Atoosa Afshin Navid, Ograniczoność umysłowa

0

̶ Ech, ty ograniczony umysłowo dzieciaku! Liczbę pięć postaw po tej stronie dwójki. Pięć dwa, pięćdziesiąt dwa. Po chińsku mówię, że nic do ciebie nie dociera?

Pic-Atoosa-1

Atoosa Afshin Navid

Pani M. miała licencjat z literatury perskiej, ponieważ przyszło jej żyć w ciężkich czasach, nauczała fizyki. Każdej soboty na dwóch ostatnich lekcjach otwieraliśmy podręcznik, czytaliśmy go strona po stronie, podkreślaliśmy co ważniejsze fragmenty i po upływie prawie trzydziestu minut dochodziliśmy do części z zadaniami[1]. Biedny ten, kto przeczytawszy zadanie z książki, jako pierwszy musiał je rozwiązywać przy tablicy. Ja sama, już w pierwszych dniach nowego roku szkolnego dowiedziałam się, jak smakuje ograniczoność umysłu. Cokolwiek bym zrobiła i jakkolwiek bym się wysilała, nie udawało mi się znaleźć związku między liczbami, plusami, minusami oraz znakiem mnożenia. Pani M. nieprzerwanie krzyczała, a ja jakbym pogrążała się w głębinach basenu pełnego kleju ani nie słyszałam, co mówi, ani nie byłam w stanie wykonać najmniejszego ruchu ręką czy nogą.

„Ograniczoność umysłowa” dopóty kojarzyła mi się jednoznacznie z panią M. i kompletnym brakiem zrozumienia zadań z fizyki, dopóki nie postawiłam stopy w deszczowym i pochmurnym kraju Królowej. Początek emigracji przypominał wypełnione nadzieją i strachem pierwsze dni nowego roku, kiedy wciąż składasz sobie nowe postanowienia i przyrzeczenia. Jeżeli całe życie doskwierał ci niedostatek, obiecujesz sobie solennie, że będziesz bogaty. Jeżeli nie doświadczyłeś rodzinnego ciepła, obiecujesz sobie postarać się o sławę. Jeżeli całe życie cierpiałeś na niedosyt wolności, przyrzekasz sobie żyć bez zobowiązań. Jeżeli zaś, jak ja, czułeś żal wobec tych, którzy wyjechali, nie wspominając potem ani słowem o nowym miejscu pobytu, przyrzekasz sobie, że już od pierwszego dnia będziesz wszystko skrzętnie notować. Pomyślałam, że będę pisać dla tych, którzy jeszcze nie zdecydowali się na przyjazd, a może i nigdy nie przyjadą. Będę pisać, jak tutaj jest, jak ludzie myślą i żyją. Pragnęłam zrozumieć, z jakiego powodu życie tych, którzy od przeszło stu lat stanowią dla nas wzór, tak bardzo różni się od naszego i dlaczego z każdym naszym  krokiem do przodu, dystans między nami i nimi jeszcze bardziej się powiększa.

Do pierwszego znaczącego konfliktu między mną a obcymi miejscowymi doszło już piątego dnia po przyjeździe. W jednej z londyńskich dzielnic wynajęliśmy studenckie mieszkanie. Zaraz pierwszego dnia właściciel zawitał do naszego pokoju, zamierzając dokonać kilku instalacji elektrycznych i błyskawicznie rozpoczął konwersację. Pochodził z Hong Kongu i wiedział o Iranie jeszcze mniej, niż ja na temat jego rodzinnego miasta. Pierwsze pytanie, które padło z jego ust, dotyczyło zawodu, wykonywanego przez Alirezę. Usłyszawszy w odpowiedzi słowa: planner, architect, uniósł wysoko brwi i ze zdziwieniem zaczął pytać:

̶  Czy to znaczy, że u nas spotyka się jednopiętrowe domy?

̶  A jak wyglądają ulice?

̶  Aha, to znaczy, że są też samochody?

̶  Jak dużo?

̶  A więc naprawdę macie miasto?

̶  O rany, a więc populacja także musi być spora?

̶  Jedenaście milionów za dnia i osiem milionów nocą?

̶̶  A więc, cztero- czy pięciopiętrowe budynki zapewne też nie należą do rzadkości?

̶  Wyższe?

̶  Jeszcze wyższe?

̶  Więc metro także?…

Z każdą naszą odpowiedzią krótkie, zaokrąglone brwi Edmunda unosiły się coraz wyżej i wyżej, jego wąskie oczy rozszerzały się, mój głos natomiast wznosił się na coraz wyższe tony. Opowiadałam Edmundowi o Teheranie, jego niemających końca autostradach, o czasie, który jest potrzebny do przemieszczenia się z jednego końca miasta na drugi, a także o tym, jak długo zajmował mi dojazd z domu do miejsca pracy.

̶  Och, to kobiety w Iranie prowadzą samochód?

Krew uderzyła mi do głowy:

̶  Yes, why do you think that women don’t drive in Iran?

Im dłużej ciągnęła się nasza rozmowa, tym bardziej rzeczywistość, która stała się moim udziałem, wydawała mi się coraz bardziej nieprawdopodobna. W mgnieniu oka straciłam swoją pozycję wykształconej kobiety ze średniej klasy. Co gorsza, nie wiedziałam, jak sobie mnie wyobraża stojący naprzeciw skośnooki. Zakutaną babinę poruszającą się na wielbłądzie pośród szlamowatych zakamarków teherańskich parterowych chałup czy trochę lepiej:  mieszkankę małego miasteczka pełnego zakurzonych uliczek, bezrobotnych, wałęsających się mężczyzn oraz kobiet spędzających popołudnia, siedząc w kucki przed domem? Czułam wewnętrzny przymus, aby się bronić. Aby bronić mojego miasta, mojego kraju i jego kobiet. Podniosłam głos, żeby nie dobiegał mnie wewnętrzny krzyk. Ktoś w środku mnie pytał: Jakie to ma właściwie znaczenie, czy twój hongkoński właściciel domu oczyma wyobraźni będzie widział cię na wielbłądzie czy w środku samochodu; jako gospodynię domową czy kobietę pracującą zawodowo? Po raz pierwszy w życiu miałam wrażenie, jakbym w jednym momencie traciła budowane latami swoje „ja”. Czułam też,  że moje ”ja” nie jest tylko kreacją umysłu, ale w takim samym stopniu jest wytworem mojego stylu życia, jak i wytworem wyobraźni tych, którzy stają twarzą w twarz z owym „ja”, imaginują je sobie, a potem z tym wyimaginowanym „ja” rozmawiają. Kulminacja nastąpiła, gdy Edmund, podnosząc klucz płaski, zapytał:

̶ This… I forgot his name… Khomeini; he is communist, isn’t it? I don’t understand is he Taliba nor communust or what else?

I zanim zdążyliśmy mu cokolwiek odpowiedzieć, stając na wprost mnie zapytał czy nie jest tak, że w Iranie wszystkie nosimy się tak samo? Czador i nikab?

Postawiłam się na miejscu Edmunda, próbując zgadnąć, na ile posiadanie dwóch młodych lokatorów pochodzących z kraju, w którym system władzy plasuje się pomiędzy talibizmem a komunizmem, może wydawać się przerażające. Ludzi żyjących na pustkowiu w prymitywnych parterowych domach, którzy cholernego angielskiego nauczyli się Bóg jeden wie gdzie. Szturmowałam. Byłam zdeterminowana, aby bronić ideałów wolnościowych pewnej rewolucji. Mówiłam o wolności w sposób, o jaki bym się nie podejrzewała. Opowiadałam o różnorodności kobiecych ubrań, kolorowych rusari; wspominałam o szerokich i obcisłych mantach; o czadorze i o tym, że ta różnorodność to właśnie wolność![2] Jaka wolność? Czy to naprawdę ja to wszystko mówiłam?

Po upływie godziny nie byłam w stanie już złapać tchu. Bezradna przysłuchiwałam się toczonej dalej konwersacji Alirezy i Edmunda. Tak jakby mnie tam w ogóle nie było, a wszystko to działo się we śnie. Jakbym miała się za chwilę obudzić, a witający się ze mną ludzie mieli widzieć we mnie wykształconą kobietę ze średniej klasy, uczącą i piszącą opowiadania, zgadując od razu, co myśli na temat wolności i jakie są jej poglądy.

Oczywiście, problem nie dotyczył wyłącznie Edmunda. Ja także nie byłam w stanie go zrozumieć. Język mi się plątał, gdy do łysiejącego mężczyzny z wystającymi kośćmi policzkowym i skośnymi, wąskimi oczami miałam powiedzieć: Edmund. Jak gdyby wszyscy Edmundowie tkwiący w mojej podświadomości byli blondynami o martwych, szarych oczach. Nie potrafiłam nawet określić, ile może mieć lat. Nie wyglądał ani staro, ani młodo. Na jego twarzy nie było żadnej zmarszczki. Poruszał się bardzo zwinnie, jednak jego dłonie nosiły ślady wieloletniej pracy.

Alireza, zanim zdążyłam paść z wycieńczenia w dalszej części dyskusji o tożsamości, którą sama zainicjowałam, zapytał Edmunda o wiek. Ten, odrzekł z uśmiechem, że ma pięćdziesiąt dwa lata, a gdy zobaczył, że nasze oczy zrobiły się nagle okrągłe jak spodki, dodał, że ludzie w Hong Kongu nie tak prędko się starzeją, a dokładne oszacowanie ich wieku bywa dla obcokrajowców nie lada wyzwaniem. Zanim zadaliśmy następne pytanie, rozpoczął monolog na temat korzyści wynikających z dbałości o zdrowie, dobrego odżywiania i uprawiania sportu, ponieważ dopiero w dniu, w którym owo zdrowie się traci, nadchodzi zrozumienie, że świat nie jest wart złamanego grosza. Uradowana, że w końcu znaleźliśmy temat, w którym się zgadzamy, najpierw przytakiwałam mu bez przerwy, a potem wtrąciłam, że owszem, lifestyle ma ogromne znaczenie, choć dbałość o zdrowie nie została wzięta pod uwagę w naszym obecnym, bezrefleksyjnym i zautomatyzowanym, trybie życia, a więc samemu trzeba starać się o to i owo. Swoimi słowami chciałam mu pokazać, że jestem zdolna  to wszystko zrozumieć.

Edmund, wysłuchawszy, co mam do powiedzenia, skinął głową na znak zgody, a następnie  powiedział:

̶ Moja żona dwa lata temu pojechała do Hong Kongu. Niemal każdego roku spędza tam miesiąc, aby pobyć ze swoją rodziną. Oboje robimy wszelkie badania lekarskie właśnie tam, ponieważ w Hong Kongu są dobrzy specjaliści.

Błyskawicznie przytaknęłam, dodając, że w Iranie sytuacja wygląda bardzo podobnie, choć pod językiem czułam jeszcze gorycz po śmierci babki, a w sercu nosiłam po niej żałobę.

A Edmund kontynuował:

̶  No i właśnie tam moja żona dowiedziała się, że ma raka piersi.

Nie byłam przygotowana na takie słowa. Ani ja, ani Alireza.

Edmund nie przestawał się uśmiechać, kręcąc głową na podobieństwo Ryuzo, ojca Kayo, ojca Oshin i tego jej wiernego służącego[3]. Stałam w bezruchu, niczym wrośnięta w ziemię, nie wiedząc, co powiedzieć. Nie brakowało mi odpowiednich słów w języku angielskim; brakowało mi słów na wyrażenie współczucia. Jak człowiek, któremu brakuje piątek klepki, przestałam kiwać głową, a zaczęłam nią kręcić od lewej do prawej. A potem powiedziałam:

̶  I am sorry to hear that…

Czułam się okropnie. Byłam pewna, że nie jest to reakcja, jakiej należałoby się spodziewać po wykształconej kobiecie przynależącej do klasy średniej, nie miałam jednak bladego pojęcia, jak na takie słowa miałaby zareagować przynależąca do średniej klasy wykształcona kobieta. Moje serce gwałtownie przyspieszyło. Nagle przyszło mi do głowy, że powiedziałam już wszystko, co mogłam powiedzieć, aby wyrazić współczucie, i nawet jeśli owa Hongkonka umarła albo w tych dniach właśnie walczy ze śmiercią, to i tak nie mam nic więcej do powiedzenia, poza powtórzeniem tego samego idiotycznego zdania. Alireza poprzestał na westchnieniu, a ja z trwogą wyczekiwałam kolejnych słów Edmunda, który wciąż się uśmiechając, poinformował nas, że wszystko idzie w dobrym kierunku, jego żona czuje się dobrze i teraz winna myśleć jedynie o życiu. Westchnienie Alirezy przeszło w uhum, a ruch mojej głowy z poziomego ponownie zmienił się na pionowy. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć i jak zareagować. Nie mogłam po prostu stwierdzić: Bogu dzięki. Jakie zresztą znaczenie miałoby teraz dziękowanie Bogu? Czułam się okropnie, zupełnie jak w tamtych czasach, kiedy pani M. mówiła mi, że jestem „ograniczona umysłowo”, a ja, niczym tonąca w basenie pełnym kleju, nie byłam w stanie ani wypowiedzieć słowa, ani zrozumieć chwili, którą przeżywałam.

Od tamtego pamiętnego dnia mijają dwa lata, a ja co jakiś czas doświadczam ograniczoności umysłu. Wygląda na to, że nie jestem wystarczająco przenikliwa; świat widzę zamazany i niewyraźny; nie jestem zdolna objąć rozumem wszystkiego do końca, nie potrafię zrozumieć ludzi, którzy mówią innym językiem niż ja sama. I w taki oto sposób postanowienie złożone dwa lata temu samej sobie zostało złamane już po kilku dniach od jego powzięcia, ja zaś za każdym razem, gdy biorę pióro do ręki, zastanawiam się, jak pisać o rzeczach, których nie rozumiem, i czuję, jak panika ogarnia mnie od stóp do głów.

 Atoosa Afshin Navid

 tłumaczenie z języka perskiego: Dorota Słapa

[1] W Iranie dniem świątecznym, będącym zarazem wolnym od zajęć jest piątek, tak więc tydzień roboczy zaczyna się w sobotę.

[2] Rusari – obowiązujące w Iranie nakrycie głowy. Jest to chusta, którą bardziej liberalne Iranki często starają się nosić zsunięte na tył głowy, aby włosy były choć trochę odsłonięte, a nakazowi stało się zadość. Manto – rodzaj płaszczyka sięgającego mniej więcej połowy ud. Element stroju jak najbardziej obowiązujący w Iranie. W letnich miesiącach można zastąpić go tunikami, które muszą jednak być na tyle długie, aby zakrywały pośladki.

[3] Oshin – główna postać japońskiego serialu zrealizowanego na początku lat 80 XX wieku przez państwową telewizję japońską NHK. Serial ten był emitowany w latach 80 w Iranie i Polsce. Oshin pokazywał historię biednej dziewczynki z japońskiej prowincji, która po przejściu przez wiele trudnych doświadczeń, już jako dorosła osoba wyjeżdża do Tokio i tam zostaje właścicielką sieci supermarketów. Cytowane tutaj imię Kayo to imię dziewczynki, której rodzinie Oshin jako dziecko została oddana na służbę, Ryuzo natomiast to imię późniejszego męża Oshin.

Podziel się

O autorze

Dorota Słapa

Dorota Słapa. Rocznik 1984. Iranistka z wykształcenia i zamiłowania. Absolwentka Wydziału Orientalistycznego UJ. Doktorantka historii Iranu na Uniwersytecie Teherańskim. Tłumaczka języka perskiego. Skoncentrowana przede wszystkim na współczesnej literaturze perskiej, którą pragnie przybliżać polskiemu czytelnikowi. Jej przekłady ukazały się m.in. w „Biuletynie Iranistycznym” (nr.1/2010) oraz na stronach: www.literaturaperska.com i www.artpapier.com Artykuły poświęcone twórczości irańskich pisarek, takich jak: Zoja Pirzad, Fariba Vafi i Goli Taraghi publikowała m.in. na perskojęzycznej stronie: www.antropology.ir oraz w „Oriencie” nr.1(13)2013. Obecnie pracuje nad przekładem zbioru opowiadań "My jesteśmy tutaj” autorstwa kurdyjskiego pisarza, Beroża Akreji. Pisze poezje po persku i po polsku.

Odpowiedz