Andrea Tornielli, Gaeta Saverio „A.D. 2012 – Czy nadchodzi koniec świata?”

0

Błędy czy zafałszowania w książkach niestety zdarzają się dość często. Bywa, że już pierwsze strony odrzucają bądź to ze względu na błędy, bądź korektę czy wreszcie fatalne tłumaczenie. Ale autorzy pozycji „A.D. 2012 – Czy nadchodzi koniec świata?” udowodnili, że można oszukać czytelnika jeszcze wcześniej. I to nawet nie we wstępie (choć wstęp też jest niestety „perełką”) ale już… w tytule.

„A.D. 2012 – Czy nadchodzi koniec świata?” (przy czym A.D. 2012 napisane dużymi literami, by było doskonale widoczne) niestety nie ma nic wspólnego z treścią książki. Jak wiemy (lub nie) na 2012 rok koniec świata rzekomo przepowiadali Majowie.

Rzekomo, bo według ich kalendarza jest to po prostu koniec pewnego cyklu, podobnie jak w naszym kalendarzu 31.12.1978 jest końcem roku 1978 a 31.12.2000 jest końcem wieku dwudziestego. A że sposób obliczania kalendarza przez Majów był nieco skomplikowany (stosowali dwa kalendarze) to i zbieżność dat z obu metod wypadała raz na ileś tam tysięcy lat. Z końcem świata nie ma to wiele wspólnego, podobnie zresztą jak i z treścią książki.

Jeśli bowiem spodziewacie się jakichś teorii odnośnie końca świata, jak sugeruje tytuł, srodze się rozczarujecie. Książka nie jest o Majach, nie jest o końcu świata. Jest – uwaga! – o objawieniach Maryjnych. Co to ma wspólnego z tytułem? Nic! Ale pewnie lepiej się sprzeda.

Może jednak dalej jest lepiej? Niestety…
Już pierwsza strona (wstęp do książki) wywołuje u czytelnika chęć puknięcia się w czoło. Że zacytuję:

„[…]planety Nibiru, która rzekomo wchodzi na orbitę słoneczną tylko raz na trzy tysiące sześćset lat”.

Oczywiście Nibiru nie istnieje (wymysł Sitchina, autora fantazjującego podobnie jak autorzy tejże książki). Ale niech mi ktoś wytłumaczy, co znaczy, że planeta „wchodzi na orbitę raz na 3600 lat”? A co robi potem lub przedtem, kiedy nie jest na orbicie? Podrywa Jowisza? Romansuje z Wenus? Jeśli dodać do tego jeszcze twierdzenie, które z całą powagą cytują autorzy: „Będzie 10 obiegów Saturna w 1789 roku…” to robi się już trochę śmiesznie.
Niestety, podstawowe braki z astronomii na poziomie szkoły podstawowej to nie jedyne ułomności autorów. Co i rusz ich dyletantyzm czasem irytuje, czasem wręcz śmieszy.

No ale może w temacie objawień maryjnych, czyli tematyki książki, okażą się ekspertami?
Nic bardziej mylnego.

Już pierwszy rozdział wywołuje zdziwienie. Jest to bowiem rozważanie rzekomego objawienia w Gwadelupie, a także „cudowności” obrazu Maryi, który ponoć ukazał się w nadnaturalny sposób. Autorzy trwają nawet w przeświadczeniu, iż gwiazdy na płaszczu Marii z obrazu stanowią dokładne odwzorowanie układu gwiazd widzianych z Meksyku tamtej nocy. Cóż, astronomia zdecydowanie nie jest najmocniejszą stroną autorów, podobnie zresztą jak i historia. Rzekomo cudowny obraz pełny jest bowiem błędów typowych dla średniowiecznego malarstwa, Maria ma cechy indiańskie a autorem tego naiwnego dzieła jest Marcos Cipac.

Wyjaśnienie sensu cudu jest proste – tam, gdzie ukazał się „cudowny” wizerunek ewangelizacja tubylców, którym wmówiono cud, przeszła najśmielsze oczekiwania. Przypominam, że były to czasy hiszpańskiej konkwisty, podboju i przymusowego nawracania indiańskich „dzikusów”.
Już w tym rozdziale można streścić sens całej książki. Maryja objawia się (przeważnie dzieciom), wypowiada swoje – straszliwie naiwne- przekazy, pojawia się komisja, która cud maryjny uznaje, na miejscu objawienia buduje się sanktuarium… I kółko się kręci, a kasa sama spływa. Poza tym Maryja przybiera sobie więcej tytułów niż Kim Dzong Il. Gdzie się podziała ta skromna matka Jezusa z Pisma Świętego? No i gdzie się podział ten miłościwy Jezus? Bo czasem, podczas lektury, odnosiłem wrażenie iż Chrystus tylko czeka, żeby ruszyć w świat i masakrować, rżnąć, zabijać… jak to się ma do Jezusa z Nowego Testamentu?

Rzekoma Maryja przeważnie plecie farmazony, byle tylko ciemny lud nastraszyć. Ale czasem zdarza jej się podać jakieś konkretniejsze przepowiednie. I tu, niestety, sprawdza się zasada Nostradamusa – przepowiednie albo podawane są po fakcie, albo są na tyle ogólne, że można je dopasować praktycznie do wszystkiego. Nawet słynne fatimskie przepowiednie nie spełniły się zbyt dokładnie. A inne?

Na stronie 191 znajduje się przepowiednia dotycząca stanu wojennego w Polsce. No cóż… Można się tylko gorzko zaśmiać nad głupotą i naiwnością autora tejże wizji (bo przecież Maryja nie jest chyba tak naiwna?) Przepowiednie z Anguera są właśnie typowym Nostradamyzmem – dopasowaniem ogólnych twierdzeń do przypadków, które się zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa zdarzają. Bo – czy jeśli powiem, że w przyszłym roku zdarzy się trzęsienie ziemi w Japonii – będę wielkim prorokiem? Czy jeśli powiem, że w przyszłym roku będzie katastrofa lotnicza – będę wielkim prorokiem?

By nie być gołosłownym – przepowiednia ponoć maryjna i wytłumaczenie autorów:

„Z gór Malcesine przyjdzie cierpienie na mieszkańców” (2006) (mówi Maryja): 2 kwietnia 2010 rzeka Aril wylała w Malcesine, sprowadzając klęskę na te ziemie. Wiele domów zostało uznane za nie nadające się do zamieszkania i ludzie musieli je opuścić”.

Zdarzenie miało na tyle lokalny przebieg, że trudno znaleźć o nim informację w globalnej sieci. Ale przecież Maryja przepowiedziała i się sprawdziło, prawda? Ocenę pozostawiam czytelnikowi…
I jeszcze jedno kuriozum z tychże przepowiedni:
„Wyspa Madera zostanie zniszczona” (mówi Maryja): 2002.2010 powódź na wyspie spowodowała śmierć 10 osób.”

I takie właśnie przepowiednie, takie objawienia zawiera ta książka. Mnie osobiście przekonała, iż wszelakie maryjne objawienia mają tę samą wartość, co „listy spadłe z nieba”, które pisał ponoć sam Jezus do chrześcijan na początku XV wieku i które odczytywane były w kościołach.

Niestety, autorzy co krok popełniają błędy logiczne, cytują autorów, którzy najwidoczniej nie mają pojęcia o Piśmie Świętym, bezkrytycznie przyjmują każdą bzdurę, zapominają o zdrowym rozsądku.

Ta pozycja przekonała mnie, iż wszelakie objawienia maryjne są zwykłym humbugiem. Ot, propagandowa ciekawostka w stylu chrześcijańskiego PRL-u. Ale w końcu cel uświęca środki. Zwłaszcza te, które wpłyną do kościelnych skarbonek.

Robert Rusik

Tytuł: „A.D. 2012 – Czy nadchodzi koniec świata?”

Autor: Andrea Tornielli, Gaeta Saverio

Wydawnictwo: Znak

Stron: 260

Oprawa: miękka

Data wydania: 2012

Podziel się

O autorze

Robert Rusik

Urodził się w 1973 roku w Olkuszu. Obecnie mieszkaniec Słupcy, gdzie osiedlił się w 2003 roku. Pisze od stosunkowo niedawna, jego teksty publikowały „PKPzin”, "Kozirynek", "Cegła", "Szafa", „Szortal”. Ma na koncie kilka zwycięstw oraz wyróżnień zdobytych w różnych konkurach literackich (organizowanych m.in. przez portale Fantazyzone, Erynie, Weryfikatorium, Apeironmag, Szortal i inne), w tym prestiżową statuetkę „Pióro Roku 2009” przyznaną przez Słupeckie Towarzystwo Kulturalne. Przeważnie pisze fantastykę, choć zdarza mu się uciec w inne rejony literatury. Od 2010 roku felietonista Magazynu Kulturalnego „Apeiron”, od lipca 2011 także „Szuflady”. W 2012 roku ukazał się jego ebook „Isabelle”. Prywatnie szczęśliwy mąż oraz ojciec urodzonego w 2006 roku Michałka i urodzonej w 2012 roku Oleńki.

Odpowiedz