Alireza Iranmehr – Różowa chmura

0

11056713_10205359913010772_72329794_n

Tego zimnego poranka, dwudziestego trzeciego września 1981 roku, pragnąłem jedynie przypatrywać się chmurze, różowej o brzasku. Wspinaliśmy się na wzgórze, idąc wzdłuż zbocza, jeden za drugim. Spoglądałem właśnie w górę, gdy seria pocisków nagle przeszyła moją pierś. Upadłem na wznak. Fala gorąca ogarnęła moje płuca, które wypełniły się krwią, a trzy minuty później, gdy wciąż wpatrywałem się w pomarańczowo różową chmurę, umarłem. Nigdy nie zobaczyłem tego, który do mnie strzelił, ukryty za skałami na szczycie wzgórza. Być może był to bardzo młody, dwudziestoparoletni żołnierz, ponieważ gdyby miał choć trochę doświadczenia, spośród naszej kolumny, liczącej trzech chorążych i dwóch poruczników, nie wybrałby zwykłego szeregowego.

Mój ojciec marzył, abym wyjechał do Australii, tak jak mój brat, który jest lekarzem. Może jednak nie miałem ku temu predyspozycji. Pod koniec lata, zaraz po tym, gdy odebrałem dyplom szkoły średniej i powinienem był się zgłosić do służby wojskowej teherańskie lotnisko zostało zbombardowane. Rozpoczęła się wojna. Moja matka trzymała mnie zamkniętego w domu przez dziewięć miesięcy. Codziennie przynosiła mi prasę, a od czasu do czasu ̶ książki. W końcu poczułem się zmęczony i umówiłem się w parku na  spotkanie z Parwane[1]. Znaliśmy się od drugiej klasy szkoły średniej, a w ostatnim roku nauki przyrzekliśmy sobie wierność aż po grób. Parwane miała piękne rude włosy, a usta malowała zawsze błyszczącą pomadką w odcieniu miedzi. Ujrzałem jej włosy pierwszy raz pewnego popołudnia, kiedy byliśmy oboje w trzeciej klasie. Wtedy po raz pierwszy i ostatni zakradłem się do ich domu i zobaczyłem ją bez chusty[2].

Nie zdążyłem jeszcze ofiarować Parwane elegancko zapakowanej buteleczki perfum kupionej w drodze do parku, ani listu, którego napisanie zabrało mi dziewięć miesięcy mojego domowego aresztu, kiedy zostaliśmy zatrzymani przez ochotników z policji obyczajowej. Gdy sadowili nas na tyłach swojego kombi, nie zdawałem sobie jeszcze sprawy z powagi sytuacji. A potem jedynie siedziałem, wbijając wzrok w paznokcie, aby tylko nie napotkać spojrzenia Parwane.

Oddali ją w ręce rodziny, robiąc przy tym wiele zamieszania, mnie zaś zabrali do aresztu, położonego gdzieś w południowej części miasta; ja nie byłem jednak w stanie się zorientować, gdzie dokładnie jesteśmy. Gdy wysadzili Parwane przed jej domem, jedna z sąsiadek stała w oknie, bacznie się nam przyglądając, i kiedy ruszyliśmy dalej, stała tam nadal. Na ścianie w mojej celi jakimś ostro zakończonym narzędziem wyryto duże serce, które z jednej strony było koślawe. Dwa dni spędziłem, siedząc z wyprostowanymi nogami, wpatrując się w drzwi. W końcu przyszli i zabrali mnie na komisariat, znajdujący się na obrzeżach miasta. Budynek otoczony był ceglanym murem, ponad którym rozciągał się drut kolczasty. Wraz z grupą młodych mężczyzn z ogolonymi głowami wsiedliśmy do autobusu, który zabrał nas na poligon. Szesnaście godzin później, gdy wysiedliśmy przed jego bramami, sierżant ustawił nas w szeregu i kazał biegać dookoła zabudowań poligonu tyle razy, że w efekcie cały następny tydzień kuśtykałem. My wszyscy, którzy się tam znaleźliśmy  tam  staraliśmy się uchylić od służby wojskowej, przez co zostaliśmy uznani za żołnierzy nieobecnych na służbie bez posiadania zwolnienia. Wieczorem dali nam do zjedzenia rzadki, wodnisty abguszt, a potem ponownie ustawili w szeregu, rozdzielając obszerne mundury, przypominające worki[3].

Ojca i matkę ostatnim razem widziałem w drodze na poligon wojskowy, kiedy nasz autobus krążył po Placu Azadi[4]. Oboje stali nieopodal jednego z klombów okalających plac i spostrzegłszy mnie, zaczęli machać. Pozostali żołnierze także pomachali do nich zza szyby autobusu, a rodzice zaśmiali się i postąpili naprzód, machając już teraz do nas wszystkich. Odpowiedzieliśmy im tym samym gestem, podnosząc się ze swoich miejsc. Nie mam pojęcia, skąd rodzice wiedzieli, że nasz autobus będzie przejeżdżał przez Plac Azadi akurat o tej porze. Pięć miesięcy później, kiedy kule podziurawiły mi pierś, list, który pisałem przez dziewięć miesięcy, wciąż znajdował się kieszeni moich spodni. Buteleczka perfum została skonfiskowana już w areszcie.

Przeleżałem długie godziny obok wyschniętego krzewu przypominającego koński łeb. Trochę dalej leżał głaz o bardzo dziwnym odcieniu zieleni. Różowa chmura zmieniła kolor najpierw na pomarańczowy, następnie na żółty, a potem gdzieś się rozpłynęła. Nasza kolumna zgubiła drogę na terytorium wroga i kiedy padła seria strzałów, nikt nie był w stanie wycofywać się i jednocześnie mnie nieść. Popołudniu przyjechali Irakijczycy i zabrali mnie transportem wojskowym do chłodni, następnie rozebrali do naga i dokładnie przeszukali. Prawdopodobnie wzięli mnie za szpiega albo kogoś w tym rodzaju, gdyż postanowili mnie nie grzebać.

Przeleżałem cztery tygodnie w metalowej komorze z wbudowanym fluorescencyjnym oświetleniem. Za każdym razem, kiedy ktoś wysuwał komorę, światło automatycznie się włączało. Przyprowadzano rożnych ludzi, aby mnie zidentyfikowali. Niektórzy mieli dłonie skute kajdankami, a niektórzy nie. Nikt mnie jednak nie rozpoznał. Wszyscy tylko kręcili głowami, a potem odchodzili. Któregoś dnia przywieziono dwa ciała, umieszczając je w sąsiednich komorach. Nie miały paznokci, a ich skórę pokrywały niebieskosine ślady po oparzeniach. Trzy dni później zabrano nas na opustoszały cmentarz karetką z zamalowanymi szybami. Miejsce przygotowano już wcześniej. Wrzucili mnie w otwartą jamę, a razem ze mną ciała dwóch irańskich jeńców odzianych w żółte mundury. A potem usypali kopiec pasujący do mojego wzrostu, leżący wśród bezmiaru innych kopców. Na żadnym grobie nie było ani pomnika, ani nazwiska. W każdy wciśnięto jedynie zieloną tablicę opatrzoną białym numerem. Wzdłuż tych bezimiennych grobów rozpościerał swój cień rząd eukaliptusowych drzew. Mój brat w listach wysyłanych do rodziny, zawsze pisał: „Australia pełna jest eukaliptusów i nie ma tam innych Irańczyków”.

Po przeciwnej stronie wysmukłych drzew stał dwupiętrowy cementowy budynek. Ludzie, którzy niekiedy wychylali się z jego okien, prawdopodobnie mogli zobaczyć zielone tablice. Z drugiej strony cmentarza znajdowało się wielkie gospodarstwo rolne, którego granice wyznaczała cienka linia drutu kolczastego, widocznego z oddali. Każdego ranka przywożono tam traktorami z przyczepą jeńców do pracy. Po południu, gdy mijali cmentarz, dolatywały mnie strzępy rozmów prowadzonych po persku.

Osiemdziesiątego siódmego dnia o zmierzchu, gdy eukaliptusowe drzewa rozpostarły cień aż po krańce cmentarza, trzech więźniów przywiezionych do kopania nowych grobów ukradkiem zbliżyło się do miejsca mojego pochówku i zasadziło tulipana tuż obok metalowej tabliczki z moim nazwiskiem. Nie wiadomo, skąd mieli tego tulipana, ale najwyraźniej pomylili mnie z kimś bardzo ważnym, na kogo grobie sadzenie kwiatu sprawiało im radość i napawało dumą. Począwszy od następnego dnia, odziani na żółto jeńcy, transportowani do pracy na gospodarstwie, wraz z wolnym ruchem pojazdu odwracali się dyskretnie, spoglądając z przyczepy traktora w stronę mojej mogiły.

Tulipan stopniowo zapuścił korzenie i wypuścił z ziemi małą łodyżkę. Siedem dni później, trzech irackich żołnierzy ze sznurowadłami butów owiniętymi wokół nogawek spodni, stanęło nad moim grobem, wyrywając z ziemi najpierw kwiat, a potem także i zielone tablice. Być może, aby zatrzeć ślady po miejscu, które stało się dla jeńców święte, wydano rozkaz zniszczenia wszystkiego, nie wyłączając eukaliptusów wraz z korzeniami. Buldożery wygrzebywały z grobów również nasze ciała, rzucając je na siebie. Przez ten cały czas z budynku o cementowych ścianach dobiegały krzyki w języku perskim i arabskim. W końcu koparki wydobyły nas wszystkich, ciskając  na tyły ciężarówek. Kiedy zaś te ruszyły w drogę, buldożery zrównywały jeszcze z ziemią puste już miejsce naszego spoczynku. Palce mojej lewej ręki zostały tam na zawsze, ukryte głęboko w glebie.

Ciężarówki posuwały się jednostajnie naprzód aż do popołudnia. Tuż przed zachodem słońca dotarliśmy do miejsca otoczonego przez wysokie góry. Samochody zatrzymały się na podwórzu znajdującej się w odludnym miejscu placówki wojskowej. Mury podwórza pomalowane były na biało cienką wapienną zaprawą. Promienie zachodzącego słońca, wpadające przez bramę placówki, utworzyły na murze szkarłatny czworokąt, który pojawiał się każdego zmierzchu przez kolejne dwa dni, które tam spędziliśmy. Rankiem trzeciego dnia ponownie wyruszyliśmy w drogę. Trakt był nierówny i kamienisty, więc czasem pozostawaliśmy w tyle za mijającymi nas osłami. Było prawie południe, gdy znaleźliśmy się w pobliżu przepastnej doliny, okolonej zalesionymi górami. Tam właśnie zepchnęli nas do głębokiego rowu, który wyglądał jak kanał i został przygotowany  już wcześniej. Po południu nadjechały kolejne samochody i zrzuciły na nas ciała dopiero co rozstrzelanych przez pluton egzekucyjny. Ich obszerne ubrania były podziurawione i zakrwawione, a z niektórych wciąż jeszcze sączyła się krew. A potem nadjechały buldożery i zasypały rowy.

Głowa kobiety, której długie mahoniowe włosy były skręcone wokół twarzy i zakrywały jej oczy, spoczywała na mojej szyi. Na klatce piersiowej miałem białe i chude nogi jakiegoś mężczyzny, a do brzucha przywarły mi czyjeś otwarte usta. Ja sam przylegałem bokiem do piersi człowieka z połamanymi żebrami. Nasze splątanie nie trwało jednak długo. Sześćdziesiąt pięć dni później przybyła grupa żołnierzy i oficerów. Próbując nas odnaleźć, ze złością i w pośpiechu rozgarniali ziemię na boki, odkopując dół, w którym leżeliśmy. Następnie ci spośród nich, którzy mieli zasłonięte usta i nosy, naprędce wrzucili nas na ciężarówki. Być może informacje o miejscu naszego spoczynku przeciekły do jakichś organizacji i teraz musiano zatrzeć po nas wszelki ślad. Kiedy ruszyliśmy, żołnierze wypełniali jeszcze długi, pusty dół starymi oponami, następnie go przysypali brudną ziemią.

Tej nocy, gdy ciężarówki przemierzały górskie ścieżki, w powietrzu unosił się piękny zapach. Gdzieś w dolinie jakiś pasterz rozpalił ognisko. Trochę bliżej, na innym stoku, rząd drewnianych uli pobłyskiwał w świetle księżyca. W powietrzu krążyły owady i woń dzikich kwiatów. Gdybyśmy byli tam razem z Parwane, przez całą noc nie zmrużylibyśmy oka. Leżelibyśmy na łóżku, w czystej pościeli, przypatrując się migotaniu robaczków świętojańskich, wlatujących nam do pokoju przez otwarte okno. Trochę dalej niebo spochmurniało i zaczęło kropić. Leżałem na stercie innych ciał i moje kości zdążyły już porządnie zmoknąć. Wczesnym rankiem, gdy wschodzące słońce w odcieniu głębokiej czerwieni wyłoniło się zza położonych na szczytach górskich drzew, dojechaliśmy tam, gdzie nas wyczekiwano. Gdy ciężarówka zjechała ze wzgórza, naszym oczom ukazała się otwarta przestrzeń, ledwo widoczna w słabym świetle nieba. Niezmierzona liczba wykopanych w ziemi dołów upodobniła to miejsce do plastra miodu.

Słońce znajdowało się już wysoko na niebie, gdy pojawili się mężczyźni w maskach, którzy przenieśli nas do grobów. Brzydząc się dotknąć naszych ciał, przesuwali je za pomocą długiej łopaty, aż każde wpadło do przeznaczonego mu dołu. Do mojego wrzucono jeszcze dłoń ozdobioną zardzewiałą obrączką. Proteza mężczyzny, który w ciężarówce leżał obok mnie, teraz wyleciała mu z ust. Przechodzący w pośpiechu żołnierz kopnął ją czubkiem buta i ona także wpadła do mojego grobu. Zęby były sczerniałe i pokryte skorupą zakrzepłej krwi, a paznokcie dłoni z obrączką  ̶  całe sine. Niedługo potem dorzucono  jeszcze długą kość czyjejś nogi, w środku której widniało małe zgrubienie, tak jakby jej kości złączono na siłę. Niewątpliwie noga ta była wcześniej złamana. Ja sam, na szczęście, nie przeszedłem nigdy złamania, ponieważ moja mama była nadopiekuńcza i zawsze pilnowała, abym nie bawił się tam, gdzie może mi grozić jakieś niebezpieczeństwo.

Było oczywiste, że groby wykopane zostały w ogromnym pośpiechu. Dno mojego grobowca posiadało wybrzuszenie, a jedna z jego ścian była krzywa. Gdyby kopali jeszcze trochę głębiej, odkryliby starożytne cmentarzysko, znajdujące się o stopę niżej. Dokładnie pode mną umieszczony był sarkofag asyryjskiego księcia, przyciskającego skrzyżowanymi dłońmi brązowy miecz do piersi. Gdyby uniósł go trochę, grot miecza utkwiłby pomiędzy moimi kośćmi miednicy.

Tak jak podczas pierwszego pochówku, na miejscu, w którym spocząłem, usypano z ziemi  kopiec długości mojego wzrostu, a potem wetknięto weń zieloną tablicę z białymi cyframi. Następnego dnia padało, a dwa tygodnie później zaczęło się zielenić. Dzikie kwiaty po wielekroć uschły, opadły i wyrosły na nowo. Spędziłem w tamtym miejscu dwa tysiące osiemset sześćdziesiąt cztery dni. Korzenie polnych kwiatów zwisały ze ścian wewnątrz mojego grobu, a asyryjski książę niezmiennie ściskał oburącz swój miecz. Tak było aż do dnia, kiedy znowu przyszli jacyś ludzie z łopatami i otwarłszy nasze groby, wrzucili nas do białych worków, oznaczyli je numerami, a potem załadowali do żółtej ciężarówki i odjechali.

Wracaliśmy do domu przez całą noc. Wciąż jeszcze byliśmy na terenie wroga, ale pokryte chmurami irańskie niebo było widoczne z oddali. Zaczynało już zmierzchać, gdy dotarliśmy do granicy. Na posterunku znajdującym się już na irańskiej ziemi oczekiwało na nas kilka ciężarówek, mocno oświetlonych reflektorami zamontowanymi na wysokich słupach.  Gdyby tata, mama albo Parwane wiedzieli, że wróciłem, wyczekiwaliby tam na mnie. Nie było jednak nikogo. Zupełnie jak wtedy, gdy dwa dni przed obchodami ostatniej środy roku zbieraliśmy drewno, aby rozpalić małe ogniska, lecz po południu rozpadał się deszcz, więc drewno zawilgło i wszyscy rozeszli się do domu[5].

Ułożono nas ciasno w środku ciężarówek i zabrano na lotnisko. Tam wsadzono mnie do samolotu, z całym nadbagażem obcych kości, a potem wystartowaliśmy. Niebo było zachmurzone, gdy wylądowaliśmy na lotnisku w Teheranie. Zabrano nas do dużego hangaru na lotnisku Mehrabad, dokładnie w to samo miejsce, które zostało zbombardowane zaraz po tym, gdy odebrałem dyplom szkoły średniej. Następnie zamknięto duże drzwi i zaczęto nas wyciągnąć z ponumerowanych worków. Powierzchnia całego hangaru została zastawiona identycznymi trumnami, w których żołnierze układali nas z wielką ostrożnością. Trochę z boku zebrała się garstka ludzi, którzy nie mogli powstrzymać się od płaczu. Kiedy żołnierze skończyli swoją pracę, w każdą z trumien wetknęli pokaźną flagę, a na przodach przytwierdzili fotografie. Do mojej trumny przyczepili podobiznę młodego chłopaka z cienkimi wąsami. Nigdy w życiu nie zapuściłem wąsów, więc było jasne, że gdzieś, jeszcze na ziemi wroga, przypisano mój numer komuś innemu.

Wojskowi ubrani w mundury, które wcale nie były luźne, za to zdobione naramiennikami z czerwonymi frędzlami, wynosili kolejno trumny, układając je na rozległej, otwartej przestrzeni znajdującej się na zewnątrz hangaru. Zgromadzony tam tłum zalewał się łzami, a niektórzy wyciągali do góry ręce trzymające oprawione w ramki fotografie młodych chłopców. Nie było wśród nich moich rodziców. Parwane także była nieobecna. Gdyby na mojej trumnie umieszczone zostało właściwe zdjęcie, być może znalazłby się ktoś, komu udałoby się mnie rozpoznać. Było tam wielu kamerzystów, którzy uwieczniali wszystko, co znajdowało się na otoczonym przez żołnierzy terenie, oraz  człowiek, stojący na wysokim podeście ustawionym za trumnami i przemawiający do tłumu.

Była tam jedna znajoma twarz  ̶  zdjęcie uśmiechniętego młodzieńca z kasztanowymi włosami. Moja własna fotografia. Stara kobieta w brązowej chustce trzymała je wysoko nad głową. To była moja matka. Postarzała się, zmalała i skurczyła. Ojca przy niej nie było, choć na placu Azadi machali do mnie oboje. Pewnie umarł, bo gdyby żył, nie pozwoliłby, aby matka przyszła sama.

Gdy przemowa się zakończyła, a filmowanie dobiegło końca, każdego z nas załadowano na dach kombi i wywieziono. Kiedy okrążaliśmy plac Azadi, przechodnie niekiedy zatrzymywali się obok klombów, przypatrując się przejeżdżającym w orszaku samochodom. Zabrano mnie do starego domu z sadzawką na środku podwórza. Już wcześniej przygotowano tam dla mnie drewniane łoże, które otoczono taką ilością doniczek z pelargoniami, że unoszący się z nich zapach oszałamiał pszczoły. Aż do wieczora schodzili się ludzie, którzy przyciskali czoła do trumny, a potem całowali ją i odchodzili. Jedynie jakaś stara kobieta stała tam przez cały czas. Jej duży nos zrobił się czerwony od płaczu. W jej wyglądzie nie było nic, co odróżniałoby ją od mojej matki, kiedy płakała. Być może wszyscy wyglądają podobnie, kiedy płaczą. Co pięć minut podnosiła się z miejsca i całowała róg mojej trumny. Kilka razy próbowała ją otworzyć, ale za każdym razem ludzie ją powstrzymywali, sadzając z powrotem na czarnym skórzanym krześle.

Następnego ranka ułożono moją trumnę w tym samym kombi co wcześniej i zabrano ją na przepiękne wzgórze, położone za miastem i otoczone starymi drzewami. Wykopano tam dla nas duże, majestatyczne groby. Zanim mnie jednak w nim złożono, otwarto wieko trumny.  Kilka osób wciąż przytrzymywało starą kobietę, choć nie było to konieczne, gdyż ta znieruchomiała, wpatrując się w zardzewiałą obrączkę tkwiącą na palcu ręki, którą mi naddano. Nie uroniła ani jednej łzy.

Pochowano mnie z wielką starannością, przykrywając grób pięknym, czarnym, nagrobnym kamieniem wielkości mojego wzrostu, u jego wezgłowia  przytwierdzono fotografię młodego wąsatego mężczyzny. Starsza kobieta przez cały ten czas stała, nie odrywając wzroku od trumny. Przyniesiono jej krzesło, aby na nim usiadła; pewnie cierpiała na reumatyzm. Tak jak poprzedniego dnia na miejsce przybyło wielu ludzi, a kamerzyści filmowali ceremonię. Ustawiono też podium i ktoś wygłaszał przemówienie. Było pochmurno, flesze aparatów błyskały na niebie niczym błyskawice. A potem wszyscy odeszli, zabierając ze sobą tę staruszkę.

Stąd widok rozciąga się na cały Teheran. Jest tak daleko, że nie mogę odnaleźć domu Parwane. Być może list, który pisałem do niej przez dziewięć miesięcy, wciąż znajduje się w jakimś irackim archiwum. Buteleczka perfum na pewno leży na jakimś wysypisku śmieci. Jeśli Parwane zawita kiedyś w te strony, aby zaczerpnąć świeżego powietrza, dowiem się, czy wciąż używa tej miedzianej pomadki do ust. Teraz mamy przyjemną aurę: czasem jest słonecznie, a czasem deszczowo. Wysoko na niebie widać chmurę. Jej wierzchołek jest różowy.

Pomarańczowy motyl przysiadł na żółtych, polnych kwiatach. Teraz poleci w kierunku starych drzew.

 Alireza Iranmehr

(Przekład z perskiego: Dorota Słapa)

Alireza Iranmehr (1974) – urodzony w Maszhadzie, zamieszkały w Teheranie pisarz, krytyk literacki, eseista i scenarzysta filmowy. Na jego dorobek literacki składa się ponad sto artykułów, recenzji i opowiadań, pisanych nieprzerwanie od 1990 r. i publikowanych zarówno w perskojęzycznych, jak i zagranicznych (Wielka Brytania, Niemcy) czasopismach i na stronach internetowych. Wydał m.in. dwa zbiory opowiadań: Berim choszgozarani (Chodźmy poużywać życia) w 2005 r. i Abr-e surati (Różowa chmura) w 2009; powieść Fereydun, pesar-e Faranak (Ferejdun, syn Faranak) w 2013 r.; analizę poezji XV ˗ wiecznego irańskiego poety Sajida Tebriziego Safar ba gerdbad (Podróż z tornado) w 2009. Jest także laureatem wielu krajowych nagród literackich. Zbiory jego opowiadań zostały przetłumaczone na język angielski (Pink Cloud, London, 2013) i francuski (Nuage rose, Paryż, 2013). A już niedługo nakładem teherańskiego wydawnictwa Czeszmeh ukaże się Dżangal-e abr (Las chmur) – jego najnowszy zbiór opowiadań.

 

[1] Parwane (per. motyl ) – irańskie imię żeńskie.

[2] Zgodnie z prawem islamskim kobieta nie może pokazać się bez nakrycia głowy mężczyźnie, który nie jest z nią spokrewniony, czyli mahram, (mąż, ojciec, brat, inny bliski mężczyzna, z którym nie może ona jednak zawrzeć związku małżeńskiego).

[3] Abguszt – tradycyjna irańska potrawa, nazywana także dizi. Przyrządza się ją z jagnięciny, ciecierzycy, fasoli, cebuli, ziemniaków i pomidorów, przyprawia zaś m. in. kurkumą i limonką.

[4] Plac Azadi – Po isfahańskim Meydan-e Naqsh-e Jahan (Placu Mapy Świata), drugi co do wielkości plac w Iranie (50.000 m2), znajdujący się w zachodniej części miasta.

[5] Czaharszanbe-suri – poprzedzające obchody Nowego Roku (Nouruz), wywodzące się ze staroperskiej zaratusztriańskiej tradycji irańskie święto, odbywające się każdego roku w wigilię ostatniej środy roku. Irańczycy rozpalają w ten dzień ogniska i przeskakują przez nie, pozbywając się symbolicznie złych myśli, złych słów i złych czynów.

Podziel się

O autorze

Dorota Słapa

Dorota Słapa. Rocznik 1984. Iranistka z wykształcenia i zamiłowania. Absolwentka Wydziału Orientalistycznego UJ. Doktorantka historii Iranu na Uniwersytecie Teherańskim. Tłumaczka języka perskiego. Skoncentrowana przede wszystkim na współczesnej literaturze perskiej, którą pragnie przybliżać polskiemu czytelnikowi. Jej przekłady ukazały się m.in. w „Biuletynie Iranistycznym” (nr.1/2010) oraz na stronach: www.literaturaperska.com i www.artpapier.com Artykuły poświęcone twórczości irańskich pisarek, takich jak: Zoja Pirzad, Fariba Vafi i Goli Taraghi publikowała m.in. na perskojęzycznej stronie: www.antropology.ir oraz w „Oriencie” nr.1(13)2013. Obecnie pracuje nad przekładem zbioru opowiadań "My jesteśmy tutaj” autorstwa kurdyjskiego pisarza, Beroża Akreji. Pisze poezje po persku i po polsku.

Odpowiedz