementem o „Rozpaczy” Nabokova, a rok później otworzyłem przewód doktorski. W tym czasie pracowałem w mediach –były to kolejno radio, portal internetowy, telewizja, prywatna firma film production –i kwestie konwencji, sztuczności, formy i udawania interesowały mnie na bardzo różne sposoby: jako początkującego gombrowiczologa, jako czytelnika egzystencjalistycznej filozofii, z tym jej potępieniem nieautentycznego życia „bydlaków”, wedle określenia Sartre; jako redaktora, kierownika planu i faktotum na planie zdjęciowym, jako autora pastiszy i parodii. Tak więc rzekomy postmodernizm służył do załatwienia osobistych porachunków z rzeczywistością. Sprawy jednak tak się potoczyły, że skręciłem w inną stronę, a momentem przełomowym była z pewnością „Przymierzalnia”, wydana w 2008, ale napisana jakieś pięć-sześć lat wcześniej. To była ostatnia przymiarka do powieści, które zacząłem pisać ostatnimi laty.

–Kiedyś powiedziałeś, że piszesz tak, żeby wręcz sprawić trudność czytelnikowi w trakcie czytania. Dlaczego nie chcesz wychodzić czytelnikowi na przeciw? Jak ważny jest dla Ciebie bohater w Twoich książkach i jak ważny w sięganiu po kolejne książki? Np. dla mnie opowieść zawsze tworzy dobrze skonstruowany bohater. Czytałam i oglądałam wiele ambitnych filmów, które znudziły mnie do cna, bo nie miałam się w kim zakochać – mówiąc kolokwialnie. A czasami mniej ambitna książka potrafi mnie zainteresować i poświęcam jej dużo myśli i czasu, bo właśnie zakochałam się w bohaterze…

–No nie wiem… Rzadko zakochuję się w bohaterach książek, które czytam, nawet tych moich ulubionych książek, zresztą to często sągraw dość przykre typy. Sam też chyba próbowałem kreować antybohaterów, jak to się mówi: nie ma w nich heroizmu, niewiele do podziwiania, trochę antypatycznych cech, sporo zawiści, małostkowych uczuć i resentymentów… Taki jest narrator „Nieludzkiej komedii”, Emil, nienawistnik i cynik, a ostatecznie morderca, podobnie jego brat, Kamil z „Da capo”, cała galeria postaci z „NN”… Jeśli mówiłem coś o sprawianiu trudności czytelnikowi, nie miałem na myśli kłopotów ze zrozumieniem tekstu, który jest zbyt zawiły czy enigmatyczny, by zrozumieć go przy pierwszym czytaniu. Chodziło mi o trudność z zaakceptowaniem bohatera albo pewnej wizji świata, albo pewnych sformułowań. Wśród książek, które mnie zmieniły sporo jest takich właśnie pozycji: nikt nie lubi ich bohaterów, bo ich nie da się lubić, ale za ich sprawą coś dziwnego dzieje się z rzeczywistością. Pierwszą książkę literaturoznawczą poświęciłem trzem takim powieściom: to „Ferdydurke”, „Mdłości” i „Rozpacz” . Józio prowadzi nas w głąb świata, który wyzbywa się substancji, który poraża obcością i obraca się w kosmiczne szyderstwo, podobnie Roquentin u Sartre’a czy Herman Nabokova –mam słabość do takiego maksymalizmu. Czy zresztą da się zakochać w postaciach z prozy Kafki? Becketta? Bernharda? Może coś jest na rzeczy, chętnie sięgam po ciężkie dania i sam też próbuję czasem takie serwować. Wychodzę naprzeciw czytelnikowi, którzy szuka czegoś więcej, niż łatwej rozrywki.

–Wspomniałeś, że piszesz nową książkę – tym razie o współczesnym filozofie… Zdradzisz nam coś więcej na jej temat? Kogo uczyniłeś swoim głównym bohaterem?

–To będzie rzecz o Jacques’u Rancière, chcę przedstawić jego myśl filozoficzną, polityczną i estetyczną w całym jej bogactwie, a następnie wykorzystać kilka jego gier pojęciowych do opisu wybranych utworów dwudziestowiecznej literatury polskiej. Zresztą Rancière zgodził się przyjechać w tym roku na krakowski Festiwal Conrada, będę prowadził z nim rozmowę. Sporządziłem z tej okazji dla „Tygodnika Powszechnego” jego sylwetkę –proszę bardzo, dla zainteresowanych, oto link: http://tygodnik.onet.pl/kultura/cwiczenia-z-wolnosci/rrct7. Jakie są sprzężenia między tego rodzaju zainteresowaniami a moim pisaniem, nie umiem powiedzieć, widzę to dopiero z perspektywy czasu. Ale być może niewielka książeczka, której premiera zapowiedziana jest przez wydawcę na połowę października, jakoś nieśmiało romansuje z ideą „podziału zmysłowego” i „reżimów widzialności”…? W każdym razie nie chodzi o przełożenia jeden do jednego, nie wymyślam postaci i fabuł w celach ilustracyjnych, żeby coś ukazać albo udowodnić, każdy utwór jest sondą, którą próbuję zapuścić w nieznane i sam ciekawie się przyglądam, co z tego wyniknie.

szm–Kiedy się tak przyglądam Twoim odpowiedziom, nasuwa mi się refleksja, że literatura jest dla Ciebie przygodą. Masz pewien zamysł jak ma ona wyglądać w Twoim przypadku i konsekwentnie go realizujesz. Próbujesz też swoich sił w nauczaniu CW. Jak to doświadczenie wpływa na Twoją twórczość? Czujesz się czasami przygnieciony obowiązkiem, czy też czerpiesz inspiracje z pierwszych, pisarskich prób młodych twórców?

–Ani to, ani to. Trudno czuć się przygniecionym krótkimi spotkaniami raz na miesiąc (albo nawet rzadziej) z grupą ludzi piszących i chcących rozmawiać o pisaniu. Z drugiej strony, „źródło inspiracji” to za wiele powiedziane. Te nasze wzajemne lektury i rozliczne rozmowy bywają ciekawe, ale stosuje się do nich uniwersalne prawo, które obowiązuje w tej materii: YOU NEVER KNOW. Nigdy nie wiadomo, co cię zainspiruje, to nie musi być wcale rozmowa z pisarzem, to może być, to częściej bywa nawet rozmowa z taksówkarzem. To nie musi być przeczytana książka… Jasne, w tym wywiadzie, zgodnie z pewną konwencją, rozmawiamy głównie o lekturach, ale literatura nie karmi się tylko własnym ogonem. Owszem, robi się ją ze słów, a każde słowo ma swoją historię i pamięć, słowa zbija się w zdania, zdania w akapity, a sposób, w jaki to robimy jakoś włącza nas w uniwersum tekstów pisanych. Ale impuls przychodzi nie tylko z tych fikcyjnych światów. Potrzeba napisania czy zapisania czegoś rodzi się z sytuacji, spotkania, zderzenia, bo ja wiem? Z zadziwienia, z konfliktu, przypadku, z przejęzyczenia… Wiesz, o co chodzi? Na bilboardzie widzę zdjęcie mojej byłej; stoję na światłach, wiozę dzieci do szkoły; w tym momencie moja córka myli się uroczo (jest 11 listopada) i mówi, że dziś Święto Odległości (to tytuł mojej kolejnej książki). Albo: jesteśmy nad jeziorem, jakieś drzewo pyli tak mocno, że wygląda to, jakby w środku lata padał śnieg, a potem skaczemy do tej wody jak na reklamie kokosowego batonu; popisowy numer lata plus beznadziejnie cukierkowa reklama. To jest zaczyn ––doświadczenie, w którym zaczyna pracować myśl. Ta myśl nie jest do końca wykrystalizowana, ale posiada swój wektor, swój kierunek, a ja wiem, że powinienem jej towarzyszyć.

–Oczywiście – wiem. Realny świat jest bardzo inspirujący, a dla takich chwil, które opisałeś, rzeczywiście warto mu się wnikliwie przyglądać. Czyli starasz się nie ulegać innym wpływom pisarskim?

–No nie, tak się nie da… Każdy pisarz „walczy z wpływem”, jak to opisał filozof Harold Bloom, każdy ma swojego Prekursora, jednegoniel bądź wielu, z którym lub z którymi się zmaga, nawet jeśli z tego nie zdaje sobie sprawy. Ale tak jak nie ma pisania zupełnie niezależnego względem tego, co już zostało napisane, tak samo nie ma… świata realnego, który nie byłby uwikłany w słowa. Przyglądając mu się i szukając słów, które by do niego przylegały, kształtujemy jego obraz, formujemy go. Nie ma więc sytuacji: podmiot naprzeciwko świata, czyste doświadczenie i niewinny język. Świat i opowieści o nim to continuum. Tak to w każdym razie widzę. Robota pisarska odbywa się w tej przestrzeni, w tej zaplotce. Brzmi to dość abstrakcyjnie, więc weźmy jakiś przykład… Nawet te sytuacje, o których mówiłem przed chwilą! Tafla jeziora pokryta białym puchem to jest dziw natury, a zarazem nasuwa skojarzenia z reklamą, ale nie tylko –bo podczas kontemplowania tego obrazu przyszedł mi do głowy krajobraz nuklearny, wiesz, ten opad radioaktywny, który sypie się z nieba jak puch. Po amerykańskiej próbie nuklearnej na atolu Bikini dzieci łapały te płatki i łykały, a w chwilę potem rzygały krwią – jest o tym fragment w świetnym filmie „Atomic cafe”, jednym z pierwszych found footage. Ale tafla wody pokryta taką białą rzęsą wygląda też romantycznie, kojarzy się z amantem, który wchodzi i brodzi, żeby zebrać kwiecie… Lilie wodne, jak w „Nad Niemnem”. Tych skojarzeń jest więcej, w każdym razie „realny świat”, jak mówisz, jest już w dużej mierze światem opowiedzianym. Opowiadając go na nowo, nadpisujemy swoją wersję na tych już istniejących. No a potem zaczyna się „szukanie słowa”, a nie ma i nigdy nie było słowa „właściwego rzeczy”! No więc masz –płatki, ale jakie? Przecież nie śniadaniowe. „Pył” jakoś łączy się z prochem, popiołem, przed chwilą powiedziałem „puch”, a nawet „rzęsa”… Każdy wyraz ma swoją pamięć i każdy działa w inny sposób. A jeśli chcesz to jeszcze wpisać w fabułę z postaciami, z tłem, to ta przestrzeń zmieszania, pamięci i wyboru powiększa się. Flaubert powiedział kiedyś, że od widoku pustej kartki kręci mu się w głowie. Ja czuję to samo, gdy patrzę w ekran, na którym mruga kursor.

–Czyli jak rozumiem nie piszesz ręcznie?

–Coś notuję od czasu do czasu w takim małym kapowniku, tak, i kiedy kreślę plan wydarzeń, to na kartce, ale potem siadam i walę w klawiaturę. Potrzebne mi tylko słuchawki, a w nich muzyka instrumentalna, zapętlona, zorkiestrowana z tym, co piszę. Reszta nie ma znaczenia –na przykład taki detal, jak miejsce. Niektóre książki pisałem w domu, inne w kawiarni (za dnia) i knajpie (wieczorem), jedną w pracy, jak miałem przez chwilę taką pracę bardziej biurową, fragmenty innej w pociągu… Pierwsza moja powieść powstawała w ruchu, szkicowałem „Przymierzalnię” w podróży autostopem do Stambułu i z powrotem. Jak już piszę, to świat zewnętrzny jest nieistotnym detalem. Rok temu, równiutko, w październiku, siedziałem przez miesiąc w Paryżu i skleciłem malutkie „Wyczerpanie”, na które właśnie czekam. Z tym ze to już inna sytuacja, bo tam chodzi właśnie o uważne obserwowanie i nasłuchiwanie.

–Opowiesz nam coś więcej o „Wyczerpaniu”? Czy po takich wycieczkach w głąb innego świata, ciężko jest Ci wrócić do rzeczywistości?

szczekaczka–Jesienią ubiegłego roku pojechałem do Paryża razem z moim przyjacielem, artystą grafikiem, założycielem legendarnego krakowskiego Lokatora, czyli Pio. Rozstawaliśmy się na całe dnie, ja siedziałem trochę w bibliotece, on szwendał się w poszukiwaniu inspiracji, a wieczorami imprezowaliśmy razem. Ale wcześniej, o 18.00, spotykaliśmy się dzień w dzień w Café de la Mairie. Otóż w tej kafejce na Place St Sulpice, prawie czterdzieści lat wcześniej, przesiadywał pewien pisarz, którego obaj czytamy pasjami, a Pio wydaje systematycznie jego dzieła w swoim wydawnictwie. Georges Perec, bo o nim mowa, najgenialniejszy kombinator literacki wszechczasów, przesiedział tam kilka dni i zapisywał to, co widzi i słyszy. Tak powstała „Próba wyczerpania pewnego miejsca paryskiego”. No i my ponowiliśmy ten eksperyment, ja obserwowałem, nasłuchiwałem, notowałem, katalogowałem, a Pio rysował. To nie tylko ćwiczenie warsztatowe, ale kolejna przygoda, bo okazuje się, że nie tak łatwo oddać w słowie to, co dzieje się w lokalu, na chodniku, na ulicy, na placu, przed kościołem i koło fontanny, bo po pierwsze to jest symultanka totalna, nie do ogarnięcia, po drugie jedyną stała takiego obrazu jest zmienna, po trzecie mowa, jak wiadomo, jest niedoskonała, ogólna, metaforyczna i pokrętna, a po czwarte nie ma niewinnego oka i każde patrzenie jest projektowaniem. A do tego pozwoliłem sobie kilka razy na uruchomienie skojarzeń, a jeszcze w bibliotece poczytałem co nieco o tym miejscu i jego obraz znowu się zmienił… Tak że znowu ciśnie mi się na usta słowo „przygoda” –przygoda patrzenia i obserwowania samego procesu patrzenia, pisania i przyglądania się słowom, całkowitego zanurzania się w „tu i teraz” oraz uwalniania fantazji i pamięci, które odkształcają cały ten landszafcik. Przygoda, francuskie „aventure”, czyli po prostu – awantura! Książka będzie dwujęzyczna, no i oczywiście niebagatelnej urody, co gwarantują ryciny Pio. Nosi tytuł „Wyczerpanie”, bo równocześnie chciałem sprowokować pytanie, czy aby sama idea eksperymentu literackiego à la Perec, nie wyczerpała się w naszych czasach.

–Czyli jak rozumiem również eksperymenty z grafiką nie są Ci obce… Próbowałeś kiedyś tworzyć scenariusze do komiksów, czy ta dziedzina kompletnie Cię nie interesuje?

NN-new13–Miałem raz wspólny projekt z pewnym rysownikiem, nic z tego nie wyszło, bo on po prostu nie wziął się do roboty, gotowy tekst rozpisany na strony i mniej więcej na ramki przeleżał parę lat, a potem posłużył mi za kanwę opowiadania. Teraz spotykam się z kolei z rysowniczką, mamy pewien pomysł i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Od kilkunastu lat produkujemy ładne książeczki, zwane przez nas „bestlookerami”, z Pio, ale komiksem trudno to nazwać, raczej próbą dialogizowania tekstu i obrazu. Pewnie, jest w tym coś pociągającego, a zarazem trudnego, bo jako pisarz jestem imperatorem, sprawuję rządy niepodzielne i autorytarne, a tutaj trzeba dogadywać się z kimś innym i powierzać mu swoje pomysły. Pisanie to sport solowy, co ma swoje plusy i minusy. Ja jednak widzę więcej plusów. Jednak nie jestem twórcą renesansowym, wbrew twojej sugestii, bo ani powieści obrazkowe, ani scenariusze filmowe, ani pisanie dla teatru, ani nawet poezja, a idąc dalej –ani działania plastyczne, ani fotografia, ani happeningi, ani muzykowanie… Lista jest długa, a po drugiej stronie tylko: proza i esej. Za to jaka rozległość i rozmaitość tutaj! Bo od powieści psycholgiczno-obyczajowej, za jaką uchodzi „Da capo”, do totalnie pokręconego „Święta odległości” –sto mil z okładem, tyle samo od osobistych esejów z „Grawitacji” czy z „Teatru cieni” (to rzecz w przygotowaniu) do artykułów o filozofii literatury, estetyce i polityce. Ta dwójpolówka mi wystarcza, nie mogę nawet ogarnąć wzrokiem całego terenu, a jak natrafiam na jakąś granicę, to próbuję ją przesunąć. Od paru lat na przykład mozolę się nad dużym dziełem epickim, którego akcja obejmuje sto parędziesiąt lat… To dla mnie zupełnie nowe wyzwanie. Możliwe, że nigdy go nie ukończę, bo po głowie chodzi mi inny, bardziej kameralny pomysł, ale na razie nie odpuszczam.

–Dzieło epickie? Brzmi bardzo poważnie – jakbyś ścigał się z Tołstojem…

–Mówię „epickie” ze względu na rozmach… Przynajmniej w zamyśle, jak mówiłem, nie wiem, co z tego wyjdzie. W ogóle nie lubię opowiadać o pomysłach oczekujących realizacji, bo to byty abstrakcyjne, one dopiero krystalizują się podczas pisania, podlegają selekcji i obróbce. W każdym razie nie zamierzam się na żadną sagę rodzinną, pisania o rodzinie po „Nieludzkiej…” i „Da capo” mam już dość. Wyobrażam sobie jedną kamienicę, jej lokatorów, to oni będą bohaterami, ich historie pokażę w kilku odsłonach, jakbym kierował reflektor na krótki wycinek czasu, dobę lub kilka dni. W takich okruchach przeglądają się różne całości –życiorysy, wzorce zachowań, obyczajowość, historia. A zacząć chcę z początkiem XX wieku, tak że sto parędziesiąt lat obejmie również nieodległą przyszłość. Nawet zacząłem, po raz pierwszy w życiu, pisać od końca, czyli od ostatniego epizodu! Znasz jego fragment, bo czytałem go na moim wieczorze w Zakopanem, na którym akurat byłaś. Wygląda to trochę tak, jakbym opowiadał mroczną bajkę sobie samemu sprzed lat –temu nastolatkowi, zakochanemu w s-f.

–Aha! Wydało się! 🙂 Miałam wtedy nadzieję, że jednak pójdziesz z tą historią w fantastykę – wiesz jak kocham ten gatunek.

–Pociąga mnie ten pomysł, by fantastyka wyrastała z prozy współczesnej, a ta z kolei –z historycznej, pomysł, by zarysować pewną ciągłość, logikę rozwoju, a może brak logiki, pęknięcia i zerwania… Ale materiał rozrasta mi się, mam wrażenie, że na sam futurystyczny epizod potrzebuję ze stu stron! Przejmuje mnie to autentyczną grozą.

–Podoba mi się, że nie stawiasz sobie żadnych granic… Myślisz czasami o wymogach narzucanych pisarzowi przez wydawcę czy redaktora? Nikt Ci nie stoi nad głową i nie męczy Cię przypominaniem o czytelniku i sprzedaży Twoich książek?

–I na to jest sposób. Wiadomo, że im większe wydawnictwo, tym większe nakłady finansowe i większe parcie na masowego czytelnika. przTe mniejsze z kolei mają trochę inne cele i często jadą na jakichś dotacjach. Mnie się to ułożyło dość komfortowo bo współpracuję kilkoma wydawcami, a zdarza mi się pisać książki względnie zrozumiałe, i takie zupełnie zagadkowe, a czasem coś pośrodku. Wydaję u dużych, średnich, niewielkich i całkiem malutkich, zobacz: Wydawnictwo Literackie, HA!art, Forma, Rita Baum, Lokator… Różne są relacje z różnymi redaktorami przy okazji bardzo różnych książek, tak powiem oględnie, natomiast nigdy –bo rozumiem, że o to pytasz? –nigdy nie zmieniałem książki w sposób znaczący pod presją redaktora, to znaczy nie skróciłem o połowę, nie wyciąłem skandalizującego wątku, ani nie uprościłem składni. Już podczas pisania wiem mniej więcej, gdzie mogłoby się to ukazać, do jakiego czytelnika trafić. Natomiast, thanks God, nie jestem zawodowym literatem, na życie zarabiam jako akademik, eseista, redaktor, a literatura pozostaje dla mnie domeną radykalnej wolności. Nie chcę profesjonalizmu, chcę pozostać amatorem, czyli kochankiem, tak, wolę to od stałego związku.

–Czyli uważasz, że nie można być do końca wolnym twórczo profesjonalistą? To działa tak, że autor martwi się o chleb i musi się nagiąć do wymogów wydawnictwa, żeby dostać pieniądze? Stałe związki są naprawdę takie złe, nawet jeśli wypracuje się pewne zasady współpracy i kompromis? A może właśnie o to chodzi? Nie można być prawdziwym pisarzem-artystą, idąc na kompromis ze swoją twórczością?

–Nie, ja w ogóle nie mówię, że „nie można” i że „się nie da”! Znam wielu pisarzy-zawodowców, którzy robią rzeczy całkiem własne, samoswoje. Gorzej z tymi, którzy nie mają statusu gwiazdy i nolens volens muszą iść na jakieś kompromisy. Ale wszystko jest kwestią temperamentu. Nie wszyscy mają, jak ja, feblika do transgresji i do ekscentryczności, są tacy, co mieszczą się cali w pewnej formie komunikacji. Może tak łatwiej, bo i wydawcy, i czytelnicy wiedzą, czego się po nich spodziewać. Ja pewnie kapryśny jestem, niestały, nie przywiązuje się do własnych utworów, do poetyk, do wydawców, nie marzę o stałej publiczności czytelniczej. Chciałbym, żeby każda z moich książek była inna, i żeby dziwiła się pozostałym! Literatura jest dla mnie narzędziem zmiany, a nie techniką uwodzenia.

–To ja chyba wolę jednak uwodzić… Gdzieś w środku tkwi we mnie ogromna próżność, która domaga się ogromnej rzeszy fanów. 🙂 A propos fanów – wspominałeś coś na temat swoich córek. Czy one czytają Twoje książki? Nafaszerowałeś je już literaturą?

–Moje córki są za małe, żeby czytać TAKIE RZECZY! W ogóle, choć książek w domu jest trochę, nie są raczej molami książkowymi… histZresztą, ja w wieku mojej starszej córy –dziesięć lat –miałem zupełnie inne zainteresowania: przede wszystkim pika nożna, to po pierwsze, trenowałem w każde popołudnie, grałem w tym wieku jako starszy trampkarz w MZKS Wieczysta. Dalej –szachy, roiłem nawet o karierze szachisty, czytałem fachową literaturę i studiowałem różne gambity, może stąd moje upodobanie do gier literackich, kombinacji, zmyłek i zagwozdek. Zresztą wybitnym szachistą był największy czarodziej dwudziestowiecznej epiki, a może w ogóle największy magik prozy światowej ever, czyli Vladimir Nabokov. I jeszcze astronomia! Jako szczyl zaczytywałem się w popularnonaukowych książkach o kosmosie, jeździłem też do obserwatorium w Niepołomicach. Czytanie space-odysei było naturalnym przedłużeniem tych wczesnych fascynacji. Literaturę najlepiej odkrywać na własną rękę, w dowolnie wybranym momencie życiowym. Czytanie powinno wiązać się jakoś z innymi pasjami, wtedy nie jest ucieczką od świata, lecz próbą nawiązania z nim kontaktu na nowych zasadach.

–A czego możemy Ci życzyć w przyszłości? Kolejnych intrygujących powieści, czy może jeszcze idziesz w inną literacką stronę? Jakie masz pisarskie plany?

–Właściwie już się wygadałem –chciałbym ukończyć powieść, która rozrasta mi się niepomiernie. Przygotowuje też do druku zbiór esejów i wiążę duże nadzieję z tym rodzajem pisania. Ale ogólnie rzecz biorąc, chciałbym sobie życzyć pisarskiej niewiadomej. Nie chcę i nie zamierzam zmieniać się w generator przyzwoitych tekstów –kryminałów, obyczajówek, postapo, whatever! –wolę stan, w którym literatura łączy się ze światem na różne nieoczywiste sposoby, a czasem zrywa to połączenie, by wynegocjować je ponownie… Brzmi to tak pięknie, że każde następne zdanie byłoby bluźnierstwem. Amen!

–Dziękuję za rozmowę! 🙂

Podziel się

O autorze

Magdalena Pioruńska

twórca i redaktor naczelna Szuflady, prezes Fundacji Szuflada. Koordynatorka paru literackich projektów w Opolu w tym Festiwalu Natchnienia, antologii magicznych opowiadań o Opolu, odpowiadała za blok literacki przy festiwalu Dni Fantastyki we Wrocławiu. Z wykształcenia politolog, dziennikarka, anglistka i literaturoznawczyni. Absolwentka Studium Literacko- Artystycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. Sama też próbuje swoich sił w roli nauczyciela kreatywnego pisania. Dotąd wydała książkę poświęconą rozpadowi Jugosławii, zbiór opowiadań fantasy "Opowieści z Zoa", a także jej tekst pojawił się w antologii fantasy: "Dziedzictwo gwiazd". Autorka powieści "Twierdza Kimerydu". W życiu wyznaje dwie proste prawdy: "Nikt ani nic poza Tobą samym nie może sprawić byś był szczęśliwy albo nieszczęśliwy" oraz "Wolność to stan umysłu."

Odpowiedz