Atoosa Afshin Navid, Drobne akty przemocy

1

Pic-Atoosa-1To było czwarte spotkanie. Ustaliliśmy, że każdy przygotowuje coś na temat swoich sąsiadów. Nie zdążyłam jeszcze wejść do klasy, gdy uczennice otoczyły mnie ciasnym kręgiem. Robiąc wiele hałasu i przepychając się jedna przed drugą, usiłowały zająć sobie kolejkę, aby jak najprędzej przeczytać swoje zapiski. Niezwykły potencjał zostaje uwolniony, gdy tylko opadnie strach przed zwróceniem na siebie uwagi i czytaniem na głos.

Przez pierwsze trzy spotkania miały za zadanie opisywać siebie i swoje rodziny. To były pierwsze zajęcia, na których miałyśmy wyjść poza sferę prywatności i obierając punkt widzenia obserwatora, zajrzeć do świata sąsiadów. W przeciwieństwie do pierwszych reakcji na zadany temat ( – „Nie utrzymujemy kontaktów z sąsiadami” czy „W ogóle nie mamy żadnych sąsiadów”) żadna z uczennic nie przyszła z pustymi rękami. Zaczęłyśmy od zagadnień wzbudzających największe emocje. Tematy takie jak: honorowe zabójstwo, podwójna zdrada młodego małżeństwa, która rozentuzjazmowała wszystkich zamieszkałych w okolicy, porzuceni przez własne dzieci staruszkowie, zapach opium i dziwne dźwięki wydawane po spożyciu psychotropów, przyprawione przez uczennice ciętą ironią sprawiły, że klasa była niemal bliska eksplozji. Byłam zdumiona, w jaki sposób poziom tekstów pisanych przez dziewczęta na temat prostych codziennych spraw, takich jak niezapłacone rachunki za wodę i gaz, rodzinne przepychanki czy nieprzestrzeganie zasad obowiązujących w blokach mieszkalnych podniósł się w porównaniu z ubiegłymi latami. Szokiem jednak było dla mnie parodiowanie tematów, wobec których sama nigdy nie zdobyłabym się na śmiech. Z jednej strony byłam pełna podziwu i radości wobec siły ironii obecnej w zapiskach uczennic, jednak z drugiej strony fakt, że potrafiły się śmiać z samobójstwa popełnionego przez chłopaka pod wpływem środków psychotropowych czy ze staruszka nocami przechadzającego się nago pomiędzy ustawionymi na dachu antenami satelitarnymi, którego nie odwiedzało nawet na chwilę żadne z jego dzieci, wzbudzał we mnie lekkie przerażenie.

Do końca zajęć zostało nie więcej niż dwadzieścia minut, gdy starając się nieco ostudzić entuzjazm uczennic i uciszyć klasę, próbowałam przygotować je na przedstawienie tematu kolejnego spotkania. Nie potrafiłam zebrać myśli. Czułam wyrzuty sumienia, że przez całe zajęcia śmiałam się razem z dzieciakami, ale z drugiej strony powtarzałam sobie, że w dzisiejszym świecie śmiech jest jedyną bronią przeciwko agresji. Wstałam więc ze swojego miejsca i przekrzykując uczennice, które, mimo iż nie miałyśmy już czasu, koniecznie chciały przeczytać na głos swoje zapiski, podeszłam do tablicy i napisałam na niej temat następnych zajęć. Dziewczyny jednogłośnie zawołały:

̶ Proszę pani! Historię, którą opisała Tarannom! Przeczytajmy tylko historię, którą opisała Tarannom! Jej historia jest taka zabawna! Tylko tą jedną…!

Nie było czasu. Tarannom tymczasem podniosła się z krzesła na końcu klasy, prosząc:

̶  Woli pani, żebym ją opowiedziała? Tylko ją opowiem. To zajmie jedynie dwie minuty!

Dałam za wygraną:

̶ Tarannom, opowiedz szybciutko. I nie wchodź w szczegóły, bo inaczej nie zdążymy z tym, co nam jeszcze zostało do zrobienia.

Tarannom wstała. Trwający ponad godzinę śmiech widoczny na ustach uczennic wciąż znajdował swoją kontynuację.

̶ Proszę pani, my mamy u nas takiego dozorcę, nazywa się pan Mehdi.

Cała klasa wybuchła śmiechem.

̶  U nas też jest taki jeden pan Mehdi – powiedziała Mariam.

̶  A u nas pan Mammad – dodała Sara.

̶  Ci dozorcy! Oni wszyscy mają takie imiona…! – obruszyła się Neda.

̶  Jest Afgańczykiem? – spytała Lejla.

̶  Nie, nie jest – odrzekła Mariam.

̶ W porządku. Macie dozorcę, do którego mówią: pan Mehdi – powiedziałam  ̶  Proszę, kontynuuj.

̶ Dobrze, proszę pani. A więc gdy dwa tygodnie temu wróciłam ze szkoły do domu, zobaczyłam, że tata wraz z częścią sąsiadów, to znaczy mężczyznami z sąsiedztwa, siedzą w lobby. Tata taki poważny, że aż trudno to sobie  wyobrazić. Powiedział mi, żebym poszła na górę i nie schodziła. Na dole zastałam bardzo bladą babcię, mamy w ogóle nie było. Ale do rzeczy. Sąsiad z góry miał taki ogromny stół. Poprosił pana Mehdiego, żeby mu go pomógł zabrać na dół. Pan Mehdi chwycił stół z jednej strony, sąsiad z drugiej i idą pod windę. A z tą naszą windą to jest tak, że ona ma dwoje drzwi. Otwiera się na wschodni i zachodni budynek. Przywołują windę. Pan Mehdi wchodzi do środka. Potem sąsiad przychodzi, żeby wepchnąć stół i patrzy: nie ma pana Mehdiego. No i w zasadzie tyle. Winda okazała się pusta  ̶  pan Mehdi spadł.

Reakcje całej klasy składały się z jednego wielkiego śmiechu na wyobrażenie pana Mehdiego spadającego do szybu windy oraz przerażenia wywołanego ostatnim zdaniem Mariam, opisującym jego śmierć. Każdy miał coś do powiedzenia:

̶  Ojej! To umarł?

̶  Widziałaś to na własne oczy?

̶  Winda go przygniotła?

̶  Jak wtedy wyglądał?

̶  Widziałaś to naprawdę?

̶  Z którego piętra spadł?

A Mariam udzielała odpowiedzi:

̶ Został zmiażdżony. Jego krew wyciekła do piwnicy przez drzwi od windy. Zupełnie jak na filmach: miejsce było otoczone taśmą, tylko policji nie było. Wynieśli też zwłoki.

Czekałam, aż ktoś zapyta o wygląd albo wiek dozorcy, ale wszystkie pytania krążyły jedynie wokół wyobrażeń na temat ostatnich chwil pana Mehdiego. Mariam tymczasem kontynuowała swoją opowieść:

̶ Jego żona to nic, ale moja mama! Od tamtego czasu niedomaga. Rodzina pana Mehdiego wniosła skargę, będziemy musieli zapłacić straszną sumę…

̶  Co? Przecież to nie wasza wina? – odezwał się głos z końca klasy.

̶  Ile będziecie musieli zapłacić? – zapytał ktoś inny.

̶ Nie wiem. Chyba coś około 100 milionów tumanów. Albo i więcej. Coś koło tego – odpowiedziała Mariam[1].

̶  To nie jest przecież aż tak wielka suma – stwierdziła Neda.

̶  Wy przecież macie, to zapłacicie i tyle  – orzekła Sara.

̶  Jasne, że tak. Ale o co chodzi, czy to nasza wina, że winda spadła?

Odrętwiała stałam pod tablicą. Dyskusja tocząca się między uczennicami, ponownie zaczęła się kręcić wokół imion dozorców.

̶  Mariam, czy pan Mehdi miał żonę i dzieci? – spytałam.

̶  Tak, proszę pani. Dziecko to tak około roku miało – odpowiedziała Mariam.

Machnęłam ręką na lekcję, oczekując, że w ślad za moim pytaniem pojawią się inne tego typu. Wyglądało jednak na to, że nie miało ono odpowiedniej siły przebicia. Pierwszą reakcją mojego ciała na umysły, które nie wykazywały najmniejszych choćby oznak współczucia, ubolewania, empatii czy innych tego rodzaju ludzkich uczuć były mdłości, które czułam przez chwilę. Ogarnęło mnie coś dużo silniejszego niż strach, coś na kształt całkowitego zatracenia. Tak jakbym została rzucona w przestrzeń pozbawioną ziemskiej grawitacji i błąkała się w nieskończonej pustce. Nie byłam w stanie analizować zachowania uczennic. Nie mogłam pojąć, czy te dzieci naprawdę utraciły zdolność wyobrażenia sobie sytuacji, w jakiej znalazła się rodzina dozorcy? A może były zdolne, aby sobie to wyobrazić, ale nie były zdolne współczuć i dlatego wypadek nie zrobił na nich wrażenia? Pomyślałam sobie, że może kryteria, w jakich ja sama postrzegam tragedię jakiegoś wypadku, różnią się od kryteriów tych dzieci. Być może taki wypadek jak śmierć młodego dozorcy w wyniku  zerwania się  windy nie mieści się już w kategorii wstrząsających katastrof, znajdując teraz miejsce w szeregu wydarzeń typu potknięcie się i upadek na ziemię. Pomyślałam sobie, że może stopniowo tracimy zdolność bycia życzliwym wobec kogoś, kto nie jest nami samymi.

 Będę podtrzymywać ostatnią kwestię. W ostatnich dniach próbowałam przypomnieć sobie,  ile razy w ciągu ostatnich dziesięciu lat odwiedziłam kogoś w szpitalu, uczestniczyłam w uroczystościach pogrzebowych, złożyłam wizytę przyjaciołom w kilka dni po przyjściu na świat ich dziecka i wreszcie, ile razy ktoś dzwonił do mnie prosząc o niecierpiącą zwłoki pomoc. Szczerze mówiąc, nie doliczyłam się nawet dziesięciu osób. Podobnie liczba tych, którzy pomogli mnie, gdy znajdowałam się w kryzysowej sytuacji, czy tych, które w ogóle wiedziały, że w takiej sytuacji się znajduję i potrzebuję ich duchowego wsparcia, nie przekroczyła liczby palców jednej ręki. Nasza gruboskórność dojrzewa razem z nami. Niedbałość o wykształcenie wrażliwego serca i zachowanie w sobie ludzkich uczuć, pojawienie się takich zjawisk jak ostrzeliwanie uczniów jakiejś szkoły, przystępowanie do najgroźniejszej grupy terrorystycznej na Bliskim Wschodzie czy oblewanie kwasem ludzi nie wydaje się  niczym dziwnym. Korzeni tego problemu na należy jednak szukać w polityce czy wśród polityków, a raczej w strukturze nowej kultury, w której życzliwość wobec innych, próba wczucia się i wyobrażenia sobie ich życia czy pomoc, gdy jej potrzebują, jako pozytywne cechy ludzkie nie mieszczą się w kręgu koncepcji kulturowych. Wszyscy dobrze wiemy, że w obecnych czasach tych, którzy bezinteresownie poświęcają swój czas innym, określa się tylko jednym słowem: burak.

 Atoosa Afshin Navid

 tłumaczenie z języka perskiego:  Dorota Słapa

[1] Oficjalną walutą Iranu jest rial irański, jednak w powszechnym użyciu jest przede wszystkim jego nieoficjalna waluta, czyli tuman ( 1 tuman = 10 riali ). 1 złotówka to 1000 tumanów ( 10.000 riali ).

Zobacz też: szuflada.net/atoosa-afshin-navid-o-sobie-i-o-pisaniu-terapeutycznym

Podziel się

O autorze

Dorota Słapa

Dorota Słapa. Rocznik 1984. Iranistka z wykształcenia i zamiłowania. Absolwentka Wydziału Orientalistycznego UJ. Doktorantka historii Iranu na Uniwersytecie Teherańskim. Tłumaczka języka perskiego. Skoncentrowana przede wszystkim na współczesnej literaturze perskiej, którą pragnie przybliżać polskiemu czytelnikowi. Jej przekłady ukazały się m.in. w „Biuletynie Iranistycznym” (nr.1/2010) oraz na stronach: www.literaturaperska.com i www.artpapier.com Artykuły poświęcone twórczości irańskich pisarek, takich jak: Zoja Pirzad, Fariba Vafi i Goli Taraghi publikowała m.in. na perskojęzycznej stronie: www.antropology.ir oraz w „Oriencie” nr.1(13)2013. Obecnie pracuje nad przekładem zbioru opowiadań "My jesteśmy tutaj” autorstwa kurdyjskiego pisarza, Beroża Akreji. Pisze poezje po persku i po polsku.

1 komentarz

  1. Pingback: Atoosa Afshin Navid o sobie i o pisaniu terapeutycznym

Odpowiedz